Trapes to mała miejscowość leżąca pod Paryżem,zamieszkana przez około 50 tysięcy mieszkańców,w większości muzułmanów. Ich procent jest tak znaczny, że pierwsza otwarta księgarnia w tym mieściesprzedaje wyłącznie muzułmańskie książki religijnew języku arabskim. Uzmysławia sobie to Pan? - jesteśmy we Francji...
Alain Finkielkraut (1949) - znany filozof i publicysta francuski, jeden z najwybitniejszych intelektualistów swego pokolenia. Jest myślicielem konserwatywnym, naznaczonym antykomunizmem lat 80. Pisuje też o problemach żydowskich („Oto nadeszty czasy antysemityzmu triumfującego" - to jego reakcja na zamachy na Żydówi wzniecane w podparyskich miejscowościach pożary; w innym miejscu powie: „Trzeba odwagi, by nosić kipęw paryskim metrze"), o nacjonalizmie, modernizmie, tradycji Dlaczego dotkniętą kryzysem ideologicznymlewicę daje się zarazić wimsem antysemityzmu, dlaczego jej sumienie jest płytkie, lekkomyślne, frywolne?"- zapytuje. Urodzony w Paryżu, jedyny syn Daniela, kaletnika żydowskiego pochodzącego z Polski, ocalonegoz Auschwitz. Wykłada na Politechnice Paryskiej. Autor kilkunastu książek, z których najbardziej znane to:LeJuif imaginaire(Żyd z wyobraźni),La Defaite de la pensee(Przegrana myśli) orazUHumanke perdue(Utraconeczłowieczeństwo - tłum. na jęz. polski). Podczas wojny w byłej Jugosławii zajął stanowisko zdecydowanie pro-chorwackie. Nie tak dawno otwarcie wyraził swoje poparcie dla książki Oriany FallaciWściekłość i duma.Jakojeden z zaproszonych konsultantów brał udział w obradach Zgromadzenia Narodowego nad nową ustawą,zabraniającą ostentacyjnego eksponowania znaków religijnych w publicznych szkołach francuskich. Zazwyczajkrytyczny wobec polityki rządu francuskiego, tym razem z przekonaniem broni nowej ustawy.
Fronda: Nowa ustawa, uchwalona 10 lutego br. przez Zgromadzenie Narodowe przytłaczającą większością głosów, zabraniająca eksponowania znaków religijnych w publicznych szkołach Francji, spotkała się ze zdecydowaną krytyką w wielu krajach. Czyżby działo się we Francji coś, co tylko sami Francuzi rozumieją...?
Alain Finkielkraut: Nie przesadzajmy, idzie Pan za daleko. Weźmy na przykład Belgię, która boryka się z podobnym do naszego problemem i także rozważa prawne sposobywyjścia z impasu. Albo Niemcy: mimo że ich tradycja różni się od francuskieji inną mają formę laickości, występuje się tam na drodze prawnej przeciwwykładowcom noszącym tradycyjne islamskie turbany czy chusty. Sytuacjanie przedstawia się tak czarno, jak ją Pan maluje. Nie można powiedzieć, żeFrancja została osamotniona, że oto znalazła się sama przeciw wszystkim.Mówiąc to, przyznaję jednak, że złudzenie, które u współczesnych wywołuje technika, sprawia, iż ludzie z całego świata czują się zwolnieni z wysiłkurozumienia. Zdobycze techniki usuwają problem odległości, wszystko dziejesię na naszych oczach - za sprawą obrazu każde rzeczywiste zdarzenie danejest każdemu do dyspozycji, jakkolwiek daleko by się od niego znajdował.A ponieważ oczekuje się naszej opinii o wydarzeniach, twierdzimy, że je rozumiemy. Dochodzimy do „stracenia z oczu" - jeśli tak można powiedzieć - różnicymiędzy „widzieć" a „wiedzieć". I oto osądzamy doświadczenia drugich z piedestału naszych własnych pewności, naszych własnych oczywistości, własnej historiii tradycji. Dla przykładu, w Polsce zakaz dotyczący obecności znaków religijnychw szkołach może się kojarzyć tylko z bolesnym okresem komunizmu.
