Burke, Brandmüller, Caffarra, Meisner. Te cztery nazwiska są od kilku tygodni na ustach wszystkich żywo zainteresowanych sprawami Kościoła. Wymienieni to kardynałowie, którzy napisali list do Ojca Świętego, prosząc go o wyjaśnienie niektórych punktów adhortacji apostolskiej Amoris laetitia. Adhortacja ta, od momentu jej publikacji, wzbudza ogromne emocje, bo zdaniem bardzo wielu komentatorów jest po prostu niejasna. Jej zwolennicy bronią się, tłumacząc, że jest przeciwnie, a jednak sam papież Franciszek przyznał swego czasu, że wyjaśnia ją interpretacja przedstawiona przez kardynała Christopha Schönborna. Pismo nie jest więc klarowne samo z siebie i wymaga zewnętrznego komentarza.
W kontekście listu czterech kardynałów zwrócił na to uwagę biskup rzeszowski Jan Wątroba, w polskim episkopacie przewodniczący Rady ds. Rodziny, uczestnik ubiegłorocznego Synodu Biskupów. Katolicka Agencja Informacyjna opublikowała kilka dni temu wypowiedź bp. Wątroby, który niedwuznacznie przyznaje rację czwórce kardynałów proszących papieża o wyjaśnienie. „Szkoda, że nie ma powszechnej wykładni i jasnego przesłania samego dokumentu i trzeba do adhortacji dodawać interpretacje. Osobiście – może z przyzwyczajenia, ale też z głębokiego przekonania – wolę przekaz chociażby taki, jaki miał św. Jan Paweł II, gdzie nie potrzebne były komentarze czy interpretacje do nauczania Piotrowego” – powiedział hierarcha. I dodawał, że czeka na papieską odpowiedź kardynałom: „Bardzo czekam na odpowiedź, na doprecyzowanie, tym bardziej, że sam jestem podobnymi pytaniami zarzucany, podobnie jak i inni księża biskupi czy duszpasterze”.
Ta odpowiedź jednak nadeszła. Nie w formie kanonicznej, jakiej oczekiwali kardynałowie, ale… w wywiadzie prasowym. „Niektórzy dalej nie rozumieją, mówiąc, że coś jest albo białe, albo czarne” – powiedział, dodając, że Kościół wciąż musi zrozumieć przesłanie Soboru Watykańskiego. Zdaniem Franciszka obecnie „jesteśmy w połowie”.
Ojciec Święty zasugerował zatem, że czterech kardynałów proszących o wyjaśnienie w istocie nie może pojąć ducha „Amoris laetitia”, który – jeżeli rzeczywiście słuszny – byłby przecież duchem ewangelicznym. Komu nie podoba się „Amoris laetitia”, ten najwidoczniej nie pojmuje Ewangelii. To naprawdę poważny, można rzec – całkowicie dyskwalifikujący zarzut, nawet, jeżeli nie jest formułowany przez papieża wprost.
Nie brakuje jednak takich, którzy wypowiadają się o wiele ostrzej. Ciężkie działa wytoczył zwłaszcza przewodniczący greckiego episkopatu, bp Frangiskos Papamanolis. Zdaniem tego biskupa z listy czterech kardynałów wynika jasno, że nie uznają oni najwyższego Urzędu Nauczycielskiego. Purpuraci mają też odrzucać wynik dwóch synodów biskupich. Wreszcie, publikując swój list w mediach, skandalizują, wprowadzając do Ludu Bożego pomieszanie. Zdaniem bp. Papamanolisa wszystko to oznacza po prostu herezję. W liście opublikowanym przez włoską „La Stampę” pisze wprost: „Jestem głęboko zaniepokojony…grzechem herezji (a może apostazji? W istocie bowiem rozpoczyna się w Kościele schizma). Z waszego dokumentu wynika jasno, że w praktyce nie wierzycie w najwyższy autorytet nauczycielski papieża […]. Powstaje wrażenie, jakoby Duch Święty inspirował tylko was, a nie wikariusza Chrystusa ani biskupów zebranych na Synodzie”.
Czy zatem także polski biskup Jan Wątroba – a także Jan Wróbel, również wspierający kardynałów – według bp. Papamanolisa jest „heretykiem” a wręcz „apostatą”? Wygląda na to, że tak. Te niesamowicie poważne oskarżenia, rzucane w mediach i przypominające raczej styl brutalnej polityki, nie spowodują niczego innego, jak jedynie powstanie jeszcze większego chaosu i zdecydowany wzrost emocjonalności debaty. Wielu wciąż czeka na jasne wyjaśnienie sprawy przez Ojca Świętego, ale skoro nie zdecydował się zrobić tego w swojej adhortacji, to nadzieje na to są chyba próżne. Liczne jego wypowiedzi świadczy wyraźnie, że popiera jedną konkretną interpretację, tą, według której dopuszczalne jest w niektórych przypadkach udzielenie rozwodnikom w nowych związkach Komunii świętej. Pozostaje zapytać, czy w obliczu narastającego w Kościele chaosu to innowatorstwo było do czegokolwiek potrzebne? Nawet, jeżeli przyjąć, że było słuszne - co zresztą jest przecież wciąż bardzo wątpliwe.
Paweł Chmielewski
