Przy okazji kampanii prezydenckiej w mediach mainstreamowych znów rozpoczęła się debata o zaangażowaniu politycznym dziennikarzy. Kolejny raz konserwatywnych publicystów nazwano partyjniakami, przyklejono łatkę propagandzistów na usługach, oskarżono o wysługiwanie się partii, zaś telewizję publiczną nazwano PiS-owską, ignorując fakt, że rządzą nią również ludzie związani z SLD. Bo w środowisku dziennikarzy za niegodziwość uchodzi tylko konserwatyzm. Media tolerują wszystkich kolegów po fachu, póki piszą źle o PiS-ie. To w Polsce jest głównym wyznacznikiem politycznej neutralności dziennikarzy i przestrzegania zasad etyki zawodowej. Prezentowanie światopoglądu zbliżonego do Prawa i Sprawiedliwości skazuje w mediach na polityczne zaszeregowanie i oskarżenie o łamanie zasad rzetelności. Dzieje się tak, chociaż dużo częściej to dziennikarze lansujący PO czy SLD sprzeniewierzają się etyce.
To właśnie dziennikarze liberalni i lewicowi włączyli się za czasów Prawa i Sprawiedliwości w ostrą partyjną nagonkę na rząd, wmawiając mu chęć budowy państwa totalitarnego, nienawiść do społeczeństwa, obsesyjną chęć podsłuchiwania każdego obywatela i zagrożenie dla demokracji. Do dziś środowisko dziennikarskie nie rozliczyło się z tej zmasowanej akcji zakłamywania obrazu rządów PiS. A o tym, że obraz ten był zakłamany, może świadczyć choćby fakt, że żadne z oskarżeń o nieprawidłowości nie znalazło do tej pory swojego finału w sądzie, ustrój państwa za czasów rządów PiS nie zbliżył się na krok do autorytaryzmu, większe nieprawidłowości dotyczące podsłuchów wyszły na jaw za rządów PO, a PiS jako nieliczna partia nie jest zamieszana w żadną aferę uderzającą w podstawy demokracji.
Mimo tego przed wyborami prezydenckimi publicyści liberalno-lewicowi wrócili do retoryki sprzed kilku lat. Znów straszyli Polaków wrednym Jarosławem Kaczyńskim, pomstowali na krótką pamięć społeczeństwa. "Jak można lekceważyć widmo recydywy IV RP" - grzmiał w "Gazecie Wyborczej" Jarosław Kurski. Na łamach tej gazety wielu publicystów zastanawiało się, jak można było zapomnieć o tym kaczystowskim państwie, które doprowadziło do śmierci Barbary Blidy, w którym wszyscy czuli się zastraszeni i zniewoleni, w którym władza oskarżała przedsiębiorców o to, że mają, albo chcą mieć, w którym przeciwnicy polityczni PiS mogli chodzić tylko po zmroku, w którym wszystkim było duszno, ciasno i źle. Ta kampania pokazała jasno, że część dziennikarzy wciąż nie wyleczyła się z obsesyjnej niechęci do Jarosława Kaczyńskiego. Owa chorobliwa nienawiść do byłego premiera skłania od lat wielu publicystów, by w walce z nim stosować insynuację, manipulację i kłamstwo.
Nawet w czasach rządów Platformy Obywatelskiej wielu wolało nadal straszyć PiS-em niż patrzeć na ręce władzy. Popierano partię rządzącą tylko w imię niszczenia Kaczyńskiego i blokady jego powrotu do władzy. Do kanonów złamania zasad rzetelności dziennikarskiej powinna przejść rozmowa, jaką Tomasz Lis przeprowadził pod koniec 2008 roku z Adamem Michnikiem. Obaj dziennikarze, uchodzący w mediach za wzór do naśladowania, zionęli nienawiścią do PiS, powtarzali tezy o rzekomej autorytarności tej partii, wytykali błędy pisowskiemu rządowi, zapominając zupełnie, że już od roku partia ta nie rządzi Polską. Jednak nowej władzy publicyści postanowili się nie przyglądać. Choć rozmowa, która odbyła się w TVP, była zupełnym zaprzeczeniem tego, czym dziennikarze powinni się zajmować, środowisko medialne nie zawrzało, nie mówiono o skandalu, czy partyjnej przynależności któregoś z rozmówców. Obaj nadal uchodzą w środowisku za neutralnych i rzetelnych komentatorów życia publicznego.
