Kiedy przyszłam na ten blog i stał się trochę bardziej uczęszczany, dwa i pół roku temu, to słynna miejscowa niewytłumaczalna gwiazda, której myli się salon z grą w salonowca zażądała ode mnie usunięcia napisu na górze, że jestem byłą opozycjonistką. Nie wiedziałam wtedy za wiele o trollach, uczono mnie uprzejmości w korespondencji, więc starałam się jej wyjaśnić, dlaczego tak piszę o sobie. Ale powodowało to tylko większy napór.
W końcu, z uczuciem, że przekraczam wszystkie reguły dobrego wychowania, zaproponowałam, żeby rozważyła zaprzestanie wizyt na moim blogu. Dostałam kolejnego kopniaka i wtedy zrozumiałam już nareszcie, że to nie salon, tylko salonowiec. Zbanowałam niewytłumaczalną gwiazdę, która od czasu do czasu żali się na ban na swoim blogu i żąda dopuszczenia jej na moje salony. A ja tam do niej od czasu do czasu wchodzę, jako chiński dzik, który lubi od czasu do czasu potarzać się w błocie. (Prawda jest taka, że on to lubi dlatego, że błoto jest miło wilgotne i mięciutkie w dotyku, a nie że brudne; no, ale w przypadku gwiazdy to chodzi jednak o symboliczne błocko).
Temat opozycyjności wraca od czasu do czasu tu na blogach. A mnie się właśnie zebrało na wspominki i bilanse, więc żeby raz na zawsze wyjaśnić, skąd moje „od 50 lat w opozycji”, rozwinę tu komentarz, który napisałam panu Gozdawie.
Od ilu lat jestem w opozycji? Może od czasu, gdy w 1953 roku mój Dziadek opowiedział mi o Stalinie, że wcale nie kochał dzieci? Umarł Stalin, ja płakałam, jak wszystkie dzieci z przedszkola, które widziały plakat, na którym wielki przywódca trzymał na rękach małą dziewczynkę z długimi warkoczami i ogromnymi białymi kokardami, marzeniem każdej małej dziewczynki. Dziadek powiedział krótko: to był zbrodniarz. Zaprzeczyłam, te cudne kokardy, on ją trzyma na rączkach... „On ją wziął na ręce – powiedział Dziadek – żeby jej głowę rozbić o mur.” No comment.
A może weszłam w zaczarowany krąg poczucia krzywdy za samo istnienie, niewyczerpane źródło opozycji, gdy przez 1954 i 55 rok byłam jedną z "najgorszych w klasie", choć trudno było mi postawić cokolwiek mniej niż czwórkę, a w 1956, w trzeciej klasie, dostawałam już same piątki? IPN sporo tu wyjaśnił – na charakterystykach naszej rodziny, mojej Mamy i innych osób, zawsze esbeki mówią o Dziadku w oskarżycielskim tonie, jako o „sanacyjnym oficerze”. No, o Dziadku, o obu moich dziadkach, jeszcze niejedno dałoby się powiedzieć, ale minęło może za mało lat, żeby tak tutaj publicznie i tak dalej.
A może kiedy Mama zabroniła mi wejścia do czerwonych zuchów (nie pamiętam, jak się to nazywało dokładnie)?
Może w 1961 roku, kiedy odwiedzałam moją Matkę w więzieniu Toledo (opisy w blogach sprzed dwóch lat, zapraszam), uwięzioną na 10 miesięcy za posiadanie siedmiu stron tłumaczenia tekstu Feliksa Grossa (stryja TEGO Grossa) i kontakty z Giedroyciem? Smutne, ponure miejsce, gdzie płacz wisiał na ścianach, a klawisze, bo było już po 56 roku, udawali, że nie widzą, jak daję Mamie czekoladki, które ona chowa w rękawie?
A może 1962 rok. Tak, ten rok uważam za właściwy początek. Wojtek Ziembiński dawał mi sztywne fotokopie zawiadomień o mszach św. za Piłsudskiego, Sosnkowskiego i innych. Rozklejałam je za pomocą strasznego kleju gotowanego z krochmalu na murach przy kościołach na Mokotowie.
To było właśnie dokładnie 50 lat temu.
I tak od 50 lat.
PAP jednak podała informację o naszym Oświadczeniu, ale pomyliła naszą nazwę. Więc jakby nie podała, prawda? Ach, te freudowskie pomyłki.
eMBe/Salon.24

