Nowy sondaż Gallupa pokazuje, że Amerykanie chcą, w mniejszym bądź większym stopniu, delegalizacji aborcji. To już kolejne badanie, które dowodzi zmiany poglądów Amerykanów w tej kwestii. Również potencjalni kandydaci na prezydenta USA z Partii Republikańskiej prezentują konserwatywne stanowisko w kwestiach aborcji, „małżeństw” gejowskich czy eutanazji. Jest to istotne bowiem w ostatnich latach republikański mainstream skręcał w lewo.
Amerykanie za życiem

W maju 2009 r. Instytut Gallupa ogłosił wyniki badań dotyczących wartości wyznawanych przez społeczeństwo amerykańskie, z których wynikało, że po raz pierwszy od 1951 r. 51 proc. Amerykanów opowiedziała się przeciwko zabijaniu dzieci nienarodzonych. Dziś okazuje się, że aż 61% Amerykanów uważa, iż aborcja powinna być zupełnie zakazana bądź zakazana z wyłączeniem niektórych przypadków. Większość Amerykanów pod pojęciem „niektóre przypadki” rozumie gwałt, kazirodztwo bądź zagrożenia zdrowia i życia matki. „Amerykanie są raczej konserwatywni jeżeli chodzi o aborcję. 61% z nich sprzeciwia się aborcji bądź jest za jej ograniczeniem natomiast 37% uważa, że powinna być ona legalna w każdej okoliczności bądź w większości okoliczności”- pisze analityk z Gallupa Lydia Sadd. Sondaż pokazuje, że coraz więcej Amerykanów jest pro-life. Widać szczególnie ten wzrost w ostatnich 16 latach.
Według badań 60% kobiet i 60% mężczyzn nie chce legalnej aborcji. 24 % Amerykanek chce by aborcja była zupełnie zdelegalizowana natomiast 36% dopuszcza ją pod pewnymi względami. Wśród mężczyzn wygląda to trochę inaczej. 19% domaga się całkowitej delegalizacji aborcji natomiast 42% dopuszcza wyjątki. Wśród ludzi młodych ( 18-34 lata) odsetek przeciwników aborcji wynosi 58%. Im starsi Amerykanie tym większy ich procent nie chce legalnej aborcji. Ciekawie wygląda poparcie dla zabijania dzieci nienarodzonych wśród osób deklarujących zainteresowanie polityką. 79% wyborców Republikanów sprzeciwia się aborcji bądź dopuszcza ją w ograniczonym zakresie. Wśród zwolenników Partii Demokratycznej ten odsetek wynosi 44% natomiast wyborcy głosujący na niezależnych kandydatów w 60% sprzeciwiają się aborcji.
Amerykańscy komentatorzy, którzy są przeciwni aborcji są zgodni, że za zmianą nastawienia Amerykanów do zabijania dzieci nienarodzonych stoją akcje działaczy pro-life, wielkie marsze dla życia, świadectwa byłych aborcjonistów i możliwość zobaczenia dziecka na USG, które jest dowodem, że nie „usuwa się zlepków komórek” tylko zabija się żywego człowieka we wstępnej fazie jego rozwoju. – Zmianę widać nie tylko wśród opinii publicznej. Listopadowe wybory wygrali politycy, którzy są „pro-life”, a liderzy większości w Izbie Reprezentantów zamierzają przyjąć przepisy ograniczające możliwość dokonywania aborcji – mówił „Rzeczpospolitej” William Saunders, wiceprezes organizacji Americans United for Life.
Politycy również
Zeszłoroczne wybory w USA pokazały siłę polityków, którzy na sztandarach nieśli obronę życia dzieci nienarodzonych i szeroko pojętych wartości chrześcijańskich. Pro- aborcyjni politycy przegrali bezpośrednie starcia z politykami ruchu „Tea Party” m.in. w Wisconsin, Pensylwanii, Arkansas, Indianie, Północnej Dakocie, Missouri, Ohio, Luizjanie i na Florydzie. Szybko po wyborach Spikerem Izby Reprezentantów został katolik i znany obrońca praw dzieci nienarodzonych John Boehner, zastępując aborcjonistkę Nancy Pelosi. – Mamy moralny obowiązek bronić bezbronnego życia. A nie ma nic bardziej bezbronnego jak dziecko nienarodzone. Obrona życia i obrona wolności są ze sobą powiązane i jeżeli w to wierzymy, to nie możemy zaakceptować obecnej polityki Waszyngtonu - powiedział niedługo przed wyborami Boehner. Już kilka miesięcy po wyborach amerykańska prawica rozpoczęła wprowadzanie swoich postulatów dotyczących ochrony życia dzieci nienarodzonych. – Coraz więcej stanów zakazuje aborcji w ramach antyaborcyjnej wolnoamerykanki – przekonywała kilka tygodni temu Elizabeth Nash, rzeczniczka Guttmacher Institute, popierająca legalne zabijanie dzieci nienarodzonych. – Instytut zajmuje się tymi sprawami prawie 12 lat, tak więc ma pewne historyczne wyczucie. Ten rok jest inny niż wszystkie – mówiła Nash w telewizji CNN. W raporcie instytutu można było przeczytać, że w całych Stanach Zjednoczonych wśród rządzących polityków zaobserwowano większą niż dotąd „wrogość" wobec prawa do aborcji. Amerykański Senat odrzucił projekt ustawy budżetowej, przygotowanej przez kongresmenów z Partii Republikańskiej, która wprowadzała zakaz finansowania organizacji aborcyjnych. Jednak udało się prawicy uderzyć w wielki biznes zarabiający krocie na aborcji. Do końca marca w siedmiu amerykańskich stanach uchwalono 15 nowych ustaw ograniczających prawo do aborcji. W Dakocie Południowej uchwalono przepis nakazujący by kobieta, która chce zabić swoje dziecko nienarodzone musi przejść badania i odczekać przed „zabiegiem” 72 godziny. Zanim definitywnie zdecyduje się zabić swoje dziecko musi się zgłosić do ośrodka, gdzie pracownik będzie ją przekonywał do „donoszenia ciąży”. Lekarz w Dakocie Południowej musi zaproponować przyszłej matce badanie ultrasonograficzne, na którym będzie mogła zobaczyć dziecko. W Utah uaktualniono przepisy dotyczące „klauzuli sumienia", dzięki czemu każdy pracownik szpitala może odmówić udziału w zabiegu aborcji. W Kansas weszło w życie prawo dotyczące „bólu płodu", które zabrania aborcji po 21. tygodniu, opierając się na założeniu, że wtedy dziecko może odczuwać ból. Gubernator Kansas podpisał też ustawę, wymagającą od dziewcząt, które nie ukończyły jeszcze 17. roku życia, zgody na aborcję od obojga rodziców. Wcześniej lekarz musiał tylko powiadomić rodziców o „zabiegu”. Również gubernator Arizony podpisała ustawę zakazującą m.in. finansowania z publicznych pieniędzy szkoleń z zakresu aborcji na uniwersytetach i w szpitalach. Władze Teksasu wprowadziły zaś przepisy powodujące, że matka będzie musiała zobaczyć swoje dziecko na ekranie komputera i posłuchać bicia jego serduszka przed ostateczną decyzją o dokonaniu aborcji. – Nawet gdy co piąta kobieta po tym, co zobaczy na USG, usłyszy wyjaśnienia i bicie serca, zmieni zdanie, to oznacza 15 tys. ocalonych dzieci – zwraca uwagę sponsor ustawy, stanowy senator Dan Patrick. Gubernator Teksasu Rick Perry już wcześniej zapewniał, że zamierza podpisać ustawę. Zwolennicy zabijania dzieci przed ich narodzeniem powiedzieli jednak ,że ich zdaniem pokazywanie na monitorze matce dziecka jest dla niej…torturą. Jednak przeczy temu była dyrektorka jednej z klinik Planned Parenthood, Abby Johnson, która mówi, że - Urządzenia ultradźwiękowe to jedno z najpotężniejszych narzędzi, jakimi dysponują obrońcy życia by zmienić myślenie kobiet o aborcji i pomóc w bronieniu świętości życia.
Również Barack Obama robi wszystko by nadal legalnie zabijano jak największą liczbę dzieci nienarodzonych. Kilka dni temu mianował on byłą członkinie rady nadzorczej „Planned Parenthood”, Morgan Christen, na sędziego federalnego Sądu Apelacyjnego. Miesiąc wcześniej Senat już zatwierdził nominację John McDonnella, byłego dyrektora "Planned Parenthood", na sędziego federalnego w Rhode Island. Wszystko wskazuje na to, że najbliższa kampania prezydencka w USA będzie zdominowania przez kwestie ochrony życia. Wszyscy potencjalni kandydaci Partii Republikańskiej w wyborach prezydenckich w 2012 roku prezentowali zdecydowane poglądy pro-life.
