Arnold Schwarzenegger i Bruce Willis rozwalają ze swoich karabinów dziesiątki pretorianów Jean Claude Van Damme’a ( tak, tak „Lwie serce” jest czarnym bohaterem!). W pewnym momencie Arnie mówi kultowe „I’ill be back”. Bruce odpowiada: „Wracałeś już wiele razy. Teraz ja „I’ll be back”. Nagle obok Terminatora pojawia się Chuck Norris. Arnie patrzy na niego z poważną miną i mówi: „Kto tu jeszcze się pojawi? Rambo?”. Ta scena, która doprowadziła salę kinową do śmiechu mocniej niż jakiekolwiek filmy z Carreyem, idealnie pokazuje klimat nowego filmu Sly’a Stallone, który dał go tym razem wyreżyserować mistrzowi współczesnego kina akcji Simonowi Westowi. To właśnie autoironia, dystans i balansowanie na granicy parodii spowodowało, że pierwsza część filmu zarobiła na świecie miliony dolarów. Druga odsłona przygód dzielnych dziadków z karabinami, wspieranych przez Stathama i Lee z pewnością pobije rekord „jedynki”. Będzie to zasłużony sukces. „Niezniszczalni 2” biją pierwszą część na łeb, niczym kopnięcia Belga albo uderzenia Austriaka.


/

 

W tym miejscu recenzji zawsze pojawia się streszczenie fabuły filmu. Czy jednak kogokolwiek interesuje scenariusz tej historii? Podejrzewam, że większości widzów na świecie wystarczyły nazwiska, które pojawiły się na plakacie obrazu. „Niezniszczalni 2” to klasyczne kino akcji ( pisząc klasyczne, mam na myśli lata 80-te, a nie dzisiejsze pląsy ulizanych Kenów) z motywami znanymi każdemu „dzieciakowi lat 90-tych”, który na zniszczonych kasetach VHS z wypiekami na twarzy oglądał „Commando” czy „Podwójne uderzenie”. Tacy właśnie faceci otaczali mnie na seansie nowego filmu Stallone, który po kolej ( „Rocky Balboa”, „John Rambo”) ze znakomitym skutkiem wskrzesza męskie ikony sprzed 30 lat. Bez wątpienia, gdyby nie głęboka ironia jego nowego filmu i znakomita lekka parodia kina akcji lat 80-tych, film Stallone ( przepraszam Panie West, ale to jest film Sly’a) nie odniósłby tak spektakularnego sukcesu. Nie można jednak zapominać o tym, że panowie, którzy mogliby być moimi dziadkami, biorą udział w pierwszorzędnym widowisku, które nie ustępuje niczym filmom, na których wychowało się pokolenie 3D.


Nie chodzi nawet tylko o sceny akcji, ale również smakowite igranie aktorów z własnymi wizerunkami. Arnie pędzi Smartem, który jest „wielkości jego buta”, Chuck Norris ( ciekawe czy twórcy filmu są świadomi jak w Polsce odbierane są ujęcia, gdy ten bohater dowcipów w pojedynkę ratuje swoich kompanów i wzbudza tym oklaski na sali kinowej?) przestaje być „Samotnym wilkiem”, a Bruce Willis już nie wyręcza się większymi mięśniakami. Również Stallone znakomicie wykorzystuje swój image skrzywdzonego twardziela z romantyczną duszą. Mnie jednak najbardziej podobał się nieśmiertelny karateka z Belgii, który dopiero trzeci raz w swojej karierze wcielił się w drania. W porównaniu z „Czarnym orłem” i „Bez odwrotu”, gdzie Van Damme grał złych Ruskich, tym razem były gwiazdor wypada naprawdę świetnie. Jego bandzior, który rzecz jasna toczy ostatnią walkę z „Rambo”, może śmiało zostać wpisany na listę najzimniejszych antybohaterów filmów akcji.


/


Zanosi się na to, że Stallone powróci ( najpierw zobaczymy bardzo ciekawie zapowiadającego się piątego „Rambo”) ze swoimi dinozaurami w trzeciej odsłonie filmu. Kto będzie tym razem jego wrogiem? Wciąż do wykorzystania jest primadonna Seagal, który mimo upadku swojej kariery, odrzucił rolę w poprzednich filmach i dał się skusić jedynie Rodriguezowi.  Może pójdzie on drogą JCVD, który również nie chciał zagrać w „jedynce” i prędko po sukcesie filmu zmienił zdanie? Chodzą słuchy, że w filmie zagra sam Clint Eastwood, który swoją kościstą pięścią przypomni, kto jest prawdziwym twardzielem X Muzy. Byłoby cudnie i z pewnością taki skład sprowadziłby do kin wiele zadków ( to wyrażenie mistrza Quentina). Jednak nawet jak nie uda się sprowadzić Brudnego Harrego, zawsze można sięgnąć po Burta Reynoldsa albo Nicka Cage’a. Zresztą chyba taki jest zamysł twórców.




Mimo tego, że przenoszenie się w czasie do lat 90-tych sprawia mi niezwykłą przyjemność, to mam nadzieję, że Sly skończy swoją niezwykła przygodę filmową na trylogii. Nie tylko kończy się bowiem lista twardzieli do obsadzenia w filmie, ale również nie da się sprzedać po raz kolejny zabawnych epizodów byłego gubernatora Kalifornii czy człowieka, który był zamknięty w szklanej pułapce. Warto byśmy zapamiętali naszych idoli jako zdystansowanych do siebie facetów, którzy nie popadają w żenadę. Niestety poza „Niezniszczalnymi” wielu z nich naprawdę się kompromituje na płytach DVD.  Jakimś cudem tylko przy „Rambo” nie dokucza im reumatyzm.


Łukasz Adamski