Fronda.pl: Co według Pana jest najważniejsze podczas Świąt Bożego Narodzenia, co katolik powinien z nich wynieść? Często wszak jako chrześcijanie nieco zapominamy, co tak naprawdę liczy się w Świętach, skupiamy się na choince, prezentach…

Dariusz Kowalski, aktor: Najważniejszy jest Ten, który przychodzi. To jest oczywiste, ale sedno tkwi w tym, jak zostanie przyjęty. Czy w ogóle zostanie przyjęty. Chwała Pańska oświeciła prostaczków. Oni oglądali Pana w pieluchach. Bo byli gotowi. Błogosławieni ubodzy w duchu, błogosławieni czystego serca. Oni będą oglądać Boga. Żeby go przyjąć, trzeba się więc jakoś przygotować, oczyścić serce. Przypomina mi się zdanie z „Pana Tadeusza”: „Więc nie dość gościa czekać, nie dość i zaprosić,/Trzeba czeladkę zebrać i stoły pownosić,/A przed ucztą potrzeba dom oczyścić z śmieci…”. Ogromnie ważne jest przygotowanie. Czas Adwentu. Czy sprowadzimy swoje serce do właściwego stanu, gotowości. Powiem szczerze, że odczuwam cały ten świąteczny zakupowy sztafaż prezentowy, promocyjno-okazyjno-przecenowo-perfumowy, jako coś uciążliwego. Ja rozumiem, że prezenty mają być wyrazem naszej miłości, szacunku do najbliższych, obserwuję jednak coś takiego, że to prezenty, zakupy stają się centrum świąt, jakąś swoistą religią.„W Wigilię każdy do żłobu się pchałby:/ w delikatesach ścisk, błoto i zaduch./Z powodu puszki kakaowej chałwy/ organizuje oblężenie lady /tłum objuczony, grożąc samosądem:/ każdy sam sobie królem i wielbłądem./Torby, pakunki, worki, siatki, tutki,/czapki, krawaty, przekrzywione na bok (…)”. To cytat z wiersza Josifa Brodskiego pt. „24 grudnia 1971 roku”. Dalej czytamy: „(…) nie ma bydlątek, żłobu, ni tej Pani,/ nad której głową nimb złoty się pali (…)”.

Genialny tekst, wraca do mnie zawsze przed Świętami. Idę przez miasto, wszędzie jakieś łosie, papugi, świetlne pawie i lokomotywy, wszędzie „Wesołych Świąt”, ale jakich świąt? To są jakieś święta zakupów. Nawet choinkę coraz trudniej zobaczyć, w sklepach kolęd nie słychać, choć to akurat dobrze, bo Adwent to jeszcze nie czas na kolędy… Dalej Brodski: „Kto zaś nadchodzi - dowiesz się dopiero:/nikt jeszcze nie wie, i gdy to się zdarzy,/może nie pozna nikt przybysza twarzy”. Właśnie. Cała istota świąt została jakby wypchnięta, pozostały jedynie zakupy i cały ten szał: gonimy, gonimy, tylko po to, by na 2 dni zrobić przerwę - i dalej znowu to samo…? Trzy lata temu byłem na święta w Brukseli u mojej siostry. Tam w przestrzeni publicznej prawie w ogóle nie istniało coś takiego jak „Boże Narodzenie”. Przed kościołami stały co prawda szopki, ale poza tym tylko jakieś gwiazdki, jelenie, łosie, czerwone krasnale z workami. U nas zaczyna to wyglądać podobnie.

Sądzi Pan, że święta Bożego Narodzenia mogą być dla kogoś momentem, w którym dokona się w nim nawrócenie, powrót do Chrystusa? Ciężko Go bowiem zauważyć między jednym prezentem a drugim.

Można by powiedzieć: jeśli nie w takiej chwili, to kiedy…? Wzięcie na ręce niemowlęcia i przytulenie go, to jest naturalny odruch… Ale serce musi być jakoś przygotowane, pokorne, gotowe się otworzyć. Pan Bóg niczego nie robi na siłę, nie olśniewa majestatem, nie narzuca się. Przyszedł na świat najdelikatniej, najbiedniej, jak było można. Na uboczu, w stajni, nocą. Jeśli masz w sercu noc i odczuwasz ciemność - wypatruj Gwiazdy i pozwól się jej poprowadzić! Św. Jan od Krzyża mówił, że ciemna noc może być łaską, pomocą do wyjścia z niewoli do wolności dziecka bożego. Właśnie sobie wyobraziłem, bo stoję wysoko na wiadukcie i patrzę z góry na miasto („miasto - złocony kraniec przepaści” – tym razem Norwid), że gdyby zgasić te wszystkie światła, te iluminacje kłamliwe, sztuczne, w ciemności mielibyśmy większą szansę na to, żeby dostrzec Gwiazdę. Ostatnio wydaje mi się, że zbierają się nad światem ciemne chmury. Obserwując rzeczywistość polityczną, to, co się dzieje daleko i blisko, mam wrażenie zacieśniania się horyzontu. Żadna elektrownia nie rozświetli tego mroku. Podobnie jak mroku duszy. Ale może właśnie ten mrok jest potrzebny po to, żebyśmy lepiej dostrzegli światło Gwiazdy? Tej samej, która prowadziła Mędrców do żłóbka betlejemskiego? Do jedynej prawdziwej nadziei? Jest głęboka prawda w stwierdzeniu św. Augustyna, że serce ludzkie nie zazna spokoju, póki nie spocznie w Bogu.

Atmosfera w naszym kraju ostatnio, mówiąc delikatnie, nie należy do najlepszych. Czego my, Polacy, powinniśmy sobie w te święta najbardziej życzyć?

Żebyśmy czuli się wspólnotą. Za każdym razem, kiedy po pobycie za granicą słyszę, jak stewardesa na pokładzie samolotu wita pasażerów po polsku, czuję lekkie ukłucie w sercu. Wracam do domu. A zatem – żebyśmy poczuli się mieszkańcami jednego domu, tak po prostu. My, ludzie o różnych poglądach, o różnym spojrzeniu na świat. Nie szukajmy na siłę tego, co nas dzieli. Każdy ma prawo po swojemu rozumieć dobro wspólne. Szanujmy drugiego człowieka, szanujmy jego odrębność, jego sposób pojmowania świata. Tak jak w rodzinie pewne zachowania są nie do przyjęcia – nikt nie kładzie nóg na stole, nie uczy dzieci przeklinać - tak powinniśmy respektować pewne normy w życiu społecznym. Przez szacunek dla drugiego człowieka pewnych rzeczy po prostu się nie robi. To jest oczywiste. Życzmy więc sobie wzajemnego szacunku, bo bez tego niemożliwe jest poczucie wspólnoty. To naprawdę piękne, kiedy ludzie potrafią ze sobą rozmawiać bez zacietrzewienia. Od pewnego czasu, mając przed sobą człowieka, którego zdanie, światopogląd, są odmienne od mojego, staram się znaleźć jakieś wspólne rejony, rzeczy, które nas łączą, kawałki suchego, stałego gruntu na bagiennym podłożu, żeby można było na czymś się oprzeć. Na czymś budować porozumienie. Znów zacytuję mojego ukochanego Norwida: „Gdy szukasz nieprzyjaciół twoich nieprzyjaciół,/To szukasz tylko ostrza, żebyś w ranę zaciął,/I nie jesteś z miłości ogólnego ducha,/Lecz z ducha partii, który, co pochlebne, słucha./Szukaj swoich przyjaciół, dla innych miej męstwo!/Miłość nie bitwą żyje, życiem jej zwycięstwo”. Jestem przekonany, że w sercu każdego Polaka jest coś, co jest wspólne dla wszystkich. Jakaś „wspólna część dla różnych zbiorów”, czy też suma zbiorów – tak to chyba określa matematyka? Zbiór wspólnych wartości, no i pewien kod kulturowy, który pozwala nam się porozumieć na absolutnie podstawowym, fundamentalnym poziomie. Życzmy więc sobie, żebyśmy my, Polacy, umieli z tego korzystać, odwoływać się do tego, co nas łączy.

Pamiętam, jak kiedyś moja córka przyszła ze szkoły, usiadła przede mną przy stole i odezwała się w te słowa: „wpłynąłem na suchego przestwór oceanu”. I patrzy na mnie. Na co ja oczywiście od razu: „wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi…” i dalej w Stepy Akermańskie! To samo doświadczenie powtórzyła z żoną. Efekt był taki sam. Polonistka w szkole powiedziała dzieciom, żeby podeszły do rodziców z tym zdaniem i zobaczyły, co będzie dalej. I dzieci nie mogły wyjść z podziwu, że w każdym przypadku dostawały tę samą odpowiedź – dokładnie tak, jak przewidziała nauczycielka! Istnieje coś takiego: kod kulturowy, alfabet polskości. Mamy się do czego odwoływać. „Kto ty jesteś…?” Znasz odpowiedź, masz ją pod skórą. Postarajmy się ocalić to poczucie wspólnoty, bo mam wrażenie, że jest ono coraz bardziej zagrożone, jakby ten „zbiór wspólny” coraz bardziej się kurczył… . Przecież przez wieki budowano tę wspólnotę, wypracowując mozolnie jej podstawy i naprawdę wiele nas kosztowało, żeby ją ocalić, żeby przetrwać jako naród. Mając tego świadomość, teraz musimy uważać z podkładaniem „materiałów wybuchowych”, żeby z czasem nie okazało się, że wysadziliśmy ostatnie fundamenty i już nic nie da się odbudować. Życzmy więc sobie także poczucia odpowiedzialności.

Dziękujemy za rozmowę.

XII 2016