Chyba wszyscy komentatorzy, publicyści, politycy i większość społeczeństwa musi przyznać, że najistotniejszym wydarzeniem mijającego roku była katastrofa TU-154 w Smoleńsku i śmierć politycznej, religijnej i wojskowej elity naszego kraju na czele z parą prezydencką. Wydarzenie bez precedensu i na długo wytyczające linie podziału sporu politycznego w naszym kraju. Ta makabryczna katastrofa ( choć pewnie zaraz dostanę gonga od forumowiczów, że nie piszę „zamach”) przyćmiła bez wątpienia wszystkie inne wydarzenia ostatniego roku. Od 10 kwietnia Polska nie jest tym samym krajem. Nasza scena polityczna spolaryzowała się i nowy podział postawił „kropkę nad i” nad końcem walki postkomuny z solidaruchami. 10/04 jest nowym otwarciem w polskiej polityce. Jest czymś takim jak 9/11 dla cywilizacji zachodniej i jej przyszłego kształtu. Niestety fatalna decyzja rządu o oddaniu Rosjanom monopolu na prowadzenie śledztwa w sprawie katastrofy, kompromitujące fakty z nim związane, kręcenie Rosjan, chwiejna postawa premiera w sprawie raportu MAK i cała masa innych nieprawidłowości związanych z 10/04 czyni tę katastrofę przedsmakiem czegoś gorszego.
Zastanawiałem się co było największą porażką polityczną ostatniego roku. Tak naprawdę można by śmiało stwierdzić, że cała polityka rządu to jedna wielka porażka. Podwyżka podatków, totalna zapaść kolei ( oczywiście do tego się przyczynił każdy rząd III RP, ale „liberałowie” znają receptę na to co się dzieje w tym socjalistycznym bagnie i jej nie wprowadzają w życie), powiększająca się dziura budżetowa, antyrodzinna ustawa i w końcu katastrofa smoleńska to rzeczy, za które odpowiedzialni są rządzący, którzy zamiast reformować państwo, każą nam żyć w pijarowym matrixie. Jednak te wszystkie działania ( a właściwie ich brak) bledną przy śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego i późniejszej kampanii wyborczej, która na jej skutek szybciej się miała miejsce. A więc co było największą porażką mijającego roku? Według mnie- politycy. I chodzi mi o polityków wszystkich opcji a w szczególności PO i PiS-u. Jednak to nie oni przegrali rok 2010. Przegranym jest nasze społeczeństwo.
Katastrofa smoleńska, która zdarzyła się w takim miejscu i czasie nie była zwykłym przypadkiem. W moim głębokim przekonaniu było to swoiste pokazanie nam do czego prowadzi bawienie się państwem jak zabawką w piaskownicy i czym może skończyć się osobisty spór demokratycznie wybranych polityków, którzy partyjne interesy przekładają ponad dobro obywateli. Oczywiście demokracja jest ustrojem, w którym hieny sprawują rządy nad osłami (jak mawiał Arystoteles) i mężowie stanu są przez nią doceniani bardzo rzadko. Jednak polska wersja demokratycznej totalnej wojny domowej głównych partii politycznych (za pieniądze podatników- przypominam), przekroczyła już granicę absurdalności. Katastrofa smoleńska mogłaby stać się katharsis zarówno dla przegrzanych łbów prezesów partii mających w oczach wyłącznie dobro swoich ugrupowań jak i ich bałwochwalczo oddanych zwolenników, którzy jak pacynki na sznurkach gotowi są zabić ( co okazało się dosłowne) bliźniego w barwach wroga. Niestety po pierwszym wybuchu zbiorowej żałoby, która w cudowny sposób objawiła się pod Pałacem Prezydenckim i w całym kraju wszystko poszło się ….jak mawia mój znajomy. Ja zresztą nie byłem tym zaskoczony. Przecież dokładnie to samo stało się po śmierci Jana Pawła II. Spór demokratów miał wraz z pojawieniem się mitycznego pokolenia JPII ( na którym hajs chciał zbić facet od penisa i świńskiego łba) nagle wygasnąć i wszyscy mieli się złapać za ręce i śpiewać „Heal the Word”. I co? I nic. Dlaczego więc miałoby stać się to po śmierci polityka zanurzonego w polityczny spór po uszy i nie będącego nawet w ułamku tak poważanym jak papież? Jednak szansa na to była. I pokazali to szczerze cierpiący ludzie, którzy czuli potrzebę oddania hołdu tragicznie zmarłym w Smoleńsku oraz obrzydzanej w nikczemny sposób przez media parze prezydenckiej. Zresztą pokazał to, zdemonizowany do granic absurdu, film „Solidarni 2010”.
„Tylko polegli widzą koniec wojny”- mówi stare przysłowie. Niestety żadnej ze stron koniec wojny się nie opłacał. Donald Tusk ze swoją ferajną musiał być przerażony widokiem tysięcy ludzi, którzy stawiali znicze na ulicach całego kraju. Musiał wyglądać jak Tommy Lee Jones w „Urodzonych mordercach”, który bezradnie przyglądał się buntowi w prowadzonym przez siebie więzieniu. Pamiętacie tