Trapes    to    mała    miejscowość    leżąca    pod     Paryżem,zamieszkana    przez    około     50    tysięcy    mieszkańców,w  większości  muzułmanów.   Ich  procent  jest  tak  znacz­ny,   że   pierwsza   otwarta   księgarnia   w   tym   mieściesprzedaje   wyłącznie   muzułmańskie   książki    religijnew języku  arabskim.  Uzmysławia  sobie  to  Pan?  - jeste­śmy  we   Francji...  

Alain  Finkielkraut (1949)  - znany  filozof  i  publicysta francuski, jeden  z  najwybitniejszych  intelektualistów swe­go  pokolenia. Jest myślicielem  konserwatywnym,  naznaczonym antykomunizmem  lat 80.  Pisuje też o  proble­mach żydowskich  („Oto  nadeszty czasy antysemityzmu triumfującego"  - to jego  reakcja na zamachy na Żydówi  wzniecane  w  podparyskich  miejscowościach  pożary;  w innym  miejscu  powie:  „Trzeba odwagi,  by  nosić  kipęw  paryskim  metrze"),  o  nacjonalizmie,  modernizmie,  tradycji        Dlaczego  dotkniętą  kryzysem  ideologicznymlewicę  daje  się  zarazić  wimsem  antysemityzmu,  dlaczego jej  sumienie  jest  płytkie,  lekkomyślne,  frywolne?"- zapytuje.  Urodzony  w  Paryżu, jedyny  syn  Daniela,  kaletnika żydowskiego  pochodzącego  z  Polski,  ocalonegoz  Auschwitz.  Wykłada  na  Politechnice  Paryskiej.  Autor  kilkunastu  książek,  z  których  najbardziej  znane  to:LeJuif imaginaire(Żyd  z wyobraźni),La  Defaite de la pensee(Przegrana  myśli)  orazUHumanke perdue(Utraconeczłowieczeństwo - tłum.  na jęz.  polski).  Podczas wojny  w byłej Jugosławii  zajął stanowisko zdecydowanie  pro-chorwackie.  Nie  tak dawno  otwarcie  wyraził swoje  poparcie dla  książki  Oriany  FallaciWściekłość i duma.Jakojeden  z  zaproszonych  konsultantów  brał  udział  w  obradach  Zgromadzenia  Narodowego  nad  nową  ustawą,zabraniającą ostentacyjnego  eksponowania znaków  religijnych  w publicznych  szkołach  francuskich.  Zazwyczajkrytyczny  wobec  polityki  rządu  francuskiego,  tym  razem  z  przekonaniem  broni  nowej  ustawy. 

Fronda: Nowa  ustawa,  uchwalona  10  lutego  br.  przez  Zgromadzenie  Narodowe przytłaczającą  większością  głosów,  zabraniająca  eksponowania  znaków religijnych  w  publicznych  szkołach  Francji,  spotkała  się  ze  zdecydowaną krytyką  w  wielu  krajach.  Czyżby  działo  się  we  Francji  coś,  co  tylko  sami Francuzi rozumieją...?

