Jak nietrudno się domyśleć Kozłowska-Rajewicz nie zgadza się z Kościołem w sprawie zapłodnienia in vitro i rejestrowania konkubinatów. W obu przypadkach pani poseł wie lepiej niż Kościół i Ojciec święty, któremu – jeśli rzeczywiście uważa się za katoliczkę – jest winna posłuszeństwo w sprawach wiary i moralności, i to nawet wówczas, gdy sprawa dotyczy nauczania zwyczajnego, a nie nieomylnego wypowiadanego ex cathedra. To wszystko jednak Kozłowskiej-Rajewicz nie przeszkadza, bo ona przecież wie lepiej, i zawsze może pomodlić się w domu.

 

- Hierarchowie kościelni nie mają monopolu na rację. Mam prawo mieć własne zdanie, oceniać, co jest dobre, a co złe. Nie zawsze zgadzam się z tym, co mówią biskupi. Np. argumenty, które hierarchowie formułują o in vitro, są dla mnie nie do przyjęcia, bo ignorują lub zniekształcają biologiczne i medyczne fakty. Jestem biologiem, więc argumenty niezgodne z wiedzą odrzucam – mówi Kozłowska-Rajewicz w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”. Niestety pani poseł nie wyjaśnia, w jakiż to cudowny sposób z biologii wyprowadza ona ocenę tego, co jest dobre, a co złe. Biologia może jej, co najwyżej pokazać, jak działa metoda in vitro, ale nie to, czy jest dobra czy zła. Polityk PO nie wskazała również, jakież to argumenty Kościoła są niezgodne z wiedzą naukową. Nie jest też jasne, dlaczego mimo, że polityk przyznaje, że ma w głębokim poważaniu nauczanie Kościoła w ważnych kwestiach, to nadal uznaje się za katoliczkę.

 

Jeszcze mocniej ignorancje posłanki PO wskazują inne jej wypowiedzi. Na przykład, gdy lekceważąco traktuje ona możliwość ekskomuniki, przekonując, że jak wyrzucą ją z Kościoła, to ona „pomodli się w domu”. Zupełne niezrozumienie znaczenia publicznego aktu odrzucenia wiary (a tym byłoby głosowanie za in vitro czy związkami partnerskimi) pokazuje też wypowiedź, w której posłanka przekonuje, że nie powinna być ekskomunikowana, bo wraz z nią ekskomunikowane musiałoby być 70 procent społeczeństwa... Pani poseł mogłaby zrozumieć, że po pierwsze w Kościele nie ma demokracji, i czasem większość nie ma racji, a po drugie, że jest różnica między prywatnym wyznawaniem błędnych poglądów (choć trzeba dążyć do ich zmiany), a ich publicznym manifestowaniem i popieraniem w pracy polityka.

 

TPT/Gazeta Wyborcza