Reforma systemów podatkowych, które dziś służą ograbianiu obywateli i zamianie ich w rzeszę niewolników systemu to absolutna konieczność. Szkoda tylko, że pani kanclerz nie zauważyła też potrzeby ograniczenia rozrośniętej ponad miarę biurokracji, która pożera własnego żywiciela. Przykro, że najpotężniejsza kobieta w Europie nie dostrzega konieczności likwidacji socjalu, który wychowuje rzesze darmozjadów żerujących na uczciwej pracy ludzi płacących podatki. Ponadto, nauczeni smutnym doświadczeniem, obawiamy się, że pod słowami „reforma systemów podatkowych” kryje się tylko i wyłącznie wzrost obciążeń, a pod „inwestowaniem w edukację” sprytnie zakamuflowano pranie mózgów. Ale cóż, to właśnie ci uzależnieni od przywilejów socjalnych ludzie decydują przy urnie o dalszym losie prominentnych polityków, a nikt sam siebie na bruk nie wywali przecież. Nie mamy zatem żadnych złudzeń i o przywróceniu normalności nawet marzyć się nie ośmielamy.
Europejscy politycy mają to do siebie, że mimo deklarowanej postępowości i zapatrzenia w świetlaną przyszłość są rygorystycznie konserwatywni, jeżeli chodzi o system polityczny, rolę państwa i podatki. Niestety, nie chodzi tu o klasyczną doktrynę konserwatyzmu ale o uparte, wbrew rzeczywistości, logice i zdrowemu rozsądkowi, trzymanie się rozwiązań opartych na filozoficznych mrzonkach brodatego potomka rabinackiej rodziny Marxów. Skutek tego jest taki, że ich kontakt z rzeczywistością ulega coraz szybszemu zanikowi i owocuje podejmowaniem decyzji przeczących podstawowym zasadom logiki arystotelesowskiej.
Niemiecka kanclerz zauważyła też, że „...obecnie Europa stanowi nieco ponad 7% światowej populacji, produkuje około 25% globalnego PKB i musi finansować 50% globalnych wydatków społecznych...”. Szczera prawda, tylko że Europa (poza nielicznymi wyjątkami) niczego już prawie nie produkuje, produkcja przeniosła się w tańsze regiony – do Chin, na Tajwan, do Indii. Ze starego kontynentu wygoniły ją koszty pracy (i to wcale nie te związane z płacami) i wciąż rosnące podatki. Europa usługuje i konsumuje. Zamiast przeciwdziałać temu trendowi poprzez ograniczenie fiskalnych narzutów politycy zarażeni populizmem politycy, pseudoekonomiści i spece od tzw. „polityki społecznej” (diabli wiedzą co to jest) wolą utrzymywać hordy bezrobotnych. Jak zauważył nie zapomniany Milton Friedman „jeśli płacicie ludziom za to, że nie pracują, a każecie im płacić podatki gdy pracują, nie dziwcie się, że macie bezrobocie.” Europejska polityka gospodarcza przypomina pożerającego własny ogon węża Uroborosa: rosnące koszty powodują emigrację firm do tańszych regionów świata, emigracja powoduje wzrost bezrobocia, wzrost bezrobocia ciągnie za sobą konieczność zwiększenia nakładów socjalnych a te z kolei zmuszają rządy do podniesienia podatków. Koło się zamyka. System socjalu jest samonapędzającą się machiną, której sensem istnienia jest… samo istnienie. Korzystają na niej wyłącznie politycy i urzędnicy. To jedyne grupy czujące się dobrze w tym systemie, gdyż im nie grozi ani bezrobocie ani skutki ich własnych działań. Wyprani przez państwowe szkoły z umiejętności myślenia i samodzielnego działania, indoktrynowani i zastraszeni wyborcy pędzą co jakiś czas do urn głosując na łaskawców, którzy zapewniają „bezpieczeństwo” i „państwowe” pieniądze na zasiłki i wszelkiego rodzaju „pomoc” socjalną. Tymczasem, jak przypomina cytowany już Milton Friedman „nie istnieje coś takiego jak darmowe obiady”, żeby komuś dać trzeba komu innemu (albo i samemu obdarowywanemu) najpierw zabrać, trzeba też do ceny łaskawego obiadku doliczyć koszty utrzymania machiny redystrybucji wraz z jej funkcjonariuszami.
Jedynym sposobem na wyjście z impasu jest ograniczenie socjalu, które wygeneruje budżetowe oszczędności i radykalna obniżka podatków zachęcająca firmy do tworzenia miejsc pracy na starym kontynencie. Można też, oczywiście, nałożyć embargo na import towarów z Azji, ale to oznaczałoby powrót do lampy naftowej i liczydeł, bo żarówki i komputery to byśmy tylko w telewizji oglądali, oczywiście do czasu, dopóki nie zepsuje się ostatni telewizor. Rzeczywistość jasno pokazuje jednak, że z wyżej wymienianych powodów politycy nie są zdolni do podjęcia decyzji o zmianie sposobu myślenia na temat ekonomii. Są w stanie jedynie interweniować w momencie ostrego kryzysu, przy czym zastosowane lekarstwa są zazwyczaj znacznie szkodliwsze od samej choroby, co doskonale ujął wspominany już Friedman, mówiąc, iż „rządowe rozwiązanie problemów są zwykle równie złe jak sam problem” z czego wypływa wniosek ,że obywatele powinni się przebudzić, zebrać na odwagę i dla własnego dobra wziąć sprawy swoje ręce. Najłatwiej zaś dać temu wyraz nad urną i przy pomocy kart do głosowania rozpędzić socjalciżbę na cztery strony świata. Bo, jak powiedział kiedyś Kisiel: „To nie kryzys. To skutek”. Skutek działań polityków rozdających na prawo i lewo nie swoje pieniądze.
Monika Nowak & Alexander Degrejt
