Konfliktu wokół Ukrainy nie da się porównać do zimnej wojny. Nie jest to moralne starcie personalistycznej demokracji z totalitarnym państwem, którego jedynym celem jest zniewalanie innych. Moralna wyższość Zachodu już dawno wyparowała, a gdyby patrzeć wyłącznie na deklaracje, to obecnie głównym obrońcą norm i zasad, na jakich budowana była od wieków Europa jest właśnie putinowska Rosja. To ona sprzeciwia się, niekiedy nawet na arenie międzynarodowej skutecznie, rozbijaniu rodziny, niszczeniu chrześcijaństwa, propagandzie gejowskiej, jej dyplomaci zaś, często zakulisowymi naciskami, przyczynili się walnie do wybronienia krzyży we Włoszech, a obecnie prowadzą obronę mniejszości chrześcijańskiej na Bliskim Wschodzie. Zachód zaś, w tym samym czasie, skutecznie niszczy rodzinę, poszerza dostęp do aborcji i eutanazji oraz promuje rozwiązania, takie jak Obamacare, które odbierają chrześcijanom prawo do praktykowania własnej religii. Symbolem tej – zaznaczam, że moim zdaniem nie do końca prawdziwej – zamiany ról może być fakt, że w tym samym mniej więcej czasie – gdy Rosja ograniczyła dostęp do aborcji Belgia wprowadziła prawo do eutanazji dla nieletnich, a Francja zapowiedziała wprowadzenie eutanazji dla dorosłych i zliberalizowała, i tak niezwykle szerokie, prawo aborcyjne.
Święta Ruś kontra światowa demoralizacja
Taki opis konfliktu cywilizacyjnego o Ukrainę jest niezwykle na rękę Rosji. I nie ma co ukrywać, że promuje go ona niezwykle mocno. Rosyjscy duchowni zupełnie otwarcie wzywali Putina, by ten bronił Ukraińców przed zgniłym Zachodem, i by zagwarantował im możliwość życia w chrześcijańskiej społeczności. Wybór Ukrainy, choćby zdaniem jednego z prominentnych duchownych patriarchatu moskiewskiego, ojca Wsiewołoda Czaplina, to w istocie wybór między cywilizacją bezbożnictwa a cywilizacją chrześcijańską. - Wzywa się nas do bezwarunkowego podporządkowania się cywilizacji, w której wiara nie może być centrum życia społecznego. W której zboczenia, które zawsze uchodziły za przestępcze, nie tylko są legalizowane, ale wręcz stają się niemożliwe do zakwestionowania, w której dzieci obecnych chrześcijan niemal na pewno zostaną oddzielone od wiary – przekonuje o. Czaplin i dodaje, że wolność zakłada możliwość wyboru chrześcijaństwa nie tylko jako wyznania, ale także jako sposobu życia państwa, które swoje prawo będzie budować na fundamencie chrześcijaństwa. - Oto jaki wybór staje obecnie przed prawosławnymi narodami (…) Musimy wybrać teraz, wybrać wolność, ale też dla życie wieczne, życie, które nie kończy się po tej stronie – przekonywał o. Czaplin.
I nie ma co ukrywać, że przynajmniej w części opis prawosławnego duchownego jest prawdziwy. Zachód niewątpliwie jest zbudowany na zasadach wojującego ateizmu i bezbożnictwa, kolejne, wydawać by się mogło nienaruszalne fundamenty moralne są odrzucane, a kolejne granice absurdu politycznej poprawności niemal niezauważalnie przekraczane. Rosja zaś, przynajmniej w przestrzeni deklaracji, powoli przechodzi na drugą stronę. Władimir Putin rzeczywiście wspiera prawosławie czyniąc je fundamentem ideologii państwowej, rzeczywiście zakazuje propagandy gejowskiej w szkołach, a także – o czym też warto przypomnieć – delikatnie, ale realnie – koryguje prawo aborcyjne. Jednym słowem, dla kogoś kto nie zna Rosji i samego Putina, odgrywa rolę obrońcy cywilizacji, religii i rodziny.
Mundur pod riasą
Prawdziwe, a przynajmniej zachowujące związek z rzeczywistością, elementy opisu jaki serwuje Rosjanon o. Czaplin, nie powinny jednak przesłaniać szerszej, rosyjskiej rzeczywistości. Otóż po pierwsze opinia o tym, że Rosja jest ostatnią ostoją moralności nie jest związany ze współczesną sytuacją Zachodu, ale jest istotnym elementem prawosławnej rosyjskiej (a wcześniej ruskiej) tożsamości narodowej. Już w XII wieku diabły w literaturze mniszej mówiły po polsku (co było dowodem, że reprezentują właśnie ową zachodnią zgniliznę), Moskwa przejmowała uprawnienia Kijowa po Soborze Floreńskim, który był zdradą prawdziwego prawosławia, a później raskolnicy przekonywali, że zmiany liturgii są dokonywane właśnie w duchu zachodnim. I wreszcie słowianofile, którzy we wspaniałych dziełach dowodzili, że Zachód jest już skończony, i że jedyną nadzieją jest rosyjska sobornost' oparta na prawdzie prawosławia. Z praktyką państwa carskiego opowieści o sobornost'i niewiele miały wspólnego, ale umacniały ideologię i pozwalały kreować się na jedynego obrońcę prawdziwego chrześcijaństwa (którego rosyjska arystokracja często już nie wyznawała).
