M.K. jest mieszkanką Krakowa, gdzie pracuje w jednej z dużych firm. Jej nazwisko jest znane redakcji, M.K. zapowiada również, że gotowa jest w tej sprawie złożyć zeznania w sądzie.
Fronda.pl: Była pani świadkiem "bójki pod Jasną Górą". "Gazeta Wyborcza" twierdzi, że ojciec Piotr Andrukiewicz związany z Radiem Maryja zaatakował wrogiego rozgłośni blogera Rafała Maszkowskiego. Jak to wyglądało?
MK: Na początku nie bardzo rozumiałam o co chodzi. Wybraliśmy się z mężem z Krakowa na mszę. Oboje słuchamy czasem „Rozmów niedokończonych” w Radiu Maryja, więc przy okazji chcieliśmy zobaczyć jak wyglądają młodzi słuchacze tej rozgłośni. Na błoniach przed Klasztorem stał człowiek - rozdawał ulotki. Jednak osób rozdających różne materiały było więcej, więc nie zwróciliśmy uwagi na to co jest napisane na kartce. Schowaliśmy je. Potem - już prawie przy scenie muzycznej – zaczęłam czytać tę ulotkę. Wyglądało to jak jakaś prowokacja: ktoś przyjeżdża na zjazd Radia Maryja i wręcza rzeczy krytykujące ojca Rydzyka. To tak jakby przyjść do czyjegoś domu i źle wyrażać się o domownikach. Spytałam się męża co według niego powinniśmy zrobić. Zdecydowaliśmy, że zgłosimy to do organizatorów. Przy stoisku z książkami znaleźliśmy miłą blondynkę w czerwonej kurtce.
Tę o której "Gazeta" później napisała "tleniona blondynka"?
Prawdopodobnie to właśnie ta osoba. My ją sprowadziliśmy i gdy tylko podeszła do pana z ulotkami zobaczyłam coś niesamowitego. Nagle wokół zrobiła się wrzawa, ludzie z kamerą rzucili się do miejsca incydentu, a spod ziemi wyrósł nagle fotoreporter. Jakby tylko czekali na ten moment. Te kilka sekund uświadomiło mi jaką rolę odgrywa tam ten pan z ulotkami.
Dużo było dziennikarzy i fotografów?
Na początku w ogóle nie rozumiałam o co chodzi. Potem gdy kilkukrotnych prośbach organizatorów ten pan odmówił opuszczenia placu i dalej rozdawał ulotki, przyjrzałam mu się dokładniej. Wyglądał jak jeden z pielgrzymów, miał jakiś plecak, rozpiętą koszulę pod szyją. Obok niego cały czas stała kobieta w liliowej sukience i jakiś chłopak. Miał aparat, a ona miała notes. Kiedy tylko ktoś podchodził do tego pana z ulotkami, zaczynała się przysłuchiwać i notować. Potem się dowiedziałam, że to miejscowa korespondentka "Gazety Wyborczej". Organizatorzy ją rozpoznali.
Jak wyglądał sam incydent z udziałem ojca Andrukiewicza?
Widzieliśmy go z kilkunastu – może kilkudziesięciu - metrów: po całym tym zamieszaniu „z blondynką” poszliśmy na spacer żeby się uspokoić. Z głównego kościoła wyszliśmy na wały (mur) by z góry popatrzeć na tłum młodzieży. Jakież było nasze zdziwienie kiedy tam na wałach stała ta sama ekipa z kamerą, która wcześniej kręciła spotkanie ulotkarza z blondynką. Tym razem od góry kręcili pana z ulotkami. Potem się dowiedziałam, że to pan Aro Korol – już po przeczytaniu jednego z tekstów gazety weszłam na jego stronę internetową. Razem z nim było jeszcze dwóch młodych chłopaków. Wszyscy ubrani na czarno, dość elegancko. Wyróżniali się z tłumu. Obserwowaliśmy sobie ich spokojnie kiedy nagle zauważyliśmy, że do ulotkarza podchodzi o. Andrukiewicz. Na to, cała ekipa szybko zerwała się z miejsc, skierowała kamerę w kierunku księdza i zaczęła filmować. Trwało to dosłownie kilka sekund zanim mój mąż zrozumiał, że to jest pułapka. Podbiegł do nich i zasłonił im obiektyw kamery. Ja ruszyłam za nim, w jakimś instynkcie obrony. Najwyższy z nich – chyba Korol - złapał męża za rękę, ale chwilę później puścił i krzyknął "kręćcie go" – chyba w nadziei na drakę. Myśleli, że mój mąż da się sprowokować i będą mieć scenę agresywnego „moherowego bereta”. Oczywiście nic z tego.
Jak to się skończyło?
Scena z księdzem?
Tak.
Po tym jak u nas - na „wale” - akcja się zakończyła, ekipa telewizyjna pozbierała sprzęt i jak gdyby nigdy nic odeszła. Z pewnością nie kręcili już tego co działo się na dole – pewnie zostaliby gdyby było coś ciekawego. Jak poszli zerknęliśmy na dół, tam już księdza nie było. Nawet nie pamiętam czy ulotkarz nadal tam stał. Jestem na 99 proc. pewna, że ekipa Korola – oprócz pierwszych kilku sekund - nie ma żadnego ujęcia z rozmowy Maszkowskiego z o. Andrukiewiczem. A jeśli mają, to z pewnością z nami na pierwszym planie. Nie widzieli nic więcej.
Czy to prawda, że o. Andrukiewicz rzucił się na blogera z pięściami?