Alain Finkielkraut: Nie  przesadzajmy,  idzie  Pan  za  daleko.  Weźmy  na  przykład  Belgię,  która  bo­ryka  się  z  podobnym  do  naszego  problemem  i  także  rozważa  prawne  sposobywyjścia  z  impasu.  Albo  Niemcy:  mimo  że  ich  tradycja  różni  się  od  francuskieji   inną   mają   formę   laickości,   występuje   się   tam   na   drodze   prawnej   przeciwwykładowcom   noszącym    tradycyjne   islamskie   turbany   czy   chusty.    Sytuacjanie  przedstawia  się  tak  czarno,  jak  ją  Pan  maluje.  Nie  można  powiedzieć,  żeFrancja   została  osamotniona,   że   oto   znalazła   się   sama   przeciw   wszystkim.Mówiąc  to,   przyznaję  jednak,   że  złudzenie,  które   u  współczesnych  wywołu­je  technika,   sprawia,   iż   ludzie   z  całego   świata  czują  się  zwolnieni   z  wysiłkurozumienia.   Zdobycze   techniki   usuwają   problem   odległości,   wszystko   dziejesię   na  naszych  oczach   -  za  sprawą  obrazu   każde   rzeczywiste  zdarzenie  danejest   każdemu   do   dyspozycji,   jakkolwiek   daleko   by   się   od   niego   znajdował.A  ponieważ  oczekuje  się  naszej  opinii  o  wydarzeniach,  twierdzimy,  że  je  rozu­miemy.  Dochodzimy do  „stracenia  z oczu"  - jeśli tak można powiedzieć  - różnicymiędzy „widzieć"  a „wiedzieć".  I oto osądzamy doświadczenia drugich  z piedesta­łu  naszych  własnych  pewności,  naszych  własnych  oczywistości,  własnej  historiii  tradycji.  Dla  przykładu,  w  Polsce  zakaz  dotyczący obecności  znaków  religijnychw  szkołach  może  się  kojarzyć  tylko  z  bolesnym  okresem  komunizmu. 

Nie  dowyobrażenia jest  dla  Polaków  myśl,  iż  taka  świeckość  ograniczająca  -  „na modłę francuską"  - może  być  formą  emancypacji:  świeckość,  laicyzacja życia  przywołująkomunizm,  a więc  są formą  ucisku.  Doświadczenie historyczne  Francji jest inne:tam wolność  została zdobyta skutkiem  długotrwałych  i  zaciętych walk przeciwkoprzymierzu tronu  z ołtarzem. Ale symultaniczność oferowana nam przez zdobyczetechniki  sprawia,  że  zapominamy  o  tej  różnorodności  naszych  dziejów: jesteśmysobie  nawzajem  współcześni,   ale  różny jest  nasz  sposób  zamieszkiwania  czasuteraźniejszego.  A przecież  byłoby godne pożądania,  gdyby każdy  z nas  w konfron­tacji  z „innym" umiał stawić opór tej  iluzji symultaniczności,  natychmiastowości,którą  zawdzięczamy  technice;  aby umiał  - że  tak powiem  -  rozbudzić  w  sobie  nanowo  tę  odrobinę  ciekawości.  Fakt,  iż  mamy posiadać  wszystko  w  zasięgu  ręki,  odziera  nas  z  autentycznej  ciekawości.  Przepraszam  za  ten  przydługi  wstęp,  aletrzeba  powiedzieć  na  samym  początku,  że  konieczne  jest  uzmysłowienie  sobiespecyfiki  aktualnej   sytuacji  we  Francji,   z  uwzględnieniem  jej  niepowtarzalności.Francuzi  nie  zostali  zaatakowani  nagle  przez jakąś  jakobińską  czy  republikańskąwysypkę,  ale  stanęli  wobec  konkretnego  problemu.  Chodzi  o  olbrzymią,  niewy­obrażalną  wprost  mutację   demograficzną:   w  ciągu  20,   może   30  ostatnich   latFrancja  zmieniła  swe  oblicze.   Dzieje  się  tak  od  czasu  wprowadzenia  słusznegoi  potrzebnego  skądinąd  prawa  dotyczącego  łączenia  rodzin  imigrantów  pracują­cych  we  Francji,  prawa  którego  konsekwencje  nie  zostały  w  porę  przemyślane.Zatrudnieni   cudzoziemcy  otrzymali   zgodę  na  sprowadzenie  do   siebie   swoichbliskich,  co  samo  w  sobie  nie  stanowi  problemu,   sprzyja  natomiast  decyzjomdefinitywnego osiedlania się  całych rodzin we  Francji,  ten  zaś  fakt zmienia w spo­sób  znaczący  skład  społeczeństwa  francuskiego,  jego  strukturę,  pejzaż.  Obecnieislam jest  we  Francji  drugą  praktykowaną  religią. 

