Tekst zaczyna się od wskazania, kto katolikiem nie jest, później następuje sformułowanie kryteriów (liberalnych, jak przyznaje sam autor) bycia katolikiem.
„No więc przyjmijmy te oto bardzo liberalne kryteria bycia katolikiem:
-
Ochrzczony w kościele katolickim
-
Chodzący czasami do kościoła
-
Określający samego siebie (samą siebie) jako katolika (katoliczkę)
-
Znający kilka najważniejszych dogmatów i wierzący w nie
-
Zachowujący przynajmniej pozory życia chrześcijańskiego”
Na koniec wnioski. „Nie są to żadne ostre kryteria, lecz nawet przy ich bardzo łagodnej i inkluzywnej interpretacji odsetek katolików w społeczeństwie polskim wypadnie nader skromnie. No, powiedzcie, tak na oko, pięć procent? A może dziesięć? No, co, może piętnaście? Tak czy inaczej jakaś tam sobie mniejszość. Tyle że cholernie wpływowa – do tego stopnia, że zachowuje się jak większość i jak większość jest traktowana. Na szczęście w wolnym kraju wolnych ludzi, którym kiedyś będziemy tak naprawdę, nie będzie miało żadnego znaczenia, ilu ma się współwyznawców – czy jest się w większości, czy w mniejszości. Na razie jednak ma to znaczenie niebagatelne i warto pamiętać o tym, że samodzierżawny kościół katolicki, mający status niemalże eksterytorialności i obdarzony bizantyjskimi przywilejami, za które nawet nie raczy podziękować niekatolickiej większości ani rządowi, gromadzi tak naprawdę niewielki odsetek społeczeństwa. Nie jest to oczywiście argument na rzecz deklerykalizacji państwa (bo ta jest wymogiem etycznym i konstytucyjnym), ale jest to dobry powód dla polityków, prokuratorów czy sędziów, by przestali się trząść jak w febrze na widok sutanny. Nie lękajcie, się politycy! Niech zstąpi duch liberalnej rewolucji etycznej, która pozwoli kościołowi żyć na równych prawach z innymi wolnymi zrzeszeniami obywateli, a tym samym zrzucić z siebie grzech, jakim jest korzystanie z nienależnego uprzywilejowania!” - oznajmia Hartman.
Nie jest jasne, skąd takie wnioski liczbowe, ale można być pewnym, że gdyby były one prawdziwe, to uważnie śledzący sondaże politycy już dawno zrealizowaliby postulat deklerykalizacji. Jeśli tego nie robią, to znaczy to, że wiedzą, iż Hartmanów, Śród i innych wojujących ateistów jest w Polsce na tyle mało, że zwyczajnie nie opłaca się realizować ich programu. Są oni bowiem mniejszością głośną, ale wielkości muszki. I jak ona irytującą.