Jak wspomniałam, widziałam tylko początek sceny, bo potem zajęliśmy się panami w czerni. Widziałam tylko jak ksiądz podszedł do Maszkowskiego i zaczął z nim rozmawiać, próbując jednocześnie wyciągnąć mu ulotki z dłoni. Bicia absolutnie nie było, a jeśli by było to musiałoby trwać zaledwie kilka sekund – bo po kilkunastu sekundach już nie było po nim śladu (tyle trwało nasze przepychanie z kamerą na wałach). Ksiądz musiałby być więc szybszy od Bruce’a Lee i Chucka Norrisa w jednym.
Czy o. Andrukiewicz zniszczył mikrofon?
Z tego co czytałam - pan Korol tak twierdzi. Ale nie mógł widzieć takich szczegółów, bo w tym czasie próbował pozbyć się dłoni mojego męża z obiektywu. Po jego minie i nerwach było widać, że „uciekło” mu sprzed nosa najlepsze ujęcie na jakie czekał zapewne cały dzień. On, jak i my staliśmy w znacznej odległości od całego incydentu.
Czy to był koniec awantury?
Później już był spokój, nic nie widziałam. My już zeszliśmy z wałów. Zbyt się zdenerwowaliśmy tą sytuacją. Wtedy dopiero zaczęłam sobie odtwarzać całe zdarzenie. Jak teraz na to patrzę, to wyglądało jakby Korol z ekipą i "Gazetą Wyborczą" krążyli po placu i czekali aż się zacznie rozróba. Widać to było po każdym ich kroku – dziennikarka i fotoreporter nie odstępowali ulotkarza nawet na krok. Ktokolwiek podchodził do niego, to uszy na sztorc, notes w rękę, aparat i kamera wycelowane. Chcę jeszcze dodać, że to chyba nie była jedyna pułapka jaką przygotowali.
Nie rozumiem.
W odległości kilkuset metrów od pana z ulotkami – bliżej pomnika Prymasa Wyszyńskiego - stały dwie młode dziewczyny. Były ubrane wyjątkowo niestosownie jak na to miejsce. Od razu było widać, że coś jest nie tak. Pielgrzymka, jacyś młodzi, w sumie zimno, a tam dwie panny wystrojone jak na dyskotekę. Tlenione włosy, różowe bluzeczki, dekolty, mało kto tak chodzi na Jasną Górę. Kiedy je zobaczyłam ucieszyłam się tylko, że pozory tak mogą mylić i że dziewczyny, które bardziej wyglądały na bywalczynie dyskotek, przyjechały pomodlić się na Jasnej Górze. Dopiero potem przyszło mi do głowy (ale podkreślam, że to tylko moje przypuszczenie), że gdyby nie wypaliło z ulotkami, to miały one stanowić kolejne ognisko zapalne. Ekipa czekała, aż ktoś będzie próbował zwrócić im uwagę. Trochę nerwów, min i już wymarzone ujęcie gotowe. Takie prowokacje znamy z telewizji – nie tylko z filmów.
Nikt ich nie wyprosił.
Nie wiem. Widziałam je tylko przez chwilę. Jakoś dopiero później skojarzyłam ich możliwe powiązanie z całą sytuacją.
Czy jest pani pewna, że osoby, które pani widziała z kamerą i z notesem to Aro Korol i korespondentka "GW"?
Jestem całkowicie pewna, że był to pan Korol. Pani Steinhagen nigdy wcześniej nie widziałam. Od studentów WSKSiM dowiedziałam się, że towarzyszka ulotkarza jest z „Gazety Wyborczej”. Dopiero po przeczytaniu artykułu domyśliłam się, że to właśnie ta pani błysnęła „rzetelnością” dziennikarską w artykule "Wyborczej". Później, kiedy wracaliśmy już do samochodu widzieliśmy całą ekipę w ogródku piwnym. Siedzieli sobie zadowoleni ze swojej „roboty”.
Czy bloger Rafał Maszkowski, ten od ulotek, siedział razem z nimi w ogródku piwnym?
Nie widziałam go. W knajpie było trochę ludzi, a ja zwróciłam uwagę na Korola i jego ekipę oraz na dziennikarkę. Był tam chyba również ten fotograf, ale tego już nie jestem pewna. Z resztą pewnie można odczytać zapisy monitoringu restauracji.
Wrócili państwo do Krakowa. I co dalej?
Następnego dnia zobaczyłam relację w portalu gazeta.pl, która oparta była na oczywistym kłamstwie. Zastanowiliśmy się co robić kiedy ktoś ze znajomych podpowiedział nam, że powinniśmy zaoferować pomoc w tej sprawie i opowiedzieć o tym co widzieliśmy. Zadzwoniliśmy do Radia Maryja i zostawiliśmy swoje namiary. Ojciec Andrukiewicz zadzwonił do nas wieczorem tego samego dnia.
Co mu państwo powiedzieli?
Że jesteśmy w stanie opowiedzieć jak było. Teraz możemy to tylko powtórzyć. Według nas żadne gazeta nie może sobie pozwolić na manipulację. Ta była bardzo przewidywalna i wyjątkowo mało subtelna. Bardzo wyraźnie pokazała jak należy traktować medium, które się jej dopuściło, a także jak interpretować inne sytuacje – „fakty medialne” – z przeszłości, dotyczące tej rozgłośni, a podejmowane na łamach "Gazety Wyborczej". I – o zgrozo – w ciemno kopiowane przez inne redakcje.
Rozmawiał Piotr Pałka
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »
