Beata Gosiewska w rozmowie z "Gazetą Polską" opowiada o tym jak wyglądały jej relacje z władzami Polski od momentu, gdy pod Smoleńskiem rozbił się samolot TU-154. Na pokładzie był też jej mąż. - Poza doniesieniami medialnymi nikt nas jako rodziny nie informuje, co dzieje się w sprawie – mówi.

Bałagan i dezinformacja

Tłumaczy też, dlaczego zdecydowała się powołać pełnomocnika: "Gdybym wierzyła, że rząd polski zrobi wszystko, aby tę sprawę wyjaśnić, nie podejmowałabym żadnych działań". Mówi, że nie widzi ze strony rządu woli wyjaśnienia sprawy. - Zwątpiłam w to, że ta władza doprowadzi do wyjaśnienia czegokolwiek w sprawie katastrofy – ucina.

Jej zdaniem katastrofa pod Smoleńskiem pokazała słabość państwa polskiego. - Rządzący zajęli się bardzo sprawnie wchodzeniem do urzędów i wyborem nowych władz. Informowano w mediach, jak troszczą się o rodziny, a tak naprawdę to był wielki bałagan i dezinformacja – ocenia najbliższa rodzina ofiary tragedii.

Chaos w Rosji

Żona posła PiS mówi też o zawirowaniach z identyfikacją ciała Przemysława Gosiewskiego. - Ja będąc w Polsce, dowiedziałam się z mediów, że ciało męża zostało zidentyfikowane, tymczasem w Moskwie, zanim to nastąpiło, były spore problemy. Okazało się, że omyłkowo zidentyfikowano ciało kogoś innego jako mojego męża – opowiada.

Do Moskwy na identyfikację pojechał brat matki Przemysława Gosiewskiego. Ale jak mówi wdowa, wątpliwości pozostają. - Teraz bardzo żałuję, że my jako rodzina nie zażądaliśmy otwarcia trumny i wykonania sekcji zwłok. Bo przecież nie wiemy, co się stało, nie wiemy, czy ktoś z przedstawicieli polskiego rządu był przy zamykaniu i lutowaniu trumny – dzieli się swoimi pytaniami.

- Dziś jestem coraz bardziej przekonana, że to nie był wypadek, i będzie konieczna ekshumacja ciała mojego męża. Zrobię wszystko, aby tę sprawę wyjaśnić – jestem to winna mojemu mężowi – wyznała Beata Gosiewska.

Co się stało z garderobą ofiar

Wdowa po polityku PiS pytała o ubrania po mężu w siedzibie Żandarmerii Wojskowej w Mińsku. Usłyszała, że Rosjanie zapakowali je w worki i przysłali do Polski. - Przedstawiciele żandarmerii powiedzieli mi, że te rzeczy były brudne, mokre i zakrwawione. A jakaś komisja miała stwierdzić, że stanowią one zagrożenie epidemiologiczne.

Żandarmi nie potrafili jednak wskazać jaka komisja, w jakim składzie i jakim prawem. - Dowiedziałam się, że podjęto decyzję o ich spaleniu właśnie ze względu na to zagrożenie, nikt natomiast nie potrafił mi powiedzieć, czy je faktycznie spalono. Ja zastrzegłam, że jeśli tych rzeczy jeszcze nie spalono, to kategorycznie się na to nie zgadzam, ponieważ uważam, że jest to niszczenie dowodów w śledztwie, które się dopiero rozpoczyna – mówi Beata Gosiewska.

Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie, która prowadzi śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej, wystąpiła do sądu o zgodę na zniszczenie przedmiotów należących do ofiar. Chodziło również o ubrania pasażerów Tu-154. – Decyzja prokuratury jest przedwczesna. Te dowody rzeczowe teraz nie mają znaczenia, ale kiedyś mogą się przydać – uważa mecenas Rafał Rogalski, pełnomocnik rodzin ofiar.

mm/Gazeta Polska

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »