Zacznę od tekstu najbardziej kuriozalnego, czyli od oświadczenia Jerzego Sawki. Ten dziennikarz „Gazety Wyborczej” z Wrocławia chwali się, że u nich w mieście przemocy w czasie kontrmanifestacji nie było. Dlaczego? „Po pierwsze dlatego, że do gwizdania przeciwko ksenofobicznym i rasistowskim poglądom zachęcała «Gazeta Wyborcza». W zasadzie zachęciliśmy ludzi do nielegalnej demonstracji i stanęliśmy na jej czele” – oznajmia Sawka, pokazując przy okazji, że takie wartości jak prawo dla ludzi „GW” większego znaczenia nie mają.

A dalej jest jeszcze ciekawiej, bo Sawka postanawia ukazać, iż prawo niewiele znaczy także dla prezydenta Wrocławia Rafała Dutkiewicza. „Niewątpliwie nastrój uspokoiła też obecność prezydenta Rafała Dutkiewicza. Stał w pierwszym szeregu i jego wysoką postać widzieli wszyscy, z jednej i drugiej demonstracji, pilnujący porządku policjanci i strażnicy miejscy. Prezydent nie gwizdał, ale był po stronie gwiżdżących. Powaga urzędu i osobista popularność Dutkiewicza odegrała w tym spektaklu pozytywną rolę” – oznajmia Sawka.

A mnie trudno nie zadać pytania, co rzekomo konserwatywny prezydent robił na spotkaniu lewackich bojówek? Jak pogodzić szacunek dla prawa z uczestnictwem w nielegalnej demonstracji?

Zostawmy jednak Sawkę i Dutkiewicza, i przejdźmy do kolejnych „genialnych” tekstów. Oto Sergiusz Kowalski i prof. Jerzy Jedlicki wzięli się za przekonywanie, jak powinny wyglądać zadymy antyfaszystów w kolejnych latach. I wyjaśnili, że muszą się w nie zaangażować intelektualiści. „(...) obowiązek ochrony antyfaszystowskich demonstracji powinni wziąć na siebie znani z mediów intelektualiści publiczni i działacze – profesorowie, dziennikarze, artyści, politycy, prezydenci miast. Winni oni służyć jako „żywe tarcze” dla nieznanych publicznie młodych” – przekonują Kowalski i Jedlicki. Niestety – stwierdzam to z dużym żalem – nie precyzują oni, co oznacza termin „intelektualiści publiczni”, mnie jednak termin ten kojarzy się z pewnymi domami, które także nazywano owym terminem.

A tak na poważnie trudno nie dostrzec w tych „przemyśleniach” śladu (i to niemałego) starej komunistycznej metody, w której wszystkich przeciwników zwalczano jako faszystów (i to niezależnie od tego, jakie mieli poglądy – faszystami była przecież i polska sanacja i socjalfaszyści z PPS i niemiecka socjaldemokracja przed wojną, i chadecy po wojnie). Do walki z faszystami wystawiano wówczas „pożytecznych idiotów”, czyli właśnie intelektualistów publicznych. I to ich winą jest fakt, że w Wietnamie wciąż mamy komunizm, bo to oni (czasem byli uczciwymi ludźmi, jak Tomasz Merton) dali się wciągnąć komunistycznej propagandzie i służyli złej sprawie… I tak samo złej sprawie służą obecni obrońcy „antyfaszystów”, którzy w swoich wypowiedziach nie są w stanie potępić komunizmu czy terroryzmu, a nawet dokonują jego apologii. To im trzeba się przeciwstawiać, bo to oni należą do mainstreamu. Ale żeby to zrobić trzeba mieć minimum realnej odwagi, a nie jej substytutu, jakim jest lewicowa polityczna poprawność.

Żenujący w tych tekstach jest jednak jeszcze jeden element. A mianowicie całkowita nieznajomość historii. Otóż – to tak dla przypomnienia panom Jedlickiemu, Kowalskiemu, Blumsztajnowi i Sawce – pod sztandarem antyfaszyzmu mordowano miliony ludzi (i nie mówię tylko o Niemcach, ale również o Polakach, Ukraińcach, Łotyszach, a nawet Rosjanach), gwałcono masowo kobiety (także Polki) i skazywano na obozy koncentracyjne, każdego, kto odważył się myśleć samodzielnie. Cokolwiek zaś myślałbym o ONR czy polskiej endecji (a nie jest to nurt mi najbliższy ideowo) trudno znaleźć dowody na to, że w imię radykalnie narodowych poglądów założono w Polsce obóz koncentracyjny czy zgwałcono setki tysięcy kobiet.

Mówiąc o niebezpieczeństwie odradzania się totalitaryzmów byłbym więc – na miejscu lewaków – bardzo ostrożny. Bowiem to nie prawica, a lewica (narodowa i międzynarodowa) zakładała obozy koncentracyjne, mordowała Żydów, komunistów i wszystko, co się rusza. Tak więc to polska lewica ma niechlubne karty, których należy się obawiać. Warto przypomnieć panom lewicowcom, iż najwięcej Żydów uratowali w czasie II wojny światowej z rąk narodowych socjalistów generał Franco i papież Pius XII… Czyli ci, których teraz określa się faszystami.

Żeby to jednak robić trzeba mieć wiedzę. A lewakom ona jest niepotrzebna. Oni bowiem mają propagandę, która z każdego inaczej myślącego robi faszystę.

Tomasz P. Terlikowski

 

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »