Andrzej Talaga na łamach „Rzeczpospolitej” wskazuje, że konflikt na Ukrainie „wzmógł zmiany w polskiej obronności”. Jednak pomimo reform czy  przyspieszenia ważnych przetargów wciąż nie wszystko jest robione, jak należy. Brakuje „współdziałania obywateli w przygotowaniach do wojny. Tymczasem dobra obrona terytorialna może być potężniejszą siłą odstraszającą niż znakomicie wyposażona armia profesjonalna, wciąga bowiem przeciwnika w bagno długotrwałej wojny partyzanckiej, wyniszczającej jego siły” – pisze Talaga. „To walor geopolityczny nie do przecenienia, w Polsce niemal całkowicie zapomniany, choć – na szczęście – zainteresowanie nim powoli odżywa” – dodaje ekspert.

Wskazuje, że potencjalnym przeciwnikiem Polski będzie Federacja Rosyjska. A już na jej przykładzie widać, że obrona terytorialna potrafi być ogromnie skuteczna. „W dwóch wojnach czeczeńskich paraliżowała wojska rosyjskie przez długie lata. Poza kilkoma oddziałami Czeczenia nie miała regularnej armii, walczyły klany, grupy sąsiedzkie, wspólnoty religijne” – pisze Talaga. Inaczej było w Gruzji w 2008 roku. Tam zabrakło obrony terytorialnej i gdy armia gruzińska została szybko pokonana, nie było już żadnej siły, która mogłaby odpierać Rosjan, gdyby  tylko ci chcieli dalej atakować.

Talaga wyjaśnia, że w Polsce jest niestety tak, jak w Gruzji. „Za niemałe pieniądze budujemy naszą armię zawodową, rozpisany do 2020 roku program modernizacyjny ma jej zapewnić uzbrojenie i wyposażenie na światowym rynku” – wskazuje. Jednak nawet gdyby wszystkie cele rządu zostały zrealizowane, to i tak polska armia będzie liczyć zaledwie 100 tys. żołnierzy oraz 20 tys. rezerwy. Talaga uważa, że wystarcza to, by pokonać wroga atakującego tak, jak dziś na Ukrainie. Jednak w przypadku pełnowymiarowego konfliktu polska armia nie będzie mieć szans.

„Przy nielicznych siłach zbrojnych nie ma w ogóle co mówić o klasycznej obronie terytorium, całe połacie kraju będą musiały zostać oddane wrogowi, by wojsko zachowało spójność i nie zostało od razu rozbite w bitwie granicznej. Armia będzie się cofać na zachód w oczekiwaniu na pomoc, głównie amerykańską” – kreśli Talaga scenariusz konfliktu. Wyjaśnia, że na opuszczonych przez armię terenach mogłaby działać właśnie obrona terytorialna. Byłaby oparta „na więzach towarzyskich i lokalnych”, a zarazem wyszkolona przez „siły zbrojne i podlegająca im operacyjnie”. Stanowiłoby to de facto „drugie wojsko” – nie alternatywne wobec armii, ale „komplementarne”. Siły takie zostałyby wyposażone w „broń strzelecką, moździerze, ręczne zestawy przeciwpancerne i przeciwlotnicze”. W idealnym wariancie wojsko to liczyłoby „kilkaset tysięcy mężczyzn i kobiet”, a dzięki przeszkoleniu do wojny asymetrycznej „byłoby dla wroga nie do strawienia”. Mogłoby mianowicie „nękać go miesiącami w oczekiwaniu na pomoc, a gdyby nawet nie nadeszła, zadawać tak bolesne straty, by zmusić do odwrotu lub do akceptowalnego kompromisu”.

Andrzej Talaga wskazuje, że stworzenie takiej siły jest możliwe. Jej zalążkiem mogłyby stać się siły paramilitarne. Akademia Obrony Narodowej, przypomina autor, „wypracowuje koncepcję nowej Armii Krajowej, opartą na taktyce jej imienniczki z czasów wojny”. Ważne jest ponadto, że aż 100 tys. małych i średnich firm deklaruje gotowość do organizowania obrony terytorialnej.

„Ten rodzący się potencjał trzeba wykorzystać i znaleźć w budżecie środki, by przerodził się w prawdziwe drugie wojsko. Współczesne armie są znakomite w krótkich wojnach, wypadają zaś słabo w przewlekłych konfliktach toczonych z nieregularnym przeciwnikiem. Obrona terytorialna w każdym mieście i gminie może być skuteczniejszym narzędziem walki, niż nowoczesne rakiety i samoloty, choć nie może ich w żadnym wypadku zastępować” – wskazuje ekspert.

„Wojna i przygotowania do niej to nie tylko sprawa państwa, ale także jego obywateli” – kończy Talaga. 

pac/rzeczpospolita