Aleksander Majewski (Fronda.pl): „Gazeta Wyborcza” donosi, że Powiernictwo Polskie musi zapłacić Erice Steinbach 50 tys. euro za zniesławienie i 60 tys. zł kosztów procesu. Co to oznacza dla Pani stowarzyszenia?
Dorota Arciszewska – Mielewczyk (posłanka PiS, Powiernictwo Polskie): Powiernictwo Polskie próbowało stawić czoła sądom niemieckim, ale niestety postanowiły one jak postanowiły. Odwołaliśmy się do Strasburga – zobaczymy jaki będzie tego efekt. Miejmy nadzieję, że wolność słowa zostanie obroniona. W tej chwili reprezentanci pani Steinbach wystąpili o zwrot kosztów sądowych, które polski sąd uznał za uzasadnione i podjął decyzję, że nasze stowarzyszenie ma jej zapłacić.
Jak rozumiem, chodzi o kwotę 60 tys. zł.
Tak, tyle mniej więcej wyjdzie w przeliczeniu na złotówki. Analizuję sytuację i jeżeli p. Steinbach będzie chciała zapłaty musi poczynić następne kroki i zwrócić się do polskiego sądu. Nie wiem, jaką decyzję podejmie sąd polski. Jeśli przychyli się do tych wymagań, to znaczy, że gdyby Powiernictwo Polskie nie mogło płacić tych pieniędzy, to pieniądze będą zbierane przez polskiego komornika i wysyłane do p. Steinbach. Oznacza to, że pieniądze polskich podatników, osób poszkodowanych, które chciały wesprzeć Powiernictwo Polskie, zasilą budżet p. Steinbach.
Czy to nie paradoks, że komornik występuje w interesie przedstawicielki stowarzyszenia, które – mówiąc oględnie – nie darzy sympatią Polaków?
Oczywiście, to jest paradoks. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy pozywać do sądu polityka – musimy mieć grubszą skórę. Oczywiście powinniśmy również liczyć się z konsekwencjami, ale chyba mamy zawsze z tyłu głowy hasło „wolność słowa”? W tym przypadku ta zasada nie działa. Jeżeli uznał tak sąd niemiecki, to znaczy, że niebawem możemy liczyć się z podobnymi werdyktami w innych krajach. Myślę, że decydowanie przez sąd, co jest wolnością słowa, a co nie jest, może być bardzo niebezpieczne. Prowokuje to do zadawania pytań: czy jesteśmy suwerenni w UE, czy rzeczywiście mamy wolność słowa i czy żyjemy w demokratycznym państwie?
Mówimy o wolności słowa, ale są również jakieś granice. Może przedstawienie na ulotkach Eriki Steinbach obok żołnierza SS było niestosowne?
A czy stosowne było umieszczanie p. Merkel w mundurze z pejczem na okładce tygodnika „Wprost”? A czy ktoś wytaczał proces połowie Greków za to, że podczas protestów prezentowali niewybredne karykatury p. Merkel? Czy stosowne jest to, że Związek Wypędzonych mówi o roszczeniach wobec Polaków? Wszystkim, którzy twierdzą, że nasza forma przekazu była niewłaściwa, zachęciłabym do obrony interesu Polaków, a nie zajmowania się tym, czy aby nie obrazili się Niemcy. Póki co, moja walka przypomina starcie Dawida z Goliatem. Wiadomo, jak małe zaplecze mają stowarzyszenia zrzeszające Kresowiaków czy osoby poszkodowane przez III Rzeszę. Natomiast p. Steinbach może liczyć na ogronne wsparcie polityczne i finansowe. Chciałabym również zauważyć, że nasza ulotka posługiwała się pewnymi symbolami. Przypominam, że ojciec p. Steinbach był podoficerem Luftwaffe. Równie dobrze, to jego mogłam zamieścić na tych ulotkach. Wspomniane symbole przywołują skojarzenia, jakich nie możemy się pozbyć. Paradoksem jest to, że jesteśmy za mało zjednoczeni w obronie polskich interesów. Inaczej jest w przypadku Niemców – ten wyrok pokazuje, jak zgrana jest to drużyna. Wmawia nam się, że p. Steinbach i jej środowisko stanowi trzeci garnitur polityczny w Niemiec. Dobrze, to dlaczego wszyscy stają w jej obronie?
Czyli Powiernictwo Polskie nie składa broni?
Jeszcze nie wiem, co zrobimy. Bo jak ma działać stowarzyszenie, skoro pieniądze darczyńców będą zasilały budżet Steinbach? Niestety nie mam zasobów, jak Związek Wypędzonych, który wspiera niemiecki rząd. To nie jest tylko mój problem. To kwestia zakresu wolności słowa. Jeżeli każdy sąd może określić jej granice, to gdzie my żyjemy? To już nie jest demokracja.
Ciekawe, czy teraz adwokaci p. Steinbach zapukają do drzwi Pawła Kukiza, który nagrał piosenkę „Heil Steinbach”...
Pani Steinbach robiła sobie promocję przede wszystkim na moim przypadku. Jeżeli politycy niemieccy obserwują naszą walkę o zaprzestanie używania określenia „polskie obozy zagłady” czy obrony praw mniejszośći polskiej w Niemczech, to widzą, jak daleko mogą się posunąć.
Może powinniśmy brać przykład z Niemców?
Z ich solidarności – oczywiście. Oni potrafią stanąć ramię w ramię w obronie swoich interesów. Mogłoby się wydawać, że nasza sprawa to tylko odosobniony przypadek. Tyle tylko, że w przyszłości możemy mieć do czynienia z podobnym eliminowaniem niewygodnych organizacji i osób. To doskonały sposób, aby zamknąć komuś usta i to w świetle prawa.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Aleksander Majewski