Chodzi  tu  o  islam  nastawionywojowniczo,  islam  pulsujący rytmem  świata  arabsko-muzułmańskiego,  islam  ra­dykalny,  islam  wojujący.  Chusty muzułmanek  są jedną  z jego  części  składowych,jednym  ze  znaków  tego  neoradykalizmu  islamskiego.   A  to  dlatego,  iż  nie  jestto  po  prostu  zwykły  element  ubioru  czy  znak  przynależności  religijnej,  własnejtożsamości  - jest  to  obok  tych  sygnałów także  odezwa,  proklamacja.  A  cóż  takie­go  obwieszczają  owe  chusty?  Tutaj  konieczne  jest  głębsze  wniknięcie  w  naturęrzeczy,  takie  obserwowanie  zjawisk,  którego  nie  zadowala jedynie  rozumowanieza pomocą analogii  osobistej  typu:  sprawa chust przypomina sprawę  krzyży;  namudało  się wprowadzić je na nowo do przestrzeni  publicznej,  a oto  Francuzi  robiąto  samo,  co  dawniej  czynili  komuniści,  czyli  chcą wyeliminować  wszystkie  znakireligijne.  Sprawy nie  tak  się  mają  bynajmniej.  Cóż  bowiem  w ostatecznym  rozra­chunku  obwieszcza  islam?  Parę  dni  temu  oglądałem  w  telewizji  francuskiej  nie­zwykle  interesujący   film  dokumentalny  zatytułowany:Trapes  w  godzinie  modlitwy.Trapes  to  mała  miejscowość  leżąca  pod  Paryżem,  zamieszkana  przez  około  50tysięcy  mieszkańców,  w  większości  muzułmanów.  Ich  procent jest  tak  znaczny,że  pierwsza  otwarta  księgarnia  w  tym  mieście  sprzedaje  wyłącznie  muzułmań­skie  książki  religijne  w  języku  arabskim.  

Uzmysławia  sobie  to  Pan?   -  jesteśmy we  Francji...  I  mamy  tu  do  czynienia  z  islamem  radykalnym  - najlepszy dowód  tofakt,  że muzułmanie umiarkowani przestali  się tam czuć dobrze  i zdecydowali  sięwystąpić  ze  Związku  Muzułmanów  miasta  Trapes. Jeden  z  tych  umiarkowanychmuzułmanów  rasy   afrykańskiej   tłumaczy   w   reportażu  powody  oddalenia   się,   przytaczając  wiele  mówiący  obrazek:  w  czasach  obecnych  dzieci  dają  lekcję  swymwłasnym  rodzicom,  na  przykład  otwierają  lodówkę  i,  jeśli  znajdą  tam  butelkęcoca-coli,  wyrzucają do śmietnika.  Nie  alkohol,  ale  coca-colę.  Dlaczego?  Bo  uwa­żają,  że  to  amerykański  napój.  Widzi  Pan  zatem,  że  chodzi  tu  o  islam  polityczny.Stany  Zjednoczone  muszą  być  zwalczane,  także  w  swoich  symbolach.  Powód?- Amerykę  należy  zwalczać,  bo  służy  polityce  Izraela.  I  to  są prawdziwe  motywy:odrzucają  coca-colę,  ponieważ  utożsamiają ją  z  Izraelem.  Dalej  reportaż  pokazujezdjęcia  z  olbrzymiej   manifestacji   sprzed  paru  miesięcy,   w  której   rozwścieczenimężczyźni   i  młode  dziewczęta  ubrane  w  swoje  chusty  protestowali  przeciwkorepresjom    Izraela    wobec    uczestników    Intifady.

Krzyczeli:  „Nie  spoczniemy,  dopóki  Palestyna  niebędzie  nasza!".  „Nasza"   -  znaczy  muzułmańska,„nie  nasza"  -  Palestyńczyków.  I  nie  Transjordania,ale  cała  Palestyna.  Muzułmanie  utracili  Palestynęi  powinni ją odzyskać.  Oto,  co głosi  dziś  radykalnyislam  we  Francji.  A  w  rym  właśnie  islamie  chustazajmuje  miejsce  szczególne:  jest  pierwszą  odezwą,pierwszym  manifestem.   Czy  wyobraża  Pan  sobie,jakie  mogą  być  tego  konsekwencje?  Za  pierwszymidzie  następny  manifest:   w  filmie  widzimy  dziew­czynę   z  zakrytą  chustą  głową,  która  wyjaśnia,   żew  odróżnieniu   od  swoich   rodziców,   ona  nie  makompleksów.  „Bardzo  mi  przykro  - mówi  - ale niktmi   nie  musi  pozwalać   być   Francuzką;  ja  jestemFrancuzką.  Niech  nikt  mi  nie  przychodzi  mówić0integracji".  Narodowość  francuska  przestała  byćpoczątkiem  ukoronowania pewnej  integracji,  ona  stała  się jej  prostym  stwierdze­niem.

Tak  więc  nie  stajemy  się  Francuzami,  ponieważ  wprowadzeni  zostajemyw  naród  francuski  i  sami  się  z  nim  integrujemy,  ale  stajemy  się  Francuzami,  bynie  musieć  się  integrować.   A  ponieważ  jesteśmy  Francuzami,  uznajemy  się  zaupoważnionych  do  bycia,  kim  jesteśmy,  bez  żadnych  ograniczeń.  To  też  „głosi"chusta.  A  czymże  jest  szkoła?  Jest  to  przestrzeń,  w  której  wszyscy  nowoprzybyli,wszyscy  „nowi"  -  imigranci  wraz  z  ich  dziećmi  -  wprowadzeni  zostają  w  świat,który  jest   od   nich   starszy,   i  tym  światem  jest   w  pierwszej   kolejności   Francja.1 jak  mogą  niektórzy  żądać,  abyśmy  tolerowali  w  szkołach  znak-manifest,  który  oznacza odrzucenie Francji? Jeśli Francja nie jest pewnym światem,  lecz zaledwieautoryzacją tego,  czym  każdy jest,  to  szkoła francuska przestała mieć  sens. 

Wydaje  się,  że  mamy  do  czynienia  z  wojną  między  dwoma  fundamentalizmami  i  że  to  lewica  francuska  potrzebuje  zdefiniowania  swojej  tożsamo­ści.  Tradycyjne  hasła  walki  o  równość  społeczną  przestały  pełnić  funkcjęmobilizującą,  pozostaje  jedynie  walka  z  religią.  Jednak  w  Pana  rozumieniuprzyczyny  nowej  ustawy  nie  mają  charakteru  ideologicznego... 

Szczerze wierzę,  że  intelektualiści  i  specjaliści  zebrani wokół  Bernarda Stasi,  ciintelektualiści,  którzy  zaproponowali  nową  ustawę,  kierowali  się  nie  ideologią,lecz  pragmatyzmem:  ich  naprawdę  zbiła  z  tropu  gwałtowność wyzwania  rzuco­nego  Francji.Ipowiedzieli  sobie:  trzeba  działać.  Kiedy  prezydent  Francji  zde­cydował   się   w  końcu  na  rozwiązanie  problemu   za  pomocąustawy,  drogą  legislacyjną,  to  kierowały  nim  te  same  racje.Na  początku  sprzeciwiał   się  proponowanej  ustawie,  potemprzeczytał   raportStasi,przeczytałteżksiążkęUtracone  te­rytorium  Republiki.Jest to książka,   która we Francji  odbiła się   szerokim   echem,   ale   której   nie   przeczytano   w  innych krajach,  jako  że  żyjemy  dzisiaj   w  „nieustającej   bezpośred­niości",     a    która    to    książka   jest    ważnym    świadectwemo  przemocy  stosowanej   w  szkołach  przez  młodych  islami-stów  i   o  trudnościach,  jakie  stały  się  udziałem  dyrektorówszkół  średnich  i  nauczycieli,  o  dręczącym  ich  dylemacie: jak reagować,   co  robić?  Problem  nie  jest  prosty  -  ten  wojującyislam   ma   po   swojej   stronie   przewagę   liczebną;    stało   sięniezbędne  przypomnieć  pewien  kodeks  zasad  i  konkretnychreguł,  aby  na nowo  umożliwić  integrację.  Podstawowa regu­ła  gry  znalazła  się  w  pogardzie  i  istniało  ryzyko,  że  zostaniecałkowicie  pominięta  i  zapomniana.  To  w taką właśnie  sytu­ację  wkroczyło  prawo,   i  to,  co  uczyniono,  było  niezbędnym  minimum. 

Są  inne  podejścia:  w  Niemczech  m.in.  przewodniczący  CSU  Edmund  Stoiber,podobnie  jak  jeden  z  deputowanych  SPD  z  Badenii-Wirtembergii,  sprzeci­wił  się  zakazowi  eksponowania  w  szkołach  -  obok  chust  islamskich  -  także  krzyży,  argumentując,  że  w  przeciwieństwie  do  chust  krzyż  należy  do  kul­tury   i   tradycji   Zachodu   i   nie  jest  w  żaden   sposób  obciążony  ładunkiem politycznym...

Właśnie  we  Francji  nie  przyjęliśmy  takiej  opcji,  z  troski  o  równość,  aby  wyjść  na­przeciw  podejrzliwości  muzułmanów  francuskich.  Chcieliśmy  jednocześnie  po­twierdzić jeszcze  raz  zasadę,  której  groziło  zapomnienie,  dać  też  dowód  delikat­ności.  Pragnęliśmy  wymyślić  „przedziwną  rzecz"  -  prawo  delikatne.  Mówiliśmysobie,  że właśnie  w tym  okresie,  kiedy muzułmanie mogliby  -  i  to  słusznie  -  czućsię  na  straconych  pozycjach  i jako  ci,  których  reszta  społeczeństwa odrzuca  i  spy­cha  na  margines,  powinno  się  unikać  wszelkich  środków,  które  zdawałyby  siępotwierdzać  u  nich  poczucie  naznaczenia.  Ustawa  ta  nie jest ustawą  rasistowską.Jak  można  to  lepiej  wyrazić,  niż  wprowadzając  ustawę  dotycząca wszystkich:  niezabraniamy  chust,  zabraniamy  wszelkich  znaków  ostentacyjnych... 

Tak czy inaczej, wszyscy rozumieją, że ustawa skierowana jest do muzułmanów.Dlaczego  nie  powiedzieć  tego  otwarcie,  zamiast  rozszerzać  ustawę  na  tychwszystkich,  którzy  nie stanowią zagrożenia dla  społeczeństwa francuskiego?

No  cóż,   w  pewnym  momencie  ma  się  ochotę  powiedzieć  krytykom:  chcecie,byśmy  całkiem  zwariowali...  Muzułmanie  -  przynajmniej  niektórzy  -  mówią:ustawa  godzi  w  islam,  chodzi  więc  o  naznaczenie  nas  i  marginalizację,  z  koleiPolacy  powiedzą:   dlaczego   zabraniacie   krzyży,   jeśli   problemem   Francji  jestislam?   Z  każdego  punktu  widzenia  jesteśmy  przegrani..

Niektórzy  pamiętają  jeszcze,  jak  w  szkołach  francuskich  prześladowanoznaki  chrześcijańskie.  Uczennicę  wchodzącą  do  klasy  z  widocznym  krzyży­kiem na szyi proszono o schowanie go pod  bluzkę... 

Tak,   oczywiście.   I  ten  aspekt  także  jest  brany  pod  uwagę,   gdy  Francja  patrzyna  swoją  tradycję.  Istniała  bardzo  silna  walka  między  obozem  republikańskima  Kościołem  katolickim  i  byłoby  niezmiernie  dziwne,  gdyby ta  sama  Republika,która  tak  surowo  obchodziła  się   z  Kościołem,  którego  jest  spadkobierczynią,okazywała  dziś  pobłażliwość  czy  lizusostwo  wobec  radykalnego  islamu:  ona niemogłaby  się  tak  zachowywać.   Szukaliśmy  takiego  sformułowania  ustawy,   aby   była  ona  zrównoważona;   użyto  różnych   środków  ostrożności,   obowiązkowajest  rozmowa  z  uczniem  przed wprowadzeniem jakiegokolwiek  zakazu.  Ustawata  jest  przede  wszystkim  ostrzeżeniem,  znakiem  prawnym,   który  mówi  mu­zułmanom,  iż  Francja  nie jest  miękka jak  roztapiające  się  masło,  narodowośći  obywatelstwo  francuskie  to  nie  jakieś  przybudówki,  Francja jest  światem,  doktórego  możesz  należeć,  który  możesz  wraz  z  innymi  dzielić,  pod  warunkiemjednak,  że  będziesz  przestrzegać  zasad  i  że  zechcesz  być  za ten  świat  odpowie­dzialnym.  Chusta  wyraża  następującą  treść:   „To  nie ja jestem  tym,  który  musisię  zaadaptować   i   przyjąć  jako  swoją  tę   ojczyznę,   to  ona  musi  mnie   przyjąćtakim,  jaki  jestem,  i  dostosować  się  do  mnie".  Takie  odwrócenie  porządku  maw  sobie  coś  przerażającego  i  czyni  ze  szkoły  rzeczywistość  absolutnie  zbędną.Prawo  zaś  chciało  zamanifestować,   że  owszem,   szkoła  nie  tylko  jest  jeszczepotrzebna,  ale jest  niezbędna. 

A  co  powiedziałby  Pan  tym  muzułmanom,  którzy  dziś  twierdzą:  „Dotąd czuliśmy  się  Francuzami, zintegrowanymi  ze społeczeństwem francuskim,teraz jednak wskazuje się nas palcem jako zagrożenie; cofnięto nasz procesintegracyjny".

To  nieprawda.  Jeśli jakaś  dziewczyna  nie  zakłada  do  szkoły  chusty  islamskiej,nie  jest  postrzegana jako  zagrożenie.  Oni  także  powinni  zadać  sobie  pytanie,do jakiej  szkoły chcą  uczęszczać.  Szkoła to  nie  to  samo  co  społeczeństwo. 

Ale ci Arabowie  francuscy,  którzy nawet  nie są praktykujący,  zostają wrzu­ceni  do jednego wspólnego worka  islamskiego... 

Nic podobnego.  W takim Trapes  to  nie-Arabowie  czują  się  źle  i nie  na miejscu.Oni  są  silni  liczebnie.  Nie  zapominajmy,  że  tę  przewagę  liczebną  uczniowieodczuwają  także  na  przerwach  w  szkole.  Jeśli  we  Francji  byłoby  na  przykładtylu  Żydów  co  Arabów,   mielibyśmy  konflikty  otwarte  jako  odbicie  konfliktuizraelsko-palestyńskiego    (i   nawet   tutaj   symetria   okazuje   się   zadziwiająca,o   ile  bowiem   raczej   zrozumiałe  jest  identyfikowanie   się  wszystkich  Żydówświata  z  państwem  Izrael,  o  tyle  fakt,  iż  wszyscy Arabowie  świata  identyfikująsię  z  państwem  palestyńskim,  wydaje  się  niejasny...). Jednak  obecnie  w  szko­łach   francuskich  mamy  do   czynienia  nie   tyle   z  konfliktami  otwartymi,   ile   z   prześladowaniem.   To,   co   relacjonujądyrektorzy  szkół   średnich,   to  nie  histo­rie  małych  Arabów  wytykanych  palcami,nienawidzonych   czy  pogardzanych,   nie;są  to  sprawy  uczniów  żydowskich,   których  przenosi   sięz  jednej   placówki   szkolnej   do  drugiej,   nikt  bowiem  niejest   w   stanie   zapewnić   im   bezpieczeństwa.   Taka  jestsytuacja,   w   której   żyjemy.   Co  może  uczynić  dyrektorszkoły?   Nie  przeniesie   30   uczniów  arabskich  naraz.W  takich   okolicznościach   stało   się   sprawą  wielkiejwagi  przypomnienie,   czym  jest  szkoła:  jest  to  ta­kie  miejsce,   wydzielone   w  łonie  pewnego   społe­czeństwa,   gdzie  różne  tożsamości  nie  powinnybyć     manifestowane     w     sposób     ostentacyjny,gdzie  nie  powinien  panować,  jak  ja  to  nazywam,  „bezwstyd"  tożsamości,   alewręcz   przeciwnie   -   zawieszenie  wszelkich   arogancji.   Neutralność   szkół   maprzede  wszystkim  to  właśnie  na  celu.   W  szkole  panuje  neutralność,  bo  szkołato  nie  to  samo,  co  supermarket,  ulica  czy  dom.  Jest  to  przestrzeń  wybrana,w   której   panują   swoiste   reguły   gry.   Prawo,   słusznie   i   w   porę,   przypominao  tym  fakcie. 

