Listopad to miesiąc, w którym szczególnie wspominamy bliskich nam zmarłych. W zadumie stajemy nad grobami, przynosimy wiązanki sztucznych kwiatów, zapalamy znicze. I choć najczęściej pamięć ta ściśle związana jest z tradycją dnia Wszystkich Świętych, to czasem przychodzimy tak po prostu, choćby po to, aby pomodlić się za naszych bliskich, czy o czymś im opowiedzieć. Po prostu być.
A co z tymi wszystkimi, którzy odeszli w samotności? Na których groby nikt nie przychodzi, bo często nie ma gdzie przyjść? O których nikt nie pamięta, i którym nikt nie zapala świeczki? O warszawskich bezdomnych?
Śmierć bezdomnego jest okryta tajemnicą nieznajomości, anonimowości i głębokiej samotności. Zaduszki to czas wspominania tych, którzy przekroczyli już próg śmierci. Tych, co odeszli z torbami bezdomnego bagażu. Ale również czas wspomnienia dobroci i piękna, które pozostawił po sobie każdy z nich. To czas wspomnienia wartości, którą niósł ze sobą bezdomny człowiek.
Schodzę po schodach do dużego pomieszczenia, które normalnie służy za jadłodajnię dla bezdomnych. Listopadowy półmrok rozświetlają jedynie niewielkie świeczki rozstawione na schodach i wokół sceny. Pomimo jesiennego chłodu na zewnątrz, w zapełniającej się ludźmi sali jest dość ciepło. Pachnie rozdawaną tu na co dzień zupą i bezdomnymi.
Bezdomny to nie znaczy bezimienny
- Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą… - zaczyna wierszem ks. Twardowskiego jeden z podopiecznych braci kapucynów. Bezdomny wspomina tych, którzy kiedyś korzystali z zakonnej jadłodajni, a których dziś już nie ma. - Marian z Freta, na Starówce mieszkał. Edek z Centralnego. Franek z Namysłowskiej, koło pływalni, śmiali się, że Herkules, a był szczuplutki. Józek, mówiliśmy – Piłsudski. Piotr – Zegarmistrz z Siennej – wylicza swoich kompanów. Byłych kompanów, którzy są już na niebieskim gigancie. A to, że bezdomni, nie znaczy, że bezimienni. – Dziękuję Wam wszystkim – dodaje wzruszony mężczyzna.
- Jesteśmy w miejscu, do którego przychodzą ci, którym nikt w domu nie gotuje. Przyszliśmy wspominać tych, którzy już tu nie przyjdą. Tych, których często omijaliśmy, staraliśmy się nie widzieć, bo tak było wygodniej. Może nie raz próbowali się dostać do naszego bloku, żeby przenocować na klatce schodowej. „Dachowcy” – ci, co mieli dach nad głową. Dziś już nie ma ich z nami. Umierali w schroniskach, noclegowniach, suterenach, parkach, na dworcach, często w tragicznych okolicznościach albo upojeniu alkoholowym, narkotykowym odurzeniu. Nie znaliśmy ich, albo nie chcieliśmy znać – mówi na wstępie br. Piotr Wardawy.
Jaka jest śmierć bezdomnego? Taka, jak w wierszu Katarzyny Ziembickiej.
Położono mnie
na prześcieradle -
Zostawiono....
Szukać się chciało
bliskiej dłoni -
między palcami
wykrochmalony materiał
Trzeba wołać...
Krzyk
zagłuszył blask
i grzmot
zza okna
Samotność
bolała mocniej
niż ropiejące rany
i była bardzo poniżająca
Przyszła wreszcie
z twarzą nieboszczyka,
w białym kitlu,
ku mnie wyciągnęła
szpony...
Przyszli inni
stwierdzili zgon...
- Będziemy się tu też oswajać z siostrą śmiercią, zaprzyjaźniać z umieraniem – zapowiada br. Piotr Wardawy. Zaduszki to rodzaj troski o śmierć bezdomnego, zadawania pytań jak on będzie umierał, czy przygotowuje się do tej najważniejszej chwili życia? – przejścia do życia wiecznego. To czas myślenia o śmierci, ale z nadzieją, czas spojrzenia na bezdomność w obliczu mieszkania przygotowanego w niebie. Tam nie będzie problemu braku dachu nad głową. Jezus zapewnia nas, że w niebie mamy już swoje mieszkania… Zaduszki to nadzieja na nowy lepszy dom, na nowe życie bez samotności – dodaje zakonnik.
