Znał pan Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Poznaliście się w czerwcu 1943 roku...


-Tak, byliśmy razem w Oddziale Specjalnym (szturmowym) Kedywu Komendy Głównej Armii Krajowej. Nawet niektóre dokumenty mówią, że w 1943 roku objął po mnie sekcję w drużynie „Kołczana”. W owym czasie panował w naszej sekcji taki zwyczaj, że funkcję sekcyjnego pełniliśmy na przemian. A stanowiliśmy bardzo dobraną czwórkę: Stanisław Deczkowski, Zbigniew Rosner, Mirosław Szymanik i ja. Przyszedł do nas Krzysztof, starszy od nas, humanista – myśliciel. Myśmy przewyższali go wiedzą sapersko-dywersyjną, żądzą czynnej walki z wrogiem. Nie rozumieliśmy wtedy, dlaczego  nie wyznaczono go do udziału w akcji „Wilanów” – choć nami dowodził – o co zresztą miał duży żal do dowództwa. Krzysztof został skierowany do podchorążówki, by podnieść swą wiedzę wojskową.


Jaki miał charakter?


- Był bardzo lojalny. Do tego stonowany i spokojny. Bardzo przyjacielski.


Czytał wam wiersze?


- Bardzo często, prawie na każdej zbiórce. Nie byliśmy najlepszymi odbiorcami, nie rozumieliśmy pięknych słów używanych do opisów dnia codziennego. Krzysztof zadawał sobie trud tłumaczenia ich, objaśniania wzniosłych myśli – muszę powiedzieć, że nie bardzo mu się to udawało.


Dlaczego?


- Woleliśmy  mówić o broni i akcjach zbrojnych. Ale pamiętam, że kiedyś zadeklamował nam wiersz „O, Barbaro”, wiersz poświęcony jego żonie.


Wiedzieliście, w jakich grupach literackich się obracał?


- Nie, o tym nie wspominał. Mówił jedynie o swej twórczości. A myśmy mu zarzucali, że nie bardzo wiedział, jak poprowadzić musztrę. Swoje braki wiedzy wojskowej starał się bardzo uzupełniać, uczył się od nas, jak posługiwać się bronią, materiałami wybuchowymi. Chciał być żołnierzem.


Opisywał w wierszach wasze działania?


- Sądzę, że tak. Czytając jego poezję, napotykam różne opisy naszych przygód wojennych, jak np. wiersz napisany po „Bazie leśnej” w Puszczy Białej z czerwca 1944 r. Teraz, po latach – widzę, że on to przeżywał inaczej, szerzej. Widział dramat jednostki zmagającej się w walce z wrogiem, a może i z dwoma wrogami – bo to był czerwiec-lipiec 1944 r., kiedy ruszyła ofensywa radziecka.


Jasne twarzyczki, czyli…


- Jasne twarze – to my – pełni wiary i miłości do ojczyzny. Pokonywaliśmy swoją słabość fizyczną, uczyliśmy się znosić trudy partyzantki, głód niewygody – i tajemnice lasu, który nas otaczał wkoło.


Baczyński był słaby fizycznie?


- Chyba nie. Starał się znosić dzielnie trudy ćwiczeń terenowych.


To o co chodziło?


- Dowództwo przeniosło Baczyńskiego „z powodu małej przydatności w warunkach polowych” na stanowisko kronikarza kompanii „Rudy”. Bardziej ja mogłem się spodziewać, że mnie wyleją z oddziału, bo mi się gdzieś zapodział karabin w czasie marszu przez las. Zachorowałem i odesłano mnie z Bazy do domu. To przeniesienie do rezerwy zraniło głęboko Krzysia. Skorzystał z okazji naboru nowych żołnierzy do „Parasola” i odszedł z „Zośki” na zastępcę dowódcy plutonu. To był awans.

/

 

Krzysztof miał żal, że odszedł z „Zośki”?


- Krzysztof miał ogromny żal, że odsunięto go od chłopaków. Już na Bazie znalazł się w innej drużynie. Zbiegło się to trochę z reorganizacją batalionu „Zośki”, a w szczególności plutonu „Alek”. Do oddziału przyszli przedwojenni podchorążowie: „Maryśka”, Jan Jaworowski na stanowisko „Kołczana”, zastępcy dowódcy plutonu „Alek”, „Sosna” – Jan Maślonkowski zastąpił Bogdana Deczkowskiego na stanowisku dowódcy drużyny.


Miał 22 lata, a wiersze pisał niesłychanie dojrzałe.


- Krzysztof był dziwnym człowiekiem. Jego poezja była odbiciem jego myśli i przeżyć. Czasem wydaje się, że był wizjonerem. Potrafił przewidzieć bieg wydarzeń. Może takim przykładem jest akcja wysadzenia pociągu – opisana na rok wcześniej niż akcja dywersyjna, w której brał udział na trasie Tłuszcz-Urle. Ale to mogłem zrozumieć po latach, gdy przyszło mi się spotkać z poezją kolegi.


Podziwialiście jego niezwykły talent czy uważaliście że was zanudza swoją poezją?


- Może i były jakieś momenty, ale woleliśmy rozmawiać o broni i walce. Dużo przystępniejsze były jego piosenki. Bardzo nam się podobały.


Kiedy pan się dowiedział, że zginął w Powstaniu?


- Po wojnie.  Bardzo to przeżyłem, bo odszedł jeszcze ktoś z mojej byłej sekcji. Ocalałem tylko ja.


Jak pan patrzy na niego po latach?


- Dzisiaj go podziwiam.


Zawdzięcza mu pan coś, czegoś pana nauczył?


- Kultury  życia, spokoju i poczucia wypełnienia obowiązku wobec ojczyzny.


Porozmawiamy o tym w następnym numerze naszego pisma?


- Dziękuję – z przyjemnością.

 

Wywiad ukaże się w 5 numerze pisma „Zgrupowanie Radosław”.