Podobnie nikt nie szufladkuje lansowanego media Waldemara Kuczyńskiego, który w swoich tekstach w "Gazecie Wyborczej" i na swoim blogu twierdzi, że Jarosław Kaczyński gardzi Polską, jej ustrojem i konstytucją, dąży do likwidacji obecnego kształtu państwa, jest wrogiem III Rzeczypospolitej, że jako prezydent rozpocznie walkę z Polską i wszystkimi politykami. Publicysta słowami typowymi dla polityków PO oskarżał również PiS, że wykorzystuje tragedię smoleńską do politycznej rozgrywki, wzywając rząd do zwrócenia się do Moskwy o przekazanie Polsce śledztwa ws. przyczyn tragedii w Smoleńsku. Nie omieszkał nawet oskarżyć Lecha Kaczyńskiego o spowodowanie katastrofy 10 kwietnia. On już wie, że to pycha Kaczyńskiego zabiła prezydenta i prawie 100 innych pasażerów Tu-154.
Dyskusja o zaangażowaniu politycznym dziennikarzy rozgorzała tym razem po debacie prezydenckiej, podczas której rzekomo Joanna Lichocka zadała pytanie atakujące rząd. Została ostro skrytykowana przez polityków PO i Grzegorza Miecugowa, jedną z gwiazd TVN - jak mówił Andrzej Wajda - stacji zaprzyjaźnionej z Platformą. Czołowy prowadzący "Szkła kontaktowego" - audycji uderzającej w polityków PiS – zarzucił publicystce, że jak zwykle uderza w rząd, jej teksty są przewidywalne, a swoją postawą łamie zasady etyki dziennikarskiej.
Jednak to głównie media liberalne i lewicowe w swojej propagandzie naginają rzeczywistość i manipulują, by walczyć z obozem politycznym prezentującym inne niż one poglądy. Jednocześnie to właśnie ich dziennikarze wytykają palcami publicystów mających konserwatywny światopogląd i odbierają im prawo do jego głoszenia, oskarżając ich o tworzenie na partyjne zlecenie. W sporach dziennikarskich tylko liberalno-lewicowi publicyści szafują oskarżeniami o partyjniactwo swoich oponentów politycznych, uciekając od merytorycznej dyskusji. Jednocześnie zawłaszczają pojęcie neutralności. Jest to bardzo niebezpieczny syndrom ograniczania debaty publicznej w środowisku, które ma patrzeć władzy na ręce. Jeśli stosuje ono podwójne standardy we własnych szeregach, trudno, żeby media w Polsce w sposób neutralny patrzyły na politykę i z taką samą skrupulatnością rozliczały różne obozy rządzące krajem.
Każdy dziennikarz ma prawo do poglądów i ich wyrażania. Jednak trzeba głośno protestować, gdy tacy dziennikarze, jak Jacek Żakowski – publicznie popierający SLD, Monika Olejnik – TVNowska lwica, która łagodnieje na widok działaczy SLD, UW i PO, Wojciech Mazowiecki – zawdzięczający ostatnie lata swojej kariery sprzeciwowi wobec lustracji, Tomasz Wołek – uchodzący niegdyś za konserwatystę, atakujący obecnie z zaciekłością neofity wszystko, co prawicowe, Tomasz Lis – wykazujący się dużą dozą wyrozumiałości w stosunku do PO i atakujący w sposób chamski kolegów po fachu, czy Grzegorz Miecugow – którego głównym zajęciem ostatnich lat było wyszydzanie potknięć językowych Lecha Kaczyńskiego, roszczą sobie prawo do mówienia, kto jest dziennikarzem, a kto partyjnym działaczem zatrudnionym w mediach.
Stanisław Żaryn
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

