Gdy od września dwie szkoły - w Antwerpii i Hoboken - wprowadziły zakaz noszenia symboli religijnych, spotkały się z ostrym sprzeciwem muzułmanów z rodzin imigranckich. Przez kilka dni demonstrowali oni swój sprzeciw wobec odkrytych włosów, argumentując, że obrażają one ich uczucia religijne, i że szkoły nie mogą same podejmować decyzji w sprawie zakazu burek.

Nauczyciele argumentowali za to, że chcą uniknąć presji wywieranej na uczennicach, które muzułmańskie rodziny zmuszają do noszenia islamskich chust. W niektórych szkołach Antwerpii muzułmanki stanowią nawet 80 proc. uczennic, a te, które ubierają się po europejsku, są wytykane palcami.

Władze regionalne uznały, że najlepszym wyjściem będzie wprowadzenie zakazu noszenia "symboli religijnych" w całej Flandrii, bo to zapewni wszystkim równe prawa i zapobiegnie segregacji. Ale ostry protest społeczności muzułmańskiej sprawił, że sprawa trafiła do sądu najwyższego. Przedwczoraj skrytykował on autonomię szkół w sprawie chust, ale nie potępił idei ich zakazu.

Rada szkolnictwa belgijskiej Flandrii (niderlandzkojęzycznej części Belgii) w odpowiedzi na to orzeczenie ogłosiła pełny zakaz noszenia chust i innych "symboli religijnych" we wszystkich publicznych szkołach niderlandzkojęzycznych we Flandrii oraz w dwujęzycznej Brukseli.

Szkoły francuskie w Brukseli oraz we francuskojęzycznej Walonii (ok. 40 proc. uczniów) mają wolną rękę w sprawie chust. Zasłanianie twarzy w miejscach publicznych jest od początku lat 90 zakazane w całej Belgii, gdzie muzułmanie stanowią blisko 6 proc. społeczeństwa. W Brukseli - gdzie jest najwięcej imigrantów - wyznawców Allaha jest blisko jedna czwarta.

AJ/IAR/GW

 

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »