Trasa marszu wiodła z placu Wolnica uliczkami Kazimierza, a potem ul. Franciszkańską pod "Oknem papieskim" na Rynek Główny. Jego uczestnicy nieśli transparenty z hasłami: "Każdy rodzi się ateistą/tką", "Edukacja seksualna, a nie parafialna", "No God no problem", "Noś swój krzyż osobiście nie podrzucaj innym", "Świat nie jest czarno-biały". Skandowano m.in. "Nie będziemy żyć na kolanach", "Świecka Polska, świeckie prawo", "Polska laicka, a nie katolicka".
- Mimo że formalnie Polska ma zapisane w prawie życzliwe współistnienie państwa i religii, to praktyka idzie o wiele dalej niż przepisy ustaw i konkordatu. Konkordat jest precedensem europejskim. Przyznaje bardzo wiele przywilejów Kościołowi - powiedział Adam Jaśkow z krakowskiego oddziału Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów.
Uczestników marszu wspierała Joanna Senyszyn (SLD). - Nie chcemy żyć w państwie, w którym prawo jest uzależnione od dziesięciu przykazań. Chcemy żyć w państwie świeckim, bo tylko państwo świeckie może być państwem prawdziwie demokratycznym - mówiła podczas marszu eurodeputowana. Dodała, że religie są "antydemokratyczne".
Uczestnicy marszu domali się: równego traktowania osób wierzących i niewierzących, usunięcia z kodeksu karnego artykułu o obrazie uczuć religijnych, wyłączenia religii z programów nauczania szkół publicznych, zaprzestania dotowania kościołów z budżetu państwa.
Spacerując po krakowskim Rynku, przypadkowo natknąłem się na wspomniany marsz. Demonstranci sprawiali przykre wrażenie. Wszędzie uśmiechnięci ludzie, ładna pogoda, a tu - ni z tego, ni z owego - jakiś sfanatyzowany tłum zaczyna wyrażać swoje zacietrzewienie. Zacietrzewienie rodem z poprzedniej epoki. Pewna urocza dama, która towarzyszyła mi podczas spaceru, zapytała: "O co im właściwie chodzi?". I to jest najlepsze pytanie...

