Wierzę w jeden Święty, powszechny i apostolski Kościół
Żyjemy w czasach, gdzie można oddychać atmosferą, która jest nieprzychylnie nastawiona do wszystkiego, co nosi określenie katolicki. Katolik, to słowo o zdecydowanie pejoratywnym znaczeniu, w opinii ogółu to ktoś raczej mało wysublimowany, niezbyt inteligentny o skłonnościach fundamentalistycznych. Katolicyzm jako relikt z epoki Średniowiecza określany jest mianem ciemnogrodu, kojarzony jedynie z niechlubnymi kartami Kościoła. Obecne, masowo nagłaśniane afery z udziałem księży jedynie mają potwierdzać ten osąd. Jednym słowem współczesna kultura najchętniej pozbyłaby się ze swego organizmu wszystkich tkanek, których DNA ma jakiekolwiek zalążki katolicyzmu. Teraz jest czas postępu, nowych technologii, wiary w naukę i wiecznej zabawy.
Czy zastanawiamy się jednak dość głęboko, jakie jest rzeczywiste podłoże owego antykatolickiego resentymentu?
Słowo resentyment pochodzi od francuskiego ressentiment, terminem tym określa się: niechęć, urazę lub niezadowolenie. Teorię resentymentu sformułował niemiecki filozof Fryderyk Nietzsche. Resentyment to cecha ludzi wewnętrznie przewrotnych, małych duchem, leniwych, gnuśnych, pozbawionych własnego zdania, którzy najwyższe wartości zrównują z antywartościami, z tego tylko powodu, że sami nie potrafią ich realizować we własnym życiu. Dobrą ilustracją takiego rodzaju osobowości jest bajka Ezopa O lisku i kwaśnych winogronach. Mały lisek bardzo chciałby zjeść słodkie winogrona, jednak ponieważ jest małego wzrostu, nie może do nich doskoczyć, aby poprawić jakoś swoje samopoczucie zaczyna wszystkim dookoła mówić, że winogrona są kwaśne.
Aby móc zrozumieć, że antykatolicki resentyment jest w obecnych czasach faktem, należy najpierw zapytać, co w Kościele Katolickim stanowi Wysoko Rosnące, Słodkie Winogrona? Wtedy okaże się jasne dlaczego współczesna kultura małych lisków ogłasza wszem i wobec, że są one kwaśne.
Kościół to wspólnota ludzi, bardzo specyficzna. Ludzie Kościoła na przestrzeni wieków odznaczali się szaloną miłością, heroizmem, poświęceniem, kryształową moralnością, ofiarą, ale niestety byli wśród nich także ludzie podli, dopuszczający się haniebnych zbrodni, zadający cierpienie, kłamiący i obłudni. Temu wszystkiemu nie sposób zaprzeczyć. Tym jednak, co gra tutaj pierwsze skrzypce, co łączy wszystkich mniej lub bardziej zaangażowanych członków owej wspólnoty, jest jej świadomość a właściwie wiara, że ponad 2000 lat temu doszło do wydarzenia na skalę kosmiczną – do spotkania ludzkości z własnym Stwórcą. Bóg z miłości zechciał objawić się człowiekowi w innym człowieku, w Jezusie z Nazaretu – nie może być już bliżej! Kościół w glinianym naczyniu, jakim są grzeszni i słabi ludzie, już przez ponad 2000 lat nosi prawdę, która nie jest owocem jego wydumanej refleksji filozoficznej, lecz darem od Boga, orędziem z wysoka, w którym Pan Wszechświata chce człowiekowi ofiarować coś przekraczającego wszelkie jego oczekiwania - życie wieczne. Czy te winogrona rosną dostatecznie wysoko i są wystarczająco blisko Słońca, aby mogły być słodkie?
Kościół nie opowiada bajki za siedmioma górami, za siedmioma lasami …, lecz głosi światu Ewangelię – Radosną Nowinę! Nie radosną opowiastkę czy wesołą historyjkę – Radosną Nowinę, która naprawdę jest radosną prawdą o tym skąd pochodzimy i dokąd zmierzamy. O tym, że nie jesteśmy przypadkiem, wynikiem jakiś ślepych procesów natury, jak wierzył Darwin, lecz istniejemy, bo Ktoś bardzo Dobry tego chciał. Także nasza przyszłość nie jest istnieniem ku śmierci, lecz ku Życiu. To dopiero radosna nowina! Ewangelia, która rozświetla największe mroki ludzkiej egzystencji. Każdy filozof był wobec nich bezradny, sam jak jeden z wielu cieni. Taki przekaz dla ludzkości ma Kościół i z nakazu Boga ma go ogłaszać aż do końca świata. To też, miej lub bardziej udolnie czyni. Czy te winogrona są słodkie? Odpowiedzią są tysiące świętych, którzy niejednokrotnie własną krwią i życiem potwierdzili, że tak. Oni uwierzyli Bogu, który się objawił, zaufali Mesjaszowi, którego On posłał na świat. Oni też po przez Wierę w Jezusa zostali usprawiedliwieni wobec Boga i cieszą się życiem wiecznym. Od tej wiary zależy także nasza przyszłość, to o nią od wieków toczy się walka. To jest jeszcze przed nami.
