Wczorajsza informacja o procesie, jaki Jerzemu Zalewskiemu, reżyserowi filmu "Historia Roja, czyli w ziemi lepiej słychać", wytoczył Państwowy Instytut Sztuki Filmowej to kolejny odcinek serialu pt. "Niedokończony film o Żołnierzach Wyklętych". Być może ofiarność ludzi, którzy pragną obejrzeć dokończoną filmową biografię legendarnego partyzanta walczącego na Północnym Mazowszu nie wystarczy. I tak PISF, który przykłada rękę do filmowych gniotów w stylu "Pokłosia" Władyslawa Pasikowskiego (pomijam już cały antypolski przekaz, realizowany za pieniądze rosyjskiej fundacji) robi wszystko, aby uniemożliwić emisję filmu w wersji, jaką wyobraził sobie reżyser. Trzeba przyznać, że przekaz, jaki nakreślił w swoim filmie Zalewski jest do bólu prawdziwy. Twórca takich filmów jak "Czarne słońca" czy "Gnoje" pokazał, że można solidaryzować się z bohaterami z krwi i kości, którzy nie są pomnikowymi herosami, ale ludźmi pełnymi lęku, niepewności, obaw i namiętności. Taki przekaz może bardziej trafić do młodych ludzi, niż apologiczna laurka, jak chciałyby tego niektóre środowiska. 

 

Racją miał poseł Stanisław Pięta, który w czoraj w rozmowie z portalem Fronda.pl powiedział: "Młodzi ludzie, którzy oglądają „Historię Roja”, czytają o Żołnierzach Wyklętych, zaczynają zadawać sobie pytanie, jak to się stało, że jedni zachowali się jak bohaterowie, stanęli do walki przeciw nowemu okupantowi, a inni przyłączyli się do barbarzyńskiego najeźdźcy. Filmy o Wyklętych prowadzą do pewnej refleksji, do postawienia pytań o status spadkobierców PRL. Jak to jest, że nie ma środków na prowadzenie prac ekshumacyjnych na Łączce, na odnalezienie ofiar komunistyczych zbrodni, a są pieniądze na wielotysięczne emerytury dla ubeckich morderców, którzy prześladowali żołnierzy podziemia antykomunistycznego?".

 

Tymczasem historie partyzanckie cieszą się nieustającą popularnością i to nie tylko wśród przedstawicieli "ciemnogrodu". Wystarczy wspomnieć choćby o filmie Marcina Krzyształowicza "Obława". Choć przedstawieni w filmie partyzanci są brudni, zdegenerowani i źli, ich wręcz naturalistyczne przedstawienie, sprawia, że widz automatycznie próbuje zrozumieć ich sytuację.

 

Podobnie w przypadku filmu Siergieja Łoźnicy "We mgle", który trafi na ekrany polskich kin dopiero w kwietniu. Opowieść o terenach białoruskich w czasach niemieckiej okupacji i zdeterminowanych partyzantach, to kolejna próbka kina, jaką kilka lat temu zafundował nam Quentin Tarantino w "Bękartach wojny". Tu również nie mamy posągowych postaci, ale ludzkie rozterki i dramaty. Film, który miałem okazję obejrzeć wczoraj na pokazie przedpremierowym, zdobył prestiżową nagrodę krytyków w kategorii "Najlepszy film" na festiwalu w Cannes. 

 

Dlaczego polscy twórcy tak rzadko nawiązują do partyzanckich dziejów? Zazwyczaj próby sięgnięcia po historie synów podłego czasu, kończą się patriotyczną epopeją bez większych walorów artystycznych albo przekłamaną agitką o "bandytach z NSZ", jak to często bywało w czasach PRL. Tymczasem historie o "leśnych" to doskonały materiał na kino przez duże "K". Filmy psychologiczne i te spod znaku dramatów wojennych mogłyby przeżyć swój prawdziwy renesans.

 

Czy Polska nie jest najlepszym miejscem na odrodzenie tej sztuki?

 

Aleksander Majewski


Na zdjęciu: Krzysztof Zalewski, Wojciech Żołądkowicz i śp. Karol Świątecki, ps. "Głóg", który był kwatermistrzem "Roja".