Czym dla samych bezdomnych jest to spotkanie? - To jak odbijanie się od dna. Bo bezdomność to jest życiowe dno. Kiedyś byłem niewierzący. Ale powiedziałem sobie, że nie mam nic do stracenia. Uwierzyłem, a wiara mi bardzo pomaga. Na takim spotkaniu jak te zaduszki dostaję sił, to takie „napędzanie” – mówi Marek, jeden z występujących.
Blues dla zmarłych przyjaciół
Recytowane przez bezdomnych wiersze Twardowskiego i Herberta przeplatają piosenki śpiewane przez Roberta Cudzicha i Marcina Stawickiego. Wśród nich pojawia się „Blues dla zmarłych przyjaciół”. Obaj muzycy są związani z zespołem New Life’m. Obaj „po przejściach”. Niełatwych.
- Ja też chciałem o kimś wspomnieć w trakcie tych zaduszek. Kazik, miał 18 lat. Umarł, bo źle wstrzyknął sobie narkotyki w żyłę, w strzykawce było powietrze – mówi Cudzich. Muzyk sam doświadczył wieloletniego uzależnienia narkotykowego. – Pamiętam jak braliśmy. Grzaliśmy w takich turach. To były „sztafety śmierci”. Ale teraz wiem, że są też „sztafety miłości i dobra” i po to dzisiaj tu jesteśmy – dodaje.

Swoim doświadczeniem dzieli się też Marcin Stawicki. Najbardziej drastycznym była śmierć mamy, od tego momentu wszystko mu się zawaliło, a cały świat w jednej chwili przestał mieć sens. – Chodziłem na Dworzec Centralny, czy może raczej cmentarny. Za parę złotych można było tam dostać nieco towaru, to trochę wypełniało pustkę – wspomina. Mówi o bezdomności w wielkim mieście, o bezdomności pośród tysiąca ludzi, bo tak się właśnie wtedy czuł. Nie trzeba stracić dachu nad głową, żeby nazywać się bezdomnym. On leżał na swoim łóżku i wpatrywał się w wyryte na wypalonej chemią ścianie napisy: Po co? Dokąd? Dlaczego? Szukanie odpowiedzi na te pytania to może jedna z rzeczy, jaka nie pozwoliła się poddać.
Spojrzeć śmierci w oczy
- Nie chcę mitologizować patologii, ale wiem, jestem przekonany, że każdy człowiek ma dobre serce, nie ważne czy mieszka w pałacu czy na ulicy – przekonywał muzyk. – Karateka, Victoria, Ewa – księżniczka i książę – jej chłopak, Czarny Piotruś, Tomek Sajgon, Johny, Luśka, Agnieszka „Szefowa”, Pilnik, Ruda Anka, Gośka, Heniek z Saskiej Kępy… Pamiętam, jak przechodziłem nocą podziemiami na Marszałkowskiej. Grał „Summertime” nawet jak nikt nie słuchał. Za bardzo kochali życie, by przeżyć je normalnie. Ich wrażliwość im na to nie pozwoliła. Dziękuję im wszystkim … - wspomina Stawicki.
- Nie wiem, co to znaczy przychodzić tutaj na zupę, bo nigdy przychodzić nie musiałem. Nie wiem, co to znaczy nie mieć dachu nad głową, bo ja dach zawsze miałem. Nie wiem też, co to znaczy nie mieć do kogo się odezwać, bo ja czasem nawet tęsknię za ciszą. Dlatego nie chciałem tu przyjeżdżać. Co miałbym wam powiedzieć? – pytał Krzysztof Ziemiec, gość specjalny bezdomnych zaduszek.
„Liznąłem ognia piekielnego”
Dziennikarz z telewizyjnych „Wiadomości” przyznaje, że miał opory aby przyjąć zaproszenie br. Piotra. - Przecież ja mam dom – wahał się. Mało brakowało, a mógłby go w jednej chwili stracić…
Ziemiec opowiedział o tym, jak otarł się o tragedię, kiedy próbował ratować z płonącego domu swoje dzieci i żonę. Czterdzieści procent jego ciała uległo wtedy poparzeniu. Przez wiele tygodni leżał w szpitalu. Kiedy zmieniano mu opatrunki, zaciskał zęby z bólu, ale nie pytał „dlaczego?” tylko „po co?”, bo wierzył, że gdzieś jest w tym ukryty sens, że to nie stało się bez przyczyny. Mówił, że jego wzorem byli w tym czasie warszawscy powstańcy. – Oni walczyli za Ojczyznę. Ja walczyłem tylko o siebie i swoich najbliższych. Miałbym się poddać? Nigdy – zapewniał.

- Moi znajomi, którzy odwiedzali mnie jeszcze w szpitalu, nie raz pytali: Krzysiek, dlaczego tobie to się przytrafiło? Tyle jest na świecie gorszych łajz, ty zawsze byłeś w porządku. To dlaczego akurat ciebie to spotyka?”. Ja nigdy tak nie myślałem. Byłem przekonany, że to cierpienie ma sens. Z dwóch powodów. Droga do Jezusa przez cierpienie zdaje się być najkrótsza. A po drugie, jest taką jakby „taryfą ulgową” – wierzy dziennikarz.
Krzyż na miarę
- Wszystko jest po coś – zapewniał Ziemiec. Taki tytuł nosi też jego niedawno wydana książka, w której opowiada o swoim życiu po wypadku, cierpieniu, bólu i rekonwalescencji. – Wszystko jest po coś, a zwłaszcza cierpienie. Wyzwala w człowieku taką wiarę i energię, jakiej w normalnych warunkach nie potrafiłby wykrzesać – przekonywał.
Kiedy rozmawiam z Krzysztofem Ziemcem już po zakończeniu spotkania, nie mogę nie zapytać go o to, skąd w nim była taka silna, dojrzała wiara w tak trudnych okolicznościach. Normalnie, człowiek po prędzej czy później po prostu się buntuje, zaczyna pytać, dlaczego to właśnie jego spotyka cierpienie. Czy to jakaś kara? Dziennikarz nie potrafi mi odpowiedzieć na to pytanie. Mówi, że bez Bożej łaski to jest po prostu nie do zrozumienia. – Pan Bóg chyba po prostu nigdy nie daje cierpienia ponad nasze siły. A każdy krzyż jest na miarę człowieka, który go niesie… - mówi.

„Tu i teraz” a nie „tam i potem”
Potrzebujemy zmarłych aby mieć nadzieję. Potrzeba nam pamięci o nich, aby pamiętać o życiu. Łatwo jest wspominać bezdomnych po śmierci, trudniej pamiętać o nich za życia. Dlatego tak ważne jest „tu i teraz”, bo tylko „tu i teraz” a nie „tam i potem” możemy im pomóc. Podkreśla to mocno Robert Cudzich, artysta z New Life’m, który wziął udział w zaduszkach. - Największą wymową tego wydarzenia jest zwrócenie uwagi na tych, co żyją. Sam z własnego doświadczenia wiem, jak niewiele trzeba, żeby komuś pomóc, nawet uratować. Z Bożą pomocą, i za Jego impulsem, każdy z nas może być takim aniołem życia, dla wielu ludzi wokół nas. Kapucyni z pewnością są takimi aniołami – przekonuje muzyk.
Ten sam aspekt spotkania podkreśla jego organizator, br. Piotr. - Oni spotykając się tutaj, niejako obcując ze śmiercią, mogą doświadczyć tego, że my jeszcze żyjemy, inni odeszli, my żyjemy. To pokazanie, że jest nadzieja, że jest szansa, że jeszcze można coś zmienić. Ale to przede wszystkim przygotowanie bezdomnych na śmierć. Każdy z nas kiedyś umrze, a nie można zapomnieć o przygotowaniu do tego wydarzenia. Chcemy pokazać, że śmierć nie jest wcale straszna, wierzymy przecież, że „po tej drugiej stronie” będzie nam lepiej – tłumaczy kapucyn z klasztoru na Miodowej.
- Zmarli są nam potrzebni do życia – zapewnia na koniec br. Piotr i udziela błogosławieństwa na tą noc.
Zmarli moi, nie opuszczajcie mnie!
Tylko przy waszej śmierci bliski jestem życia, (…)
Tylko za wami iść, iść na wieki wieczne. Amen.
(z wiersza „Do moich zmarłych”)
Marta Brzezińska
Fot. Krzysztof Wierzbowski

