Reżyser i scenarzysta „Bogowie ulicy” David Ayer pobił w filmie własny rekord. Ayer, były żołnierz amerykańskiej marynarki wojennej jest autorem scenariusza ciekawej „Policji” z Kurtem Russelem, fenomenalnego „Dnia Próby” z oscarowym Denzelem Washingtonem oraz reżyserem i autorem „Królów Ulicy”. Wszystkie filmy wyznaczały nowe standardy w kinie policyjnym. Od czasu jego „Dnia Próby” autorzy policyjnych filmów zaprzestali pokazywać komiksowych gliniarzy, którzy w pojedynkę ratują świat, i skierowali się w stronę większego realizmu. **„End of watch” ( polski dystrybutor znów „popisał” się tytułem) idzie jednak dalej niż „Dzień próby” czy nawet klasyk „Serpico”, i przenosi realizm w nowe rejony „srebrnego ekranu” - pisze Łukasz Adamski.


Publicysta portalu wNas.pl podkreśla, że mimo braku spektakularnych pościgów i strzelanin w zwolnionym tempie, to świat Ayera pokazuje czym w istocie jest praca policjanta. Sposób opowiadania historii dwójki gliniarzy jest żywcem wyjęty z dokumentów prezentujących prawdziwe policyjne akcje. Swoista rejestracja życia powoduje, że bardzo szybko wchodzimy w świat wojny gangów, i nie możemy emocjonalnie odciąć się od bohaterów historii. Zaprzyjaźniamy się z Brianem i Mike’em, towarzysząc im zarówno w rodzinnym życiu, podczas „niegrzecznych” męskich gadek z radiowozu, jak i codziennej walce z meksykańskimi i murzyńskimi gangami w South Central - pisze Adamski.


Publicysta wNas.pl poskreśla, że tym razem reżyser oddaje hołd policjantom pracującym na amerykańskich ulicach. Oglądając „End of watch” nie mogłem pozbyć się odniesień do polskiego „Pitbulla”, który skończył w końcu z idiotycznymi bajeczkami o pracy policji. Podobnie jest u Ayera. Każdy, kto zna specyficzne życie policjantów ryzykujących codziennie swoje życie, ten zrozumie pewne sceny, które subtelnie serwuje nam reżyser. Podejrzewam, że policjanci pokochają film Aytera w nie mniejszym stopniu niż ich koledzy z Polski cenią produkcję Patryka Vegi - przewiduje Łukasz Adamski.

 

Jak podkreśla, mocną stroną „Bogów ulicy” jest umiejętne nakreślenie zmian, jakie ogarnęły Stany Zjednoczone. Reżyser opowiadając o stosunkach między imigrantami z Meksyku, którzy zalewają Kalifornię nie idzie w pretensjonalną stronę „Miasta gniewu”, ani nie demonizuje przybyszów zza południowej granicy. W końcu jeden z bohaterów filmu jest stuprocentowym synem Meksyku, który musi walczyć z kartelami ze starego kraju. Niestety ta walka nie kończy się jak w „Zabójczej Broni”. To nie ten rodzaj historii - puentuje Adamski.

 

AM/wNas.pl