To właśnie Elio Di Rupo, 58-letni lider frankofonów, ma największe szanse na objęcie stanowiska premiera, choć jego Partia Socjalistyczna nie zdobyła największej ilości mandatów w 150-osobowej Izbie Deputowanych (26 miejsc wobec 27 N-VA). Belgia nie miała francuskojęzycznego premiera od 1974 roku, więc frankofoni wiążą z jego osobą wielkie nadzieje. Liderem pozostał, dążący do uniezależnienia Flandrii kosztem państwa federalnego Nowy Sojusz Flamandzki N-VA. Nigdy dotąd flamandzcy nacjonaliści nie odnieśli tak wielkiego sukcesu w wyborach, co - zdaniem komentatorów - odzwierciedla oczekiwanie Flamandów na głęboką reformę ustrojową kraju, której wbrew wyborczym obietnicom sprzed trzech lat nie zrealizował ówczesny wielki zwycięzca Leterme. Wszystkie oczy zwrócone są na lidera N-VA, 39-letniego Barta De Wevera. To jednak nie on ma największe szanse zostać nowym szefem rządu, ale broniący jedności państwa przywódca francuskojęzycznych socjalistów Elio Di Rupo - wielki zwycięzca wyborów w Walonii i Brukseli, który w przeciwieństwie do nowego flamandzkiego lidera jest orędownikiem jedności Belgii.
Oczywiście Di Rupo musiałby się porozumieć z N-VA, gwarantując odpowiednio wysokie stanowisko De Weverowi, a także dobrać innych koalicjantów do rządu. O tym, który polityk poprowadzi rozmowy w celu sformowania nowej koalicji rządzącej, zadecyduje Albert II w wyniku rozpoczętych w poniedziałek konsultacji. "Tsunami N-VA zmieni obraz Belgii. Di Rupo i De Wever rozdają karty" - tytułuje w poniedziałek francuskojęzyczny dziennik "Le Soir", pisząc o wyniku wyborów: "Szok, zagrożenie, szansa". Gazeta zastanawia się, jaki będzie wynik zderzenia dwóch zwycięskich i całkiem sprzecznych ze sobą wizji Belgii: flamandzkiej, która zmierza do modelu konfederacyjnego i w dłuższej perspektywie "wyparowania Belgii", oraz frankofońskiej, której celem jest uratowanie kraju przed rozpadem. "Przechodząc do historii, De Wever i Di Rupo mogą wspólnie zarazem uratować i zreformować kraj" - pisze flamandzki dziennik "De Standaard".
Sam De Wever zadeklarował w poniedziałek, że nie ma nic przeciwko temu, by Di Rupo został premierem. - Trzeba uszanować wyniki demokracji i oczywiście stanowisko może przypaść frankofonom - powiedział. On sam praktycznie nie ma na to szans z braku politycznego partnera wśród partii francuskojęzycznych po drugiej stronie granicy językowej. Jeśli Elio Di Rupo zostanie premierem, będzie to sensacja między innymi dlatego, że to zwykle Flamand stawał na czele rządu. Frankofoni nie mieli premiera od kilkudziesięciu lat. Poza tym nie mówi on biegle po niderlandzku i otwarcie deklaruje swój homoseksualizm.
Niedzielne wybory jeszcze bardziej skomplikowały sytuację na belgijskiej scenie politycznej. Już wiadomo, że rozmowy koalicyjne będą trudne, jeśli uczestniczyć w nich będą zwycięzcy, czyli flamandzcy nacjonaliści nawołujący do rozpadu kraju i socjaliści wraz z ich szefem, który broni jedności Belgii.
W podzielonej na regiony i wspólnoty językowe Belgii Walonowie i Flamandowie głosują tylko na "swoje" partie. Skomplikowana federalna struktura i proporcjonalna ordynacja wymagają tworzenia szerokich koalicji i oznaczają w praktyce, że wybory odbywają się w dwóch turach - najpierw wyborcy oddają głosy, a potem partie w długotrwałych negocjacjach między sobą ustalają, kto tak naprawdę będzie rządził w koalicji rządowej.
Głosowanie w Belgii jest obowiązkowe, więc frekwencja w wysokości przynajmniej 90 proc. jest z góry zapewniona. Choć w praktyce i tak od 2003 roku nie nakłada się już grzywien dla niesubordynowanych obywateli w ustawowej wysokości 25-50 euro. By okazać zniecierpliwienie i brak zrozumienia dla ciągłych kryzysów politycznych w swoim kraju, na popularnym portalu internetowym Facebook tysiące Belgów zapisały się do grupy pod prowokacyjnym hasłem "13 czerwca zamiast na wybory idę na basen".
EW/Pap/Polskieradio.pl
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