Od weteranów walki z aborcją po multimiliardera

Ostatnie dni przyniosły niepocieszające informacje, że mocne osobowości kojarzone z amerykańską prawicą zrezygnowały ze startu w prawyborach prezydenckich. Najpierw ogłosił to ekscentryczny miliarder Donald Trump, który przez ostatnie miesiące niemiłosiernie punktował Obamę. Ten były zwolennik aborcji i król skandali obyczajowych zapewniał w prasie i telewizji o swoim nawróceniu i zmianie poglądów w kwestii zabijania dzieci nienarodzonych, chodzeniu do kościoła i miłości do Jezusa. Wówczas większość komentatorów była pewna, że Trump zaczął kampanię wyborczą. Jednak ku zdumieniu Amerykanów ogłosił, że nie zamierza walczyć o prezydenturę. -Wciąż uważam ,że gdybym wystartował to byłbym w stanie wygrać prawybory i same wybory prezydenckie. Ostatnie miesiące spędziłem na nieoficjalnej kampanii jednak uznałem, że nie mogę kandydować na tak wysoki urząd. Biznes jest moją największą pasją i nie jestem gotowy by go porzucić- dodał. Trump zaznaczył jednak, że będzie wspierał każdego kandydata, który rzuci wyzwanie Obamie. Rezygnacja Trumpa z wyścigu zbiegła się z decyzją NBC o wznowieniu produkcji reality show “The Apprentice”, którego główną gwiazdą jest biznesman. Trump wybrał więc życie celebryty a nie lokatora Białego Domu.
Drugim wielkim nieobecnym w prawyborach będzie były gubernator Arkansas Mike Huckabee, który niejednokrotnie wsławił się już obroną życia nienarodzonego. Polityk był kiedyś baptystycznym kaznodzieją. 4 lata temu niespodziewanie zagroził on w prawyborach Johnowi McCainowi i Rudolphowi Gulianiemu. Gubernator był nie tylko zaciekłym wrogiem aborcji i związków antykoncepcyjnych, ale również za zniesieniem wszystkich obecnych podatków, a także likwidacją większości podatków. Jego wycofanie się z wyścigu jest o tyle niedobre dla prawicy, że Huckabee jest świetnym mówcą porównywanym do Ronalda Reagana. Huckabee przekonuje, że wielu ludzi namawiało go do kandydowania, ale kiedy znajdował się sam w domu zdawał sobie sprawę, że potrzebuję spokoju. -Wszyscy mówili: startuj. Moje serce mówiło: nie. Decyzja polityka zelektryzowała konserwatywnych wyborców , którzy bardzo liczyli na jego start. Inni politycy walczący z aborcją powiedzieli, że rozumieją jego decyzję. Na giełdzie już pojawiają się nazwiska prawicowych polityków, którzy mogliby zagospodarować jego elektorat. Wśród takich osób wymienia się byłego gubernatora Minnesoty Tima Pewlentego czy byłego senatora Pennsylvani Ricka Santoruma.
Ten pierwszy jest byłym gubernatorem Minnesoty i kilka dni temu ogłosił oficjalnie swój start w prawyborach. Polityk pochodzi z katolickiej rodziny (matka była Niemką, a ojciec Polakiem), jednak sam Pawlenty jest ewangelikiem o mocno konserwatywnych poglądach. Jest zdecydowanym wrogiem małżeństw homoseksualnych i aborcji, często też odwołuje się do wiary w Boga. I nie robi tego tylko ze względów politycznych , jak zarzuca się innemu kandydatowi Mittowi Romneyowi. Podczas pierwszych dwóch lat urzędowania na stanowisku gubernatora, Pawlenty podpisał dwie ustawy, które zakładały informowanie kobiet domagających się aborcji o jej skutkach, zaproponował kobietom alternatywy dla „zabiegu” i wprowadził ustawę, która nakazywała informowanie kobiet o tym jak wygląda „płód”. Minnesota była pierwszym stanem, które wprowadził takie prawo. Pawlenty podpisał również w 2005 roku “Unborn Child Pain Prevention Act”, który informował kobiety o tym jaki ból odczuwa dziecko podczas aborcji. Następnie gubernator podpisał “Positive Alternatives to Abortion Act” , który pomagał znaleźć pomoc dla kobiet w ciąży m.in poprzez umożliwienie oddanie niechcianego dziecka do adopcji. Ta ustawa pomogła od 2005 roku ponad 18 tysiącom kobiet. Pawlenty odmówił także przekazania 850 tys. dolarów dotacji federalnej na rzecz "całościowej" edukacji seksualnej w szkołach publicznych stanu Minnesota. Poparł za to program oparty na promowaniu wśród uczniów abstynencji seksualnej. W 2010 r. ogłosił, że kwiecień będzie w Minnesocie miesiącem zadośćuczynienia za aborcję co ściągnęło na niego krytykę Planned Parenthood. Mianował on również na Przewodniczącego Sądu Najwyższego Minnesoty Erica Magnusona, który również jest wielkim przeciwnikiem aborcji.