Nie dowyobrażenia jest dla Polaków myśl, iż taka świeckość ograniczająca - „na modłę francuską" - może być formą emancypacji: świeckość, laicyzacja życia przywołująkomunizm, a więc są formą ucisku. Doświadczenie historyczne Francji jest inne:tam wolność została zdobyta skutkiem długotrwałych i zaciętych walk przeciwkoprzymierzu tronu z ołtarzem. Ale symultaniczność oferowana nam przez zdobyczetechniki sprawia, że zapominamy o tej różnorodności naszych dziejów: jesteśmysobie nawzajem współcześni, ale różny jest nasz sposób zamieszkiwania czasuteraźniejszego. A przecież byłoby godne pożądania, gdyby każdy z nas w konfrontacji z „innym" umiał stawić opór tej iluzji symultaniczności, natychmiastowości,którą zawdzięczamy technice; aby umiał - że tak powiem - rozbudzić w sobie nanowo tę odrobinę ciekawości. Fakt, iż mamy posiadać wszystko w zasięgu ręki, odziera nas z autentycznej ciekawości. Przepraszam za ten przydługi wstęp, aletrzeba powiedzieć na samym początku, że konieczne jest uzmysłowienie sobiespecyfiki aktualnej sytuacji we Francji, z uwzględnieniem jej niepowtarzalności.Francuzi nie zostali zaatakowani nagle przez jakąś jakobińską czy republikańskąwysypkę, ale stanęli wobec konkretnego problemu. Chodzi o olbrzymią, niewyobrażalną wprost mutację demograficzną: w ciągu 20, może 30 ostatnich latFrancja zmieniła swe oblicze. Dzieje się tak od czasu wprowadzenia słusznegoi potrzebnego skądinąd prawa dotyczącego łączenia rodzin imigrantów pracujących we Francji, prawa którego konsekwencje nie zostały w porę przemyślane.Zatrudnieni cudzoziemcy otrzymali zgodę na sprowadzenie do siebie swoichbliskich, co samo w sobie nie stanowi problemu, sprzyja natomiast decyzjomdefinitywnego osiedlania się całych rodzin we Francji, ten zaś fakt zmienia w sposób znaczący skład społeczeństwa francuskiego, jego strukturę, pejzaż. Obecnieislam jest we Francji drugą praktykowaną religią.
Chodzi tu o islam nastawionywojowniczo, islam pulsujący rytmem świata arabsko-muzułmańskiego, islam radykalny, islam wojujący. Chusty muzułmanek są jedną z jego części składowych,jednym ze znaków tego neoradykalizmu islamskiego. A to dlatego, iż nie jestto po prostu zwykły element ubioru czy znak przynależności religijnej, własnejtożsamości - jest to obok tych sygnałów także odezwa, proklamacja. A cóż takiego obwieszczają owe chusty? Tutaj konieczne jest głębsze wniknięcie w naturęrzeczy, takie obserwowanie zjawisk, którego nie zadowala jedynie rozumowanieza pomocą analogii osobistej typu: sprawa chust przypomina sprawę krzyży; namudało się wprowadzić je na nowo do przestrzeni publicznej, a oto Francuzi robiąto samo, co dawniej czynili komuniści, czyli chcą wyeliminować wszystkie znakireligijne. Sprawy nie tak się mają bynajmniej. Cóż bowiem w ostatecznym rozrachunku obwieszcza islam? Parę dni temu oglądałem w telewizji francuskiej niezwykle interesujący film dokumentalny zatytułowany:Trapes w godzinie modlitwy.Trapes to mała miejscowość leżąca pod Paryżem, zamieszkana przez około 50tysięcy mieszkańców, w większości muzułmanów. Ich procent jest tak znaczny,że pierwsza otwarta księgarnia w tym mieście sprzedaje wyłącznie muzułmańskie książki religijne w języku arabskim.
Uzmysławia sobie to Pan? - jesteśmy we Francji... I mamy tu do czynienia z islamem radykalnym - najlepszy dowód tofakt, że muzułmanie umiarkowani przestali się tam czuć dobrze i zdecydowali sięwystąpić ze Związku Muzułmanów miasta Trapes. Jeden z tych umiarkowanychmuzułmanów rasy afrykańskiej tłumaczy w reportażu powody oddalenia się, przytaczając wiele mówiący obrazek: w czasach obecnych dzieci dają lekcję swymwłasnym rodzicom, na przykład otwierają lodówkę i, jeśli znajdą tam butelkęcoca-coli, wyrzucają do śmietnika. Nie alkohol, ale coca-colę. Dlaczego? Bo uważają, że to amerykański napój. Widzi Pan zatem, że chodzi tu o islam polityczny.Stany Zjednoczone muszą być zwalczane, także w swoich symbolach. Powód?- Amerykę należy zwalczać, bo służy polityce Izraela. I to są prawdziwe motywy:odrzucają coca-colę, ponieważ utożsamiają ją z Izraelem. Dalej reportaż pokazujezdjęcia z olbrzymiej manifestacji sprzed paru miesięcy, w której rozwścieczenimężczyźni i młode dziewczęta ubrane w swoje chusty protestowali przeciwkorepresjom Izraela wobec uczestników Intifady.
Krzyczeli: „Nie spoczniemy, dopóki Palestyna niebędzie nasza!". „Nasza" - znaczy muzułmańska,„nie nasza" - Palestyńczyków. I nie Transjordania,ale cała Palestyna. Muzułmanie utracili Palestynęi powinni ją odzyskać. Oto, co głosi dziś radykalnyislam we Francji. A w rym właśnie islamie chustazajmuje miejsce szczególne: jest pierwszą odezwą,pierwszym manifestem. Czy wyobraża Pan sobie,jakie mogą być tego konsekwencje? Za pierwszymidzie następny manifest: w filmie widzimy dziewczynę z zakrytą chustą głową, która wyjaśnia, żew odróżnieniu od swoich rodziców, ona nie makompleksów. „Bardzo mi przykro - mówi - ale niktmi nie musi pozwalać być Francuzką; ja jestemFrancuzką. Niech nikt mi nie przychodzi mówić0integracji". Narodowość francuska przestała byćpoczątkiem ukoronowania pewnej integracji, ona stała się jej prostym stwierdzeniem.
Tak więc nie stajemy się Francuzami, ponieważ wprowadzeni zostajemyw naród francuski i sami się z nim integrujemy, ale stajemy się Francuzami, bynie musieć się integrować. A ponieważ jesteśmy Francuzami, uznajemy się zaupoważnionych do bycia, kim jesteśmy, bez żadnych ograniczeń. To też „głosi"chusta. A czymże jest szkoła? Jest to przestrzeń, w której wszyscy nowoprzybyli,wszyscy „nowi" - imigranci wraz z ich dziećmi - wprowadzeni zostają w świat,który jest od nich starszy, i tym światem jest w pierwszej kolejności Francja.1 jak mogą niektórzy żądać, abyśmy tolerowali w szkołach znak-manifest, który oznacza odrzucenie Francji? Jeśli Francja nie jest pewnym światem, lecz zaledwieautoryzacją tego, czym każdy jest, to szkoła francuska przestała mieć sens.
Wydaje się, że mamy do czynienia z wojną między dwoma fundamentalizmami i że to lewica francuska potrzebuje zdefiniowania swojej tożsamości. Tradycyjne hasła walki o równość społeczną przestały pełnić funkcjęmobilizującą, pozostaje jedynie walka z religią. Jednak w Pana rozumieniuprzyczyny nowej ustawy nie mają charakteru ideologicznego...
Szczerze wierzę, że intelektualiści i specjaliści zebrani wokół Bernarda Stasi, ciintelektualiści, którzy zaproponowali nową ustawę, kierowali się nie ideologią,lecz pragmatyzmem: ich naprawdę zbiła z tropu gwałtowność wyzwania rzuconego Francji.Ipowiedzieli sobie: trzeba działać. Kiedy prezydent Francji zdecydował się w końcu na rozwiązanie problemu za pomocąustawy, drogą legislacyjną, to kierowały nim te same racje.Na początku sprzeciwiał się proponowanej ustawie, potemprzeczytał raportStasi,przeczytałteżksiążkęUtracone terytorium Republiki.Jest to książka, która we Francji odbiła się szerokim echem, ale której nie przeczytano w innych krajach, jako że żyjemy dzisiaj w „nieustającej bezpośredniości", a która to książka jest ważnym świadectwemo przemocy stosowanej w szkołach przez młodych islami-stów i o trudnościach, jakie stały się udziałem dyrektorówszkół średnich i nauczycieli, o dręczącym ich dylemacie: jak reagować, co robić? Problem nie jest prosty - ten wojującyislam ma po swojej stronie przewagę liczebną; stało sięniezbędne przypomnieć pewien kodeks zasad i konkretnychreguł, aby na nowo umożliwić integrację. Podstawowa reguła gry znalazła się w pogardzie i istniało ryzyko, że zostaniecałkowicie pominięta i zapomniana. To w taką właśnie sytuację wkroczyło prawo, i to, co uczyniono, było niezbędnym minimum.
Są inne podejścia: w Niemczech m.in. przewodniczący CSU Edmund Stoiber,podobnie jak jeden z deputowanych SPD z Badenii-Wirtembergii, sprzeciwił się zakazowi eksponowania w szkołach - obok chust islamskich - także krzyży, argumentując, że w przeciwieństwie do chust krzyż należy do kultury i tradycji Zachodu i nie jest w żaden sposób obciążony ładunkiem politycznym...
Właśnie we Francji nie przyjęliśmy takiej opcji, z troski o równość, aby wyjść naprzeciw podejrzliwości muzułmanów francuskich. Chcieliśmy jednocześnie potwierdzić jeszcze raz zasadę, której groziło zapomnienie, dać też dowód delikatności. Pragnęliśmy wymyślić „przedziwną rzecz" - prawo delikatne. Mówiliśmysobie, że właśnie w tym okresie, kiedy muzułmanie mogliby - i to słusznie - czućsię na straconych pozycjach i jako ci, których reszta społeczeństwa odrzuca i spycha na margines, powinno się unikać wszelkich środków, które zdawałyby siępotwierdzać u nich poczucie naznaczenia. Ustawa ta nie jest ustawą rasistowską.Jak można to lepiej wyrazić, niż wprowadzając ustawę dotycząca wszystkich: niezabraniamy chust, zabraniamy wszelkich znaków ostentacyjnych...
Tak czy inaczej, wszyscy rozumieją, że ustawa skierowana jest do muzułmanów.Dlaczego nie powiedzieć tego otwarcie, zamiast rozszerzać ustawę na tychwszystkich, którzy nie stanowią zagrożenia dla społeczeństwa francuskiego?
No cóż, w pewnym momencie ma się ochotę powiedzieć krytykom: chcecie,byśmy całkiem zwariowali... Muzułmanie - przynajmniej niektórzy - mówią:ustawa godzi w islam, chodzi więc o naznaczenie nas i marginalizację, z koleiPolacy powiedzą: dlaczego zabraniacie krzyży, jeśli problemem Francji jestislam? Z każdego punktu widzenia jesteśmy przegrani..
Niektórzy pamiętają jeszcze, jak w szkołach francuskich prześladowanoznaki chrześcijańskie. Uczennicę wchodzącą do klasy z widocznym krzyżykiem na szyi proszono o schowanie go pod bluzkę...
Tak, oczywiście. I ten aspekt także jest brany pod uwagę, gdy Francja patrzyna swoją tradycję. Istniała bardzo silna walka między obozem republikańskima Kościołem katolickim i byłoby niezmiernie dziwne, gdyby ta sama Republika,która tak surowo obchodziła się z Kościołem, którego jest spadkobierczynią,okazywała dziś pobłażliwość czy lizusostwo wobec radykalnego islamu: ona niemogłaby się tak zachowywać. Szukaliśmy takiego sformułowania ustawy, aby była ona zrównoważona; użyto różnych środków ostrożności, obowiązkowajest rozmowa z uczniem przed wprowadzeniem jakiegokolwiek zakazu. Ustawata jest przede wszystkim ostrzeżeniem, znakiem prawnym, który mówi muzułmanom, iż Francja nie jest miękka jak roztapiające się masło, narodowośći obywatelstwo francuskie to nie jakieś przybudówki, Francja jest światem, doktórego możesz należeć, który możesz wraz z innymi dzielić, pod warunkiemjednak, że będziesz przestrzegać zasad i że zechcesz być za ten świat odpowiedzialnym. Chusta wyraża następującą treść: „To nie ja jestem tym, który musisię zaadaptować i przyjąć jako swoją tę ojczyznę, to ona musi mnie przyjąćtakim, jaki jestem, i dostosować się do mnie". Takie odwrócenie porządku maw sobie coś przerażającego i czyni ze szkoły rzeczywistość absolutnie zbędną.Prawo zaś chciało zamanifestować, że owszem, szkoła nie tylko jest jeszczepotrzebna, ale jest niezbędna.
A co powiedziałby Pan tym muzułmanom, którzy dziś twierdzą: „Dotąd czuliśmy się Francuzami, zintegrowanymi ze społeczeństwem francuskim,teraz jednak wskazuje się nas palcem jako zagrożenie; cofnięto nasz procesintegracyjny".
To nieprawda. Jeśli jakaś dziewczyna nie zakłada do szkoły chusty islamskiej,nie jest postrzegana jako zagrożenie. Oni także powinni zadać sobie pytanie,do jakiej szkoły chcą uczęszczać. Szkoła to nie to samo co społeczeństwo.
Ale ci Arabowie francuscy, którzy nawet nie są praktykujący, zostają wrzuceni do jednego wspólnego worka islamskiego...
Nic podobnego. W takim Trapes to nie-Arabowie czują się źle i nie na miejscu.Oni są silni liczebnie. Nie zapominajmy, że tę przewagę liczebną uczniowieodczuwają także na przerwach w szkole. Jeśli we Francji byłoby na przykładtylu Żydów co Arabów, mielibyśmy konflikty otwarte jako odbicie konfliktuizraelsko-palestyńskiego (i nawet tutaj symetria okazuje się zadziwiająca,o ile bowiem raczej zrozumiałe jest identyfikowanie się wszystkich Żydówświata z państwem Izrael, o tyle fakt, iż wszyscy Arabowie świata identyfikująsię z państwem palestyńskim, wydaje się niejasny...). Jednak obecnie w szkołach francuskich mamy do czynienia nie tyle z konfliktami otwartymi, ile z prześladowaniem. To, co relacjonujądyrektorzy szkół średnich, to nie historie małych Arabów wytykanych palcami,nienawidzonych czy pogardzanych, nie;są to sprawy uczniów żydowskich, których przenosi sięz jednej placówki szkolnej do drugiej, nikt bowiem niejest w stanie zapewnić im bezpieczeństwa. Taka jestsytuacja, w której żyjemy. Co może uczynić dyrektorszkoły? Nie przeniesie 30 uczniów arabskich naraz.W takich okolicznościach stało się sprawą wielkiejwagi przypomnienie, czym jest szkoła: jest to takie miejsce, wydzielone w łonie pewnego społeczeństwa, gdzie różne tożsamości nie powinnybyć manifestowane w sposób ostentacyjny,gdzie nie powinien panować, jak ja to nazywam, „bezwstyd" tożsamości, alewręcz przeciwnie - zawieszenie wszelkich arogancji. Neutralność szkół maprzede wszystkim to właśnie na celu. W szkole panuje neutralność, bo szkołato nie to samo, co supermarket, ulica czy dom. Jest to przestrzeń wybrana,w której panują swoiste reguły gry. Prawo, słusznie i w porę, przypominao tym fakcie.
A gdzie w tym kontekście konsekwencja Francji, jeśli chodzi o jej stanowiskowobec operacji wojskowej w Iraku?
Francja broniła przez cały czas trwania tego konfliktu pozycji zdecydowanie an-tyamerykańskich i Arabowie francuscy byli usatysfakcjonowani. Pytanie, któresobie zadaję, jest następujące: co by się działo we Francji, gdyby prezydent Chiraczajął takie stanowisko jak Aznar czy rząd polski albo angielski... Mielibyśmywalki uliczne; muzułmanie wyraziliby swój gniew o wiele gwałtowniej. Wojnaw Iraku pojednała w pewnym stopniu muzułmanów z Francją. Niektórzy przeciwnicy rzeczonej ustawy, na przykład dziennik „Le Monde", oskarżają rząd francuski o niekonsekwencję: jak możemy popierać sprawę arabską w kwestii wojnyw Iraku, a potem zwrócić przeciwko sobie wszystkich Arabów, wprowadzającustawę zabraniającą noszenia w szkołach chust islamskich? Oskarżenie to maw sobie coś groteskowego i potwornego zarazem: te dwa problemy nie są z tego samego porządku, a społeczeństwo Francji nie ma jako ostatecznego celu przy-pochlebiania się roszczeniom arabskim. Problemem istotniejszym jest fakt, iż weFrancji jesteśmy skonfrontowani ze wspólnotą arabską muzułmanów, która niezna niczego poza rewindykacjami. Fale wcześniejszej imigracji nie były tej samejnatury, towarzyszyły im przynajmniej dwa uczucia: wdzięczności i, ewentualnie,rewindykacji. W tym wypadku nie ma co mówić o jakiejkolwiek wdzięczności,co więcej - zastąpiła ją polityka bezwarunkowych roszczeń o uznanie. Ani śladuwdzięczności, wyłącznie wola bycia uznanym. Jest to wola bezgraniczna, którawyraża się noszeniem chust w szkołach czy choćby pierwszymi zwiastunamiżądań rewizji systemu nauczania: wymaga się od Francji, aby wyraziła poprzeznauczane treści skruchę za kolonizację; ten ostatni warunek stawiany jest corazwyraźniej. Gdzie się zatrzymamy? Jak ma żyć społeczeństwo, w którym napływający ciągle nowi imigranci dają tak dobitne dowody swojej niewdzięczności?
Może są to konsekwencje polityki, w której całymi latami mówiło się o prawach, nigdy zaś o obowiązkach?
Jest to idea mocno rozpowszechniona w świecie zachodnim: moralność dotyczyzaledwie praw człowieka, człowiek nie istnieje inaczej jak tylko poprzez ekspresjęprzynależnych mu praw. Przy tym taka dynamika moralności nabiera szczególniedramatycznego tonu w kontekście imigracji. Francja jest krajem, gdzie żyje sięobecnie z wyrzutami sumienia, i to obciążone sumienie wykarmiło resentymentpewnej liczby imigrantów, uzasadniło ich wrogość, uwierzytelniło ich niechęćdo Francji. Teraz zaś Francuzi stają wobec konsekwencji. Więc z jednej stronyantysemityzm, z drugiej - odrzucenie Francji wraz z jej kulturą. Konieczne jest,na tyle, na ile to możliwe, odwrócenie tego ruchu, przerwanie związku, któryzachodzi między sumieniem Francuzów a wrogością imigrantów. Ustawa jestśrodkiem do tego celu i żałuję niezmiernie, że zostało to tak źle zrozumiane.
Czy to nie za dużo - oczekiwać, że działanie mechaniczne, za pomocą ustawy prawnej rozwiąże problem?
Prawo jest natury symbolicznej, daje nam punkty odniesienia, wyznacza granicę między tym, co wolno, a tym, co jest zakazane. Ta granica jest konieczniepotrzebna nie po to, by zapobiec jej przekroczeniu, ale po to, aby przekroczenie było przeżywane jako przekroczenie. Dając ludziom Dekalog, Bóg nieoczekiwał, że odtąd nikt już nigdy nie będzie zabijał czy kradł - przykazaniamiały przypominać ludziom, że takie czyny są zabronione, że są przyczynązła, które człowiek sam sobie wyrządza. Taka jest funkcja Prawa: wobec nihilizmu postawy „wszystko jest sobie równe" przywrócić symboliczny ład.
A czy nie jest tak, że Francja poprzez oddalenie się od swoich chrześcijańskich korzeni wytworzyła pewną próżnię, w którą wkroczył islam?
Istnieje pewna pustka, nie możemy jednak przekreślić całej współczesnej historiiFrancji. Ta próżnia nie pojawiła się wtedy, gdy Francja przestała się uważać zanajstarszą córkę Kościoła. Francja umiała być Republiką otwartą, tolerancyjną,gościnną. Dzisiaj nie umie już nią być. To, co tak boli, to widok zmarnowaniadziedzictwa republikańskiego, rozpadu systemu szkolnictwa, który stanowił jeden z powodów chluby Francji, a który dziś niemalże przestał istnieć. Republikato decyzja, aby wszystko postawić na szkołę - dzisiaj szkoła wydana jest na pastwę nihilizmu społecznego, nie potrafi stawić czoła wymaganiom społecznym.I jedyny zarzut, który wypowiedziałbym pod adresem ustawy o chustach, to ten,że skupiła całą swoją uwagę na tym znaku (nie tylko) religijnym, nie angażującsię przy tym w odbudowę systemu szkolnictwa. Jestem pesymistą, potrzeba bowiem było, aby to wyzwanie chust islamskich przywróciło życie szkołom jakoświątyniom. To dzięki współzawodniczeniu z religią o monopol na dziedzinęsacrum i transcendencji kultura w Europie stała się wartością najwyższą.
Dziękuję za rozmowę.
