Gdyby w katastrofie lotniczej na terenie obcego państwa zginął prezydent Stanów Zjednoczonych, w służbach odpowiedzialnych za bezpieczeństwo państwa zostałby wprowadzony stan wyjątkowy. Być może cały kraj zostałby objęty stanem wyjątkowym – mówi inż. Krzysztof Zawitkowski, prezes spółki zajmującej się zarządzaniem kryzysowym i budową centrów dowodzenia m.in. dla rządów USA i Kanady.

Jak zaznacza, reakcja Waszyngtonu zależałaby od miejsca, w którym rozbiłby się Air Force One. Gdyby była to Rosja, "wtedy w USA natychmiast ogłoszony byłby stan najwyższej gotowości bojowej, a sojusznicy z NATO zostaliby zawiadomieni o tym, co się stało i jakie kroki w tej sprawie podejmują Stany".

Zawitkowski zaznacza, że Amerykanie od razu wysłaliby specjalną ekipę, która zajęłaby się badaniem miejsca tragedii i jej przyczyn. - Po przyjeździe Amerykanów teren na pewno zostałby zabezpieczony, obfotografowany, gruntownie zbadany, w obecności oczywiście służb państwa, na terenie którego wydarzenie miałoby miejsce, i najprawdopodobniej zaproszono by przedstawicieli tego kraju do wglądu w prowadzone śledztwo. Jednak nie mieliby oni dostępu do żadnych materiałów czy urządzeń stanowiących jakąś wartość z punktu widzenia bezpieczeństwa USA – tłumaczy.

Ekspert ds. zarządzania kryzysowego zaznacza, że to USA prowadziłoby śledztwo ws. przyczyn katastrofy. - Wyobrażam sobie, że Rosja, Libia czy jakiekolwiek inne państwo musiałoby ten porządek respektować – dodaje.

Strona amerykańska nie pozwoliłaby nikomu niczego dotknąć – uważa Zawitkowski. - Dlatego że przed badaniem nie ma pewności, co i jak się stało. Istotne byłoby zbieranie wszystkich odłamków, bo one świadczą o tym, jakiego rodzaju wypadkowi uległ samolot. Oglądałem w swojej karierze ok. 250 miejsc różnych wypadków lotniczych i mój zespół projektował urządzenie do lokalizacji miejsca wypadku lotniczego. Przyznaję, że określenie położenia różnych elementów samolotu pozwala na ustalenie sposobu przebiegu wypadku. Zabezpieczenie tego materiału jest kluczowe dla wyjaśnienia przyczyn tragedii. To zrobiliby Amerykanie sami – mówi.

- Amerykanie sami prowadziliby badania i analizy, dopuszczając w jakimś stopniu stronę np. rosyjską, bo zapewne chciałaby mieć pewność, aby bezpodstawnie nie zrzucano winy na nich. To amerykańscy lekarze dokonywaliby analizy ciał ofiar. Podejrzewam, że do tej pory zrobiono by już symulację komputerową wypadku, to przecież nie jest takie trudne. Na pewno szczególnej analizie poddano by salonkę prezydenta, w której on przebywał, bo była ona wzmocniona, by dać prezydentowi i ludziom tam siedzącym szanse na przeżycie – zaznacza inżynier Zawitkowski. Jego zdaniem prezydencka salonka powinna przetrzymać uderzenie o ziemię samolotu lecącego z prędkością 160 km/h.

Na potrzeby amerykańskiego śledztwa na pewno zdobyto by czarne skrzynki. - Nie ma możliwości, aby tylko na podstawie nagrania głosowego wyciągać wnioski na temat lotu samolotu, dlatego Amerykanie musieliby dysponować oryginałem czarnej skrzynki, by wszystko odtworzyć. Brak skrzynki dowodziłby co najmniej nieprzyjaznego stanowiska danego państwa w stosunku do USA – kwituje Krzysztof Zawitkowski.

żar/Naszdziennik.pl

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »