"Jak siły i propaganda nietolerancji rosną na wschodzie, bardzo się cieszę powrotem symbolu tolerancji w Warszawie" – napisał na Twitterze Stephen D. Mull. I wraz z tekstem zamieścił zdjęcie tęczy na pl. Zbawiciela. Jak nie trudno się domyślić, taki gest nie spodobał się narodowcom, którzy organizowali protesty przeciwko instalacji. "Niby ma wąsy, a jakie mówi straszne rzeczy... Następnym razem będzie budka pod ambasadą amerykańską" – napisał na Facebooku Artur Zawisza. Postanowiliśmy zapytać go o to, co miał na myśli.

Portal Fronda.pl: Stephen Mull cieszy się z powrotu tęczy, "symbolu tolerancji" na pl. Zbawiciela. Panu taki gest się nie podoba.

Artur Zawisza: Ambasador USA wyrządza wielką szkodę polityce zagranicznej swojego kraju. Pozycja Stanów Zjednoczonych w świecie jest dyskutowana. Wiele krajów, zarówno muzułmańskich, jak i wywodzących się z cywilizacji chrześcijańskiej miewa wątpliwości co do sojuszu geopolityczno-militarnego z USA. Ideologiczne zaangażowanie oficjalnego przedstawiciela tego państwa w promocję dewiacji o subkulturowym charakterze niszczy możliwość poważnego myślenia o współpracy z Ameryką na poziomie geopolityczno-militarnym. Trudno sobie wyobrazić coś bardziej głupiego, niż to zaangażowanie ambasadora. Niech się Amerykanie później nie dziwią, że są znienawidzeni przez połowę świata. Stephen Mull nie wykorzystał okazji, żeby siedzieć cicho.

Ale jeden niewinny wpis na Twitterze miałby zaważyć na współpracy ze Stanami Zjednoczonymi i wywołać nienawiść względem Amerykanów? Dla jasności – mnie też się nie podoba tęcza na pl. Zbawiciela, ale czy Pańskie wnioski nie są przesadzone?

Ambasador przekracza swoje kompetencje, bo do jego obowiązków należy reprezentowanie interesów Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, a nie prowadzenie debaty cywilizacyjno-moralnej poza sferą interesów amerykańskich. Chyba, że USA nie jest suwerennym krajem i służy innemu ośrodkowi decyzyjnemu, którego celem jest wywracanie tradycyjnej moralności. Na to pytanie niech już odpowiedzą czynniki amerykańskie – czy chodzi im o realizację interesów państwowych, czy o promowanie wizji, która w samych Stanach Zjednoczonych jest dyskusyjna. Podobna tęcza nie stoi w centrum Nowego Jorku czy Waszyngtonu. Raz jeszcze powtórzę – istnieją racje geopolityczne, przemawiające za militarną współpracą ze Stanami Zjednoczonymi. Kiedy jednak Ameryka sama szarga swój wizerunek, niech nie dziwi się, że jest to wykorzystywane przeciwko niej i przeciwko możliwości współpracy na polach strategicznych. Odpowiedzialny amerykański prezydent powinien odwołać takiego ambasadora, jeśli naprawdę zależy mu na interesach USA.

Co to znaczy, że następna będzie budka pod amerykańską ambasadą?

Puszczałem oko na Facebooku, żartobliwość tej wypowiedzi jest więc wyraźnie zaznaczona (śmiech). Jak wiadomo, podczas zeszłorocznego Marszu Niepodległości, wbrew intencjom jego organizatorów spłonęła budka pod ambasadą rosyjską, co w mojej ocenie było przejawem ukrytych nastrojów, drzemiących wśród patriotycznej części społeczeństwa. Można obawiać się, że ukryte nastroje następnym razem obrócą się w innym kierunku. Nikt by sobie tego absolutnie nie życzył, ale kto sieje wiatr, ten zbiera burzę.

Rozmawiała Marta Brzezińska-Waleszczyk