Rozmówcy Jezusa, którzy przez jakiś czas przysłuchiwali się Jego wypowiedziom, którzy byli zdolni pokonać swój własny resentyment wobec Jego osoby i skoncentrować się bez uprzedzeń na tym co mówi, zaczynali automatycznie otwierać się na zupełnie inną rzeczywistość, jakieś nowe życie zaczynało wstępować w ich wnętrza, ożywiająca bryza, która z powagą i zatroskaniem kazała im Go pytać: Cóż mamy czynić, abyśmy wykonywali dzieła Boże? Jezus odpowiadając rzekł do nich: Na tym polega dzieło zamierzone przez Boga, abyście uwierzyli w Tego, którego On posłał. ( J6 28-29)
Słodkie Winogrona Kościoła
A może Kościół jest sam sobie winien? Przez haniebne postępki ludzi, którzy się z nim utożsamiają zasługuje na ostrą reprymendę i krytykę? Nie należy przecież bagatelizować poziomu zgorszenia w Kościele, który jest jednym z powodów odejść ludzi z jego szeregów. To fakt wobec, którego należy spuścić głowę. Jednak zjawisko zgorszenia paradoksalnie nie jest trampoliną, z której odbija się przedziwna niechęć do Kościoła u współczesnych mieszkańców naszej planety. Dnem całej sprawy jest właśnie resentyment. Wiadomo, że resentyment nie wartościuje na podstawie rzeczywistych walorów, cech lub faktycznego stanu rzeczy, lecz polega na pewnym triku, który dokonał się nieświadomie w podmiocie oceniającym, gdzie autentyczna wartość zostaje zdyskredytowana a jej przeciwieństwo postawione w jej miejsce. Prosty przykład zilustruje sytuację. Pan X jeździ starym maluchem a pan Y najnowszym BMW. Typowa rozmowa dwóch sąsiadów pana X i Y mogłaby przebiegać następująco:
Sąsiad 1: Widziałeś, Y kupił sobie nowe BMW
Sąsiad 2: Tak. Fajne auto.
Sąsiad 1: Pewnie dużo pali!
Sąsiad 2: To na pewno a jakie ubezpieczenie musi być drogie!
Sąsiad 1: Bez sensu pracować tylko na samochód a rodzinie żałować!
Sąsiad 2: Święta prawda! Zresztą te nowe samochody teraz psują się znacznie częściej niż stare. A naprawa ile musi kosztować!
Sąsiad 1: Święta prawda! X jeździ starym maluchem i sam sobie go naprawia. Przynajmniej się wie, co się ma, bez tej całej elektroniki.
Dwóch facetów krytykuje ( kierujemy naszą uwagę tylko na to, co nas osobiście dotyka i dotyczy, co wynika z naszych braków) nowe BMW pana Y i jego samego przy okazji. Paradoksalnie obydwaj marzą o takim samochodzie, wiedzą jednak, że nigdy nie będzie w ich zasięgu. Jednocześnie podnoszą do rangi wartości starego trupa, malucha pana X, tylko dlatego, że w swoim nieudacznictwie życiowym tylko takie auto jest w ich zasięgu. Typowe dla resentymentu obniżenie poprzeczki standardów życiowych. To samo zjawisko ma miejsce wobec Kościoła. Tutaj poprzeczka podniesiona jest naprawdę wysoko. Kościół ma do zaoferowania coś znacznie cenniejszego niż cały koncern BMW. Tymczasem współcześni przekonują siebie nawzajem, że jest on jedynie starym, spróchniałym i nie nadającym się do jazdy maluchem. Czego nie pozwala dostrzec im ich życiowa przeciętność?
Wiara i zaufanie świętych Kościoła to są właśnie owe Słodkie Winogrona, wartości, do których nie potrafią doskoczyć współcześni, podszyci resentymentem krytycy Kościoła Katolickiego, którzy mimo drabin techniki, wież nauki i mostów filozofii nie odnajdują swojego raju. Pozostaje umniejszać, przeinaczać prawdy, patrzeć na błędy i cieszyć się z upadków ludzi małej wiary. Zresztą domeną małych zawsze będzie cieszyć się z wad, które przytrafiają się wielkim.
Powinność określenia swojego stosunku wobec Syna Bożego i Kościoła jaki On założył na ziemi. Każdy człowiek, który usłyszał o orędziu Jezusa otrzymuje od Niego pewne wewnętrzne znamię – ranę, której nie da się niczym zabliźnić. W końcu usłyszał nie jakąś tam historyjkę, lecz głos samego Boga, nawet wówczas, gdy dokonało się to ustami przypadkowego człowieka. Głos boży pozostawia niezatarty ślad w głębi człowieka, taką ma naturę. Człowiek nie jest tutaj do niczego przymuszany, powinność domaga się jedynie opowiedzenia się za lub przeciw Kościołowi - Jezusowi. Tymczasem człowiek kierowany resentymentem nie ma odwagi zdecydowanie określić się za lub nawet przeciw. Wybiera strefę półcienia. Atakując Kościół, ciesząc się z upadków jego członków, szydząc i pomawiając próbuje zagłuszyć swoją powinność wobec wezwania samego Boga, nie zdając sobie z tego nawet sprawy. Tymczasem słowa Jezusa są jak miecz, który odcina światło od ciemności, nie ma tu miejsca na jakiekolwiek szarości: Kto się Mnie zaprze przed ludźmi tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem (Mt 10,33).
Świętość w krainie chorej na resentyment, jest mylnie rozumiana jako perfekcyjna, nie możliwa do osiągnięcia postawa moralna. To jednak nie ma nic z nią wspólnego! To jedynie produkt uboczny resentymentu, który ze słodkiego winogrona uczynił kwaśne i cierpkie. Świętość bowiem jest sposobem istnienia za jakim wszyscy głęboko tęsknimy, synonimem pięknego człowieczeństwa, czystego sumienia, dobrego serca, miłosierdzia względem innych i wewnętrznej wolności, bo świętość w swej istocie jest sposobem istnienia Boga. On taki jest. Każdy, kto tylko ma odwagę spojrzeć w siebie w momentach różnych testów jakie serwuje nam życie czuje, że jest poronionym płodem, żałośnie wybrakowanym. Dopóki tego nie widzi będzie oskarżał wszystko i wszystkich dookoła siebie, nie ma wyjścia, musi gardzić świętością Kościoła, musi, bo brak mu wewnętrznej wolności. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka winna... Czyż te słowa nie są skutecznym remedium na chorobę dzisiejszego społeczeństwa, które złowrogo proklamuje swoją wiarę - twoja wina, twoja wina, twoja bardzo wielka wina?
Zbawienie. Nie ma chyba słowa, które mentalność wyhodowana na resentymencie mogła bardziej sponiewierać. Dokonano na nim operacji oddzielenia kręgosłupa od reszty ciała. Jaki efekt? To słowo współczesnym nic już nie mówi. Jest puste, wypreparowane z treści, które przecież niosły całe pokolenia ludzi, zbudowały wielkie katedry kościołów, były inspiracją dla sztuki i muzyki najwybitniejszych kompozytorów. Jeżeli zbawienie nic nie mówi, tym bardziej Zbawiciel i Kościół, który ma do przekazania całemu światu orędzie o zbawieniu. Współcześni zdają się raczej czekać na zabawiciela ( W. Kilpatrick), bo chcą się wiecznie bawić. Mówią, że im dobrze a narzekają, że są szczęśliwi a źle życzą innym, że wszystko OK, ale czują bezsens swojego życia, że są wolni a boleśnie doskwiera im brak wolności wewnętrznej, że są mądrzy a nie posiadają nawet swojego zdania.
Nigdy nie zrozumiemy sensu zbawienia i mocy uwolnienia jakie niesie ludzkości, jeśli najpierw nie uświadomimy sobie przepaści własnej nędzy. Dopiero, ktoś, kto zaczyna dostrzegać symptomy poważnej choroby, równie poważnie poszukuje lekarza, wybawiciela z opresji. Kondycja człowieka pozostawia bardzo wiele do życzenia. Chyba najlepiej czuje to właśnie człowiek opanowany przez resentyment. Wiecznie niespokojny, pobudzany do szukania ciągle nowych bodźców, kąsający tych, którzy zdają się posiadać to czego mu najbardziej brak. Jest jak zbity pies, źle mu z sobą, choć nie potrafi się do tego przyznać. A paradoks logiki resentymentu polega na tym, że to, co byłoby dla niej lekarstwem, nazywa trucizną…
„Czy Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?” (Łk 18,8).
Mariusz Januszewski