A gdzie  w tym  kontekście  konsekwencja  Francji, jeśli  chodzi  o jej  stanowiskowobec  operacji  wojskowej  w  Iraku? 

Francja  broniła  przez  cały  czas  trwania  tego  konfliktu  pozycji  zdecydowanie  an-tyamerykańskich   i  Arabowie   francuscy  byli   usatysfakcjonowani.   Pytanie,   któresobie  zadaję, jest następujące:  co by się  działo we  Francji,  gdyby prezydent Chiraczajął   takie   stanowisko  jak  Aznar   czy   rząd   polski   albo   angielski...   Mielibyśmywalki   uliczne;   muzułmanie   wyraziliby   swój   gniew   o  wiele   gwałtowniej.   Wojnaw  Iraku  pojednała  w  pewnym   stopniu  muzułmanów   z  Francją.   Niektórzy  prze­ciwnicy  rzeczonej  ustawy,  na  przykład  dziennik „Le  Monde",  oskarżają  rząd  fran­cuski  o  niekonsekwencję:  jak  możemy  popierać  sprawę  arabską  w  kwestii  wojnyw  Iraku,    a  potem   zwrócić  przeciwko   sobie  wszystkich  Arabów,   wprowadzającustawę   zabraniającą  noszenia  w   szkołach  chust  islamskich?   Oskarżenie  to  maw  sobie  coś  groteskowego  i  potwornego  zarazem:  te  dwa  problemy  nie  są  z  tego  samego  porządku,  a  społeczeństwo  Francji  nie  ma  jako  ostatecznego  celu  przy-pochlebiania  się  roszczeniom  arabskim.  Problemem  istotniejszym jest  fakt,  iż  weFrancji  jesteśmy  skonfrontowani  ze  wspólnotą  arabską  muzułmanów,  która  niezna  niczego  poza  rewindykacjami.  Fale  wcześniejszej  imigracji  nie  były  tej  samejnatury,  towarzyszyły  im  przynajmniej  dwa  uczucia:  wdzięczności  i,  ewentualnie,rewindykacji.   W  tym  wypadku  nie  ma  co  mówić   o  jakiejkolwiek  wdzięczności,co  więcej  -  zastąpiła ją  polityka  bezwarunkowych  roszczeń  o  uznanie.  Ani  śladuwdzięczności,  wyłącznie  wola  bycia  uznanym.  Jest  to  wola  bezgraniczna,  którawyraża   się   noszeniem   chust   w   szkołach   czy   choćby  pierwszymi   zwiastunamiżądań  rewizji  systemu  nauczania:  wymaga  się  od  Francji,   aby  wyraziła  poprzeznauczane  treści  skruchę  za  kolonizację;  ten  ostatni  warunek  stawiany jest  corazwyraźniej.  Gdzie  się  zatrzymamy? Jak ma  żyć  społeczeństwo,  w którym  napływa­jący  ciągle  nowi  imigranci  dają  tak  dobitne  dowody  swojej  niewdzięczności? 

Może są to konsekwencje polityki,  w której całymi latami mówiło  się  o pra­wach,  nigdy  zaś  o  obowiązkach? 

Jest  to  idea  mocno  rozpowszechniona  w  świecie  zachodnim:  moralność  dotyczyzaledwie  praw  człowieka,  człowiek  nie  istnieje  inaczej  jak  tylko  poprzez  ekspresjęprzynależnych  mu  praw.  Przy tym  taka  dynamika  moralności  nabiera  szczególniedramatycznego  tonu  w  kontekście  imigracji.   Francja  jest  krajem,   gdzie   żyje   sięobecnie  z  wyrzutami  sumienia,  i  to  obciążone  sumienie  wykarmiło  resentymentpewnej  liczby  imigrantów,   uzasadniło  ich  wrogość,   uwierzytelniło  ich  niechęćdo  Francji.  Teraz  zaś  Francuzi  stają  wobec  konsekwencji.  Więc  z  jednej   stronyantysemityzm,  z  drugiej  -  odrzucenie  Francji  wraz  z  jej  kulturą.  Konieczne  jest,na  tyle,  na  ile  to  możliwe,  odwrócenie  tego  ruchu,  przerwanie  związku,  któryzachodzi  między  sumieniem   Francuzów   a  wrogością  imigrantów.   Ustawa  jestśrodkiem  do tego  celu  i  żałuję niezmiernie,  że zostało to tak  źle zrozumiane.

Czy to  nie  za dużo  - oczekiwać,  że działanie  mechaniczne,  za pomocą usta­wy  prawnej  rozwiąże  problem? 

Prawo  jest  natury  symbolicznej,   daje  nam  punkty  odniesienia,  wyznacza  gra­nicę  między tym,  co  wolno,  a  tym,  co jest  zakazane.  Ta granica jest konieczniepotrzebna  nie  po  to,  by  zapobiec  jej  przekroczeniu,   ale  po  to,  aby  przekroczenie  było  przeżywane  jako  przekroczenie.  Dając  ludziom  Dekalog,  Bóg  nieoczekiwał,   że  odtąd  nikt  już  nigdy  nie  będzie  zabijał  czy  kradł   -  przykazaniamiały  przypominać  ludziom,   że  takie  czyny  są  zabronione,   że   są  przyczynązła,  które  człowiek  sam  sobie wyrządza.  Taka jest  funkcja  Prawa:  wobec  nihi­lizmu  postawy  „wszystko  jest  sobie  równe"  przywrócić  symboliczny  ład. 

A czy nie jest tak, że Francja poprzez oddalenie się od swoich chrześcijań­skich  korzeni  wytworzyła  pewną  próżnię,  w  którą  wkroczył  islam? 

Istnieje pewna pustka,  nie możemy jednak przekreślić  całej  współczesnej  historiiFrancji.  Ta  próżnia  nie  pojawiła  się  wtedy,  gdy  Francja  przestała  się  uważać  zanajstarszą  córkę  Kościoła.  Francja  umiała  być  Republiką  otwartą,  tolerancyjną,gościnną.   Dzisiaj  nie  umie  już  nią  być.  To,  co  tak  boli,   to  widok  zmarnowaniadziedzictwa  republikańskiego,  rozpadu  systemu  szkolnictwa,  który  stanowił  je­den  z  powodów  chluby  Francji,   a  który  dziś  niemalże  przestał  istnieć.  Republikato  decyzja,  aby  wszystko  postawić  na  szkołę  -  dzisiaj  szkoła  wydana jest  na  pa­stwę  nihilizmu  społecznego,  nie  potrafi  stawić  czoła  wymaganiom  społecznym.I jedyny  zarzut,  który wypowiedziałbym  pod  adresem  ustawy  o  chustach,  to  ten,że  skupiła  całą  swoją  uwagę  na  tym  znaku   (nie  tylko)   religijnym,  nie  angażującsię  przy tym  w  odbudowę  systemu  szkolnictwa. Jestem  pesymistą,  potrzeba  bo­wiem  było,   aby  to  wyzwanie  chust  islamskich  przywróciło  życie  szkołom  jakoświątyniom.   To   dzięki   współzawodniczeniu   z   religią   o   monopol   na   dziedzinęsacrum  i  transcendencji  kultura  w  Europie  stała  się wartością najwyższą.

Dziękuję za rozmowę.

ROZMAWIAŁ: NELSON RODRICO PEREIRA
 
Warszawa, II 2004