I z bardzo podobną strukturą długiego trwania wykorzystania chrześcijaństwa do budowania polityki zjawiskiem mamy do czynienia i obecnie. Putin rzeczywiście deklaruje się, jako prawosławny, rzeczywiście prowadzi konserwatywną politykę, ale – o czym warto pamiętać – u jej podstaw leży imperialny interes Rosji. Prawosławie, chrześcijaństwo, konserwatyzm jest tylko narzędziem, które mają je umacniać, a duchowni, hierarchowie czy wręcz cała Cerkiew – i to też od czasów carskich – traktowane są jako istotnym element zarządzania społeczeństwem i umacniania państwa. Biskup, patriarcha czy batiuszka jest więc także urzędnikiem i propagatorem imperialnej polityki Rosji. A znakomitym tego symbolicznym przykładem jest scena z powieści Vladimira Volkoffa „Gość papieża” (rozgrywająca się wprawdzie jeszcze w Związku Sowieckim, ale to akurat się nie zmieniło), gdy przed nawróconym oficerem KGB biskup prawosławny zawija riasę, by pokazać mundur generalski, co ma być przykładem sojuszu między państwem a Cerkwią i koniecznej między nimi współpracy.
Antykomunista Volkoff sam zresztą dał się zwieść rzekomemu nawróceniu KGB-istów, którzy w „Spisku” odgrywają już rolę pozytywnych bohaterów w walce z zachodnią zgnilizną. Problem polega tylko na tym, że trudno nie zadać pytania, czy rzeczywiście – pomijając jednostki – istnieje możliwość masowego nawrócenia służących złu oficerów KGB na chrześcijaństwo? I czy przypadkiem imperializm, któremu służyli nie zmienił tylko szat z komunistycznego przemieniając się w przesłonięty szatami prawosławia i starej Rusi? Wiele wskazuje na to, że tak właśnie jest, tym bardziej, że putinowska Rosja chętnie odwołująca się do prawosławia, wcale nie daje Cerkwi nawet takich praw, jakie ma Kościół w Niemczech, Włoszech, nie wspominając już o Polsce.
Wybrać religijne odrodzenie
Ukraina więc, gdyby ograniczyć jej wybór do dwubiegunowego, musi wybierać między jawnym bezbożnictwem Zachodu a diabelstwem przebranym w ornat (a w zasadzie prawosławny strój liturgiczny), między cywilizacją otwarcie sprzeciwiającą się chrześcijaństwu, a taką, która posługuje się chrześcijaństwem jako narzędziem do osiągania zupełnie niechrześcijańskich celów. Wybór to, by powrócić do początkowej metafory, nieszczególny, ale – można mieć nadzieję – że nie jedyny.
Sama Ukraina bowiem przeżywa obecnie moment niezwykłego religijnego rozbudzenia. Na Majdanie stały obok siebie kaplice wschodnie (w których razem modlili się, wymieniając wszystkich swoich zwierzchników wierni i kapłani skłóconych ze sobą Cerkwi prawosławnych i Kościoła grekokatolickiego) i protestanckie. Obok siebie modlili się katolicy, unici, prawosławni z niekanonicznego patriarchatu kijowskiego i Cerkwi autokefalicznej i należącej do patriarchatu moskiewskiego Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej (której hierarchowie już zaczęli przepraszać za to, że nie było ich z wiernymi na Majdanie). Na ich szyjach wisiały różańce, a miejsca przemówień obwieszone były ikonami. Wszystko to pokazuje, że rewolucja na Ukrainie ma wymiar chrześcijański, i że jej realni twórcy (pomijając oczywiście część liberalnych liderów) i bohaterowie chcą nadal pozostać w chrześcijańskim świecie, tyle, że niekoniecznie budując imperium postsowieckie. I właśnie w takim wyborze trzeba ich wspomagać. Nie pozostawiając ich Putinowi, który – jak lew misjonarza – pożre ich w niezwykle deklaratywnie chrześcijańskim duchu, ale też nie oddając na pożarcie bezbożnikom z partii rządzących obecnie UE.
Zamiast tego trzeba próbować wspólny front polityczny państw, organizacji, wspólnot wyznaniowych i Kościołów, które z jednej strony będą bronić cywilizacji chrześcijańskiej przed zachodnią zgnilizną, a z drugiej nie dadzą się kupić putinowskiej propagandzie. Stworzenie takiego frontu nie jest sprawą prostą, bo jego uczestnicy różnią się choćby stosunkiem do Rosji czy dostrzeganiem w niej zagrożenia, ale jest jedyną sensowną strategią. Szczególnie, że suwerenna, chrześcijańska i wierna własnym, a nie moskiewskim tradycjom duchowym Ukraina byłaby istotnym elementem budowania nowego porządku duchowego Europy, a także bliższej współpracy prawosławno-katolickiej. Moskwie jest ona nie na rękę, Kijów powinien być na nią o wiele bardziej otwarty.
Tomasz P. Terlikowski
