„Wybacz, ale operujemy w obrębie innych horyzontów światopoglądowych i aksjologicznych. Dlatego porozumienie między nami nie jest możliwe. Nie w tej chwili w każdym razie. Możemy co najwyżej licytować się w co bardziej złośliwych uwagach, obrzucać wyjątkami z tzw. uznanych autorytetów albo – co gorsza – „obsobaczać” wzajemnie coraz to wymyślniejszymi wyzwiskami. Nie zrozumiemy się, bo żyjemy w innych światach, na niespokrewnionych jakby wyspach realności, na których inne całkiem panują wartości i zasady”. Taka myśl – wypowiedziana na głos lub nie – towarzyszy mi ostatnio coraz częściej i to także w stosunku do ludzi, którzy jeszcze niedawno wydawali mi się bliscy wrażliwością i posiadanym ogólnym rzeczy obrazem. Nie jest to, jak sądzę, tylko mój problem: wiele osób się na niego skarży i na rozmaite sposoby – i z różną intensywnością - przeżywa. Jedni reagują gniewem i agresją, inni, ironią czy cynizmem, jeszcze inni smutkiem i szarą rezygnacją. Taki w każdym razie przyszedł moment w naszej przestrzeni publicznej i właściwym jej dyskursie. Nic nie poradzisz: musisz się zdeklarować, po której jesteś stronie albo też wycofać się z debaty w prywatne rewiry wewnętrznej emigracji. Nie zawsze można stać „w rozkroku”, migać się, „gdybać” i wić jak piskorz kiedy o proste rzeczy pytają: z nami jesteś czy przeciwko nam?
Może jednak było to nieuniknione? Może ten narastający wrzód społecznego konfliktu musiał w końcu pęknąć i rozlać się szeroko, po wszystkich niemal sferach życia publicznego? Może te trudne chwile konfliktu i twardej duchowej krystalizacji to warunek wewnętrznego przebudzenia politycznie rozleniwionego i uśpionego przez ostatnie lata narodu? Uzyskania przez niego narodowej (jak chcą jedni) czy obywatelskiej (jak przekonują drudzy) świadomości? Może – nie wiem. Oby.
Nie mam zamiaru ukrywać iż przynależę do konserwatywnego „obozu”. Moje serce bije po prawej stronie. Wolę chodzić po Ostrowie Tumskim niż po Galerii Dominikańskiej. Wolę Mackiewicza od Gombrowicza. Popieram niezłomnych straceńców przeciw kunktatorom, oportunistom i kolaborantom. Preferuje kontusze przeciw „fraczkom”, monarchię dziedziczną (ale tylko jakby się trafiła jaka szacowna, oświecona dynastia!) przeciw demokracji. Przedkładam Rymkiewicza nad Kuczoka i siebie samego nad Twardocha, wynoszę zdecydowanie„Kocham Cię Polsko” nad „Pierdol się Polsko”. I generalnie - wolę być raczej osobno niż „Razem”. Kiedy więc czytam wypowiedź profesora Mikołejko o „łabędzim śpiewie tradycjonalistów”, to uśmiecham się tylko pod nosem, bo tradycjonalistów i konserwatystów składa się w mogile rzeczy minionych dość regularnie, przynajmniej od sławetnego Aufklarȕng, czyli będzie już ze trzy setki lat. A tymczasem zarówno narody, jak i tradycyjne wartości mają się dobrze i nawet coraz lepiej, bo zerwała się historia z łańcucha i groźnie warczy, wodzi spode łba przekrwionymi ślepiami dokoła kogo by tu pożreć. A wiadomo: jak trwoga to do Boga, względnie Boga i Narodu, bo nikt inny nie pomoże. Profesor powiada zaś tak o narodowej narracji: „To jeden wielki rytuał. Jeden wielki mit. Jedna wielka opowieść o męczeństwie i triumfie narodowego ducha. Jeden wielki polski różaniec, odmawiany pobożnie, lecz nie nazbyt rozumnie”. Może i prawda, że to mit – ale przynajmniej wielki. Mitem zaś w zasięgu nie mniejszym, lecz zdecydowanie niechlujniej skonstruowanym i generalnie wątpliwej konduity jest też tzw. ideologia postępu i nowoczesności. Wprowadzono ją wszak w XIX wieku, by skrócić „życie” rzeczy i nakręcić spiralę konsumpcji – ta zaś miała wznieść na wyżyny bogactwa pierwszych kapitalistów. Tak też dzieje się i teraz: postęp cywilizacyjny mierzony jest w gruncie rzeczy częstotliwością zmiany telefonów komórkowych i telewizorów plazmowych, względnie wysokością kredytów i nazwą (oraz kursem!) waluty, w jakiej są wzięte. A to wszystko po to, by bogaci stali się jeszcze bogatsi, a biedni jeszcze bardziej zbiednieli. Na tym, w lwiej części, polega ta nasza chuda jak bałtycki śledź nowoczesność.
No to ja już wolę dawne czasy. Wolę spierać się o to czy Syn jest współistotny Ojcu czy też nie albo o to, czy przybrał pozorne czy rzeczywiste Ciało na tym padole łez, niż o to na przykład, jakie portki będą modne w przyszłym sezonie i czy kolejny Windows jest lepszy – czy jednak nie – od poprzedniego. Wolę dumać nad swoimi grzechami niż nad tym, jak przekonać siebie i innych, że żadnych grzechów nie ma, nie było i nigdy nie będzie.
Czy między tymi światami, między tradycją a nowoczesnością, nie ma terminów pośrednich, jakiejkolwiek możliwej do pomyślenia zgody? Czy skazani jesteśmy nieuleczalni na ten społeczno-polityczny dualizm? Z mojej perspektywy – chyba niekoniecznie. W sławnym Słowniku Doroszowskiego znajdziemy obszerne i nader inspirujące wyjaśnienie pojęcia „honor”. Szacowny ten autor przywołuje również pojęcia pokrewne mu i bliskoznaczne. Oto one: godność osobista, dobre imię, cześć, uczciwość, szlachetność i ambicja. I myślę sobie, że ja gotów jestem podać dłoń każdemu dla kogo słowa te jeszcze coś znaczą. A resztą niech zajmie się Bóg. Czyli Historia.
Bartosz Jastrzębski
doktor habilitowany kulturoznawstwa, filozof, etyk, wykłada w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Wrocławskiego. Interesuje się niespokojnym pograniczem filozofii, antropologii i literatury. Fascynuje historią, pamięcią oraz poszukiwaniami duchowymi i religijnymi. Tropi motywy przewodnie codzienności, jej udręki i drobne nadzieje, którym poświęcił trzy tomy esejów: Pająk. Szkice prawie filozoficzne (2007), Próżniowy świat (2008) oraz Wędrówki po codzienności. Eseje o paru ważnych rzeczach (2011). Pisarz i podróżnik. W 2012 roku otrzymał Nagrodę im. Beaty Pawlak za książkę Krasnojarsk zero (wraz z Jędrzejem Morawieckim). W 2013 roku opublikował zbiór esejów Przedbiegi Europy. Gawędy podróżne, a w 2014 ukazały się jego dwie książki poświęcone współczesnemu szamanizmowi: Współcześni szamani buriaccy w przestrzeni miejskiej Ułan Ude oraz Cztery zachodnie staruchy. Reportaż o duchach i szamanach (współautor: Jędrzej Morawiecki).