Pawlenty bez wątpienia jest kandydatem, który najwięcej zrobił w celu realnej ochrony życia dzieci nienarodzonych. Można powiedzieć, że dzięki podpisanym ustawom uchronił tysiące żyć ludzkich i tysiące matek, które nie musiały mierzyć się z syndromem proaborcyjnym. Z pewnością wyborcy pro-life mają swojego kandydata w nadchodzących prawyborach. Nasuwa się jednak pytanie czy ma on wystarczającą charyzmę i sławę by konkurować z uskrzydlonym zabiciem Bin Ladena, Barackiem Obamą.

Na liście nazwisk liczących potencjalnych kandydatów na prezydenta jest również mormon Mitt Romney, który startował już w poprzednich prawyborach Partii Republikańskiej. Również on deklaruje swoje przywiązanie do walki z aborcją, choć jego oponenci wytykają mu, że zmienił poglądy tuż przed wyborami w 2008 roku. W 1993 roku polityk ten mówił pozytywnie o prawie do aborcji, nie sprzeciwiał się legalizacji związków homoseksualnych i nie opowiadał się przeciwko badaniom nad komórkami macierzystymi. Kościół, do którego należy, zarzucił mu zresztą koniunkturalizm. Duża część religijnej prawicy nie ufa mu i uważa za osobę mało wiarygodną. Zresztą tak samo podobno traktuje go Mike Huckabee. Innym z potencjalnych kandydatów prawicy na prezydenta USA jest, wspomniany już wyżej, Rick Santurum, który jest katolikiem i walczył w Senacie o delegalizację późnych aborcji. Jednak jest on zbyt słabo rozpoznawalny i nie ma wielkiej charyzmy, która by przyciągała ludzi. W wyborach udział weźmie również czarnoskóry biznesmen i radiowy publicysta Herman Cain, który oskarża Planned Parenthood o defraudacje publicznych pieniędzy i uważa, że organizacja ta uderza w czarnych. Dodał również, że Planned Parenthood ( Zaplanowane Rodzicielstwo) powinno się nazywać Planned Genocide ( Zaplanowane ludobójstwo). Nie można oczywiście zapomnieć o Sarze Palin, która była twarzą „Tea Party” i konserwatywnym duchem Partii Republikańskiej w poprzednich wyborach, gdy startowała przy boku McCaina. Była gubernator Alaski urodziła dziecko z Zespołem Downa choć mogła je legalnie zabić. Jednak Palin w przeciwieństwie do Huckabeego nie ma błyskotliwego dowcipu i ma problemy z powstrzymaniem języka za zębami. Liczba jej wpadek rośnie w dosyć szybkim tempie. Z uwagi na to, że nie ma ona charyzmy i chłopskiego luzu Georga W. Busha Amerykanie mogą jej nie wybaczyć lapsusów i ewidentnego braku wiedzy w niektórych dziedzinach. Trudno uwierzyć by tak niepewny kandydat mógł stoczyć równy bój z Obamą.
Mimo braku wyrazistego lidera po prawej stronie sceny politycznej, trudno nie zauważyć, że amerykańska prawica przebudziła się w ciągu rządów Obamy, które miały „odmienić” oblicze Ameryki. Obama okazał się być nieudolnym reformatorem, którego uniwersyteckie przesądy wpojone przez takich ludzi jak Ginsberg czy Marcuse nijak się nie mają do rzeczywistości. Niestety zaczął on odnosić sukcesy w walce z najsłabszymi, promując aborcję. Również jego tęczowa rewolucja przefiltrował już nawet amerykańską armię. Jednak odpowiedzią na jego „inżynierię społeczną” stało się odrodzenie ducha konserwatyzmu w postaci ruchu „Tea Party”, który bez wątpienia wpłynął na mainstream amerykańskiej prawicy. Dowodem na to są kandydaci w prawyborach USA, którzy różnią się zasadniczo w kwestiach obyczajowych od Johna McCaina czy Rudolpha Gulianiego. Nawet jeżeli przyjmiemy ,że Trump był zwykłym koniunkturalistą i jego nawrócenie było teatrzykiem, to oznacza, że w USA pojawił się dobry trend wśród polityków. W końcu nawet daleko na horyzoncie nie widać by kandydatem Republikanów na prezydenta miał być poprawny politycznie neokonserwatysta.
Oczywiście poparcie dla Baracka Obamy skoczyło mocno do góry po tym jak dorwał terrorystę numer 1. Jednak w przypadku pojawienia się charyzmatycznego polityka nawet to może nie wystarczyć mu w zapewnieniu sobie reelekcji. Badania i ostatnie wybory pokazują, że Amerykanie są konserwatystami i można podejrzewać, że czekają na nowego Reagana. Czy już się jednak pojawił?
Łukasz Adamski

