W tekście, który poświęcony miał być antykoncepcji, większą część zajmuje opis dzieciobójczyń, które zabijają swoje dzieci, a potem wsadzają je do lodówek. Winę za to spycha się zaś na katolików, którzy – o zgrozo – przeciwni są nie tylko antykoncepcji, ale nawet aborcji. Gdyby nie ci źli ludzie, gdyby nie ich zacofanie, i gdyby nie to, że w wioskach i miastach są proboszczowie, wówczas dzieciobójczyń by nie było, bo dzieci zabito by wcześniej za pomocą aborcji. Antykoncepcja zachwalana zaś przez „Politykę” jako rozwiązanie problemu „niechcianych dzieci”, ma także działanie wczesnoporonne, czyli również zabija nienarodzonych.
Jednym słowem lekarstwem na zabijanie dzieci w Polsce ma być zabijanie ich wcześniej, w imię starej zasady, czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Alternatywa „spirala czy zamrażalka”, którą stawia przed nami „Polityka” przypomina wybór między tym, czy zabijemy kogoś przy pomocy siekiery czy trucizny. Efektem działania spiralki jest bowiem śmierć dzieci... I przeciwko temu, dokładnie tak samo, jak przeciw zabijaniu dzieci po narodzeniu protestują ludzie wierzący.
Tekst „Polityki” jednak jest ważny także z innego powodu. Otóż pokazuje on, że wprowadzanie edukacji seksualnej czterolatków (o tym też w tekście jest) będzie się odbywało pod hasłem walki z dzieciobójczyniami i „niechcianymi dziećmi”. Problem polega na tym, że brytyjskie doświadczenia z edukacją seksualną pokazują zupełnie jednoznacznie, że... edukacja seksualna zwiększa liczbę ciąż u nastolatek, a co za tym idzie zwiększa liczbę aborcji (czyli ostatecznego spuszczenia dziecka do kanalizacji). Lekarstwo to zatem słabe, ale przecież nie o pomoc młodzieży tu chodzi, a o to, by rozłożyć do reszty moralność publiczną...
Tomasz P. Terlikowski
