Według dokumentów, które analizowane są przez francuskie służby specjalne, bin Laden chciał wywołać krwawy chaos w Paryżu przed przyszłorocznymi wyborami prezydenckimi, organizując "masowe, spektakularne zamachy o wymiarze symbolicznym". Szef Al-Kaidy miał rozkazać członkom tej organizacji zbadanie możliwości przeprowadzenia ataków na najczęściej uczęszczane przez turystów paryskie zabytki oraz rządowe gmachy.
Chciał również wykorzystać czterech francuskich zakładników uprowadzonych w Nigrze przez Al-Kaidę islamskiego Maghrebu, by wywierać presję na prezydenta Sarkozy'ego. Zabicie zakładników miało przyczynić się do jego wyborczej porażki.
Według paryskich ekspertów, miała być to zemsta za udział francuskich żołnierzy w wojnie w Afganistanie oraz za wprowadzenie zakazu noszenia islamskich burek i nikabów przez muzułmanki we Francji.
Kilka dni temu szef francuskiej policji podał, że w ciagu ostatnich 10 lat w tym kraju zostało aresztowanych 914 osób w związku podejrzeniem o terroryzm, z czego 224 skazano. W tym roku aresztowano jedynie 37 podejrzanych. Szacuje się, że rocznie udaremnianych jest we Francji 2-3 ataków grup związanych z Al-Kaidą. Z dokumentów znalezionych w willi bin Ladena wynika, że rozkazał on swoim ludziom przeciwdzialać we wszelki możliwy sposób ponownemu wyborowi Nicolasa Sarkozy'ego na prezydenta Francji. To dowód na to, że Al-Kaida boi się zwolenników "twardego kursu" wśród zachodnich elit rządzących. Lewicowi publicyści, zwłaszcza w Hiszpanii pisali o tym, że właśnie politycy o bardziej umiarkowanych poglądach są zagrożeniem dla idei "świętej wojny" z Zachodem, bo ich polityka przestaje usprawiedliwiać islamski radykalizm. Tymczasem jest odwrotnie: "islamscy faszyści" boją się tylko mocnych.
PSaw/skynews/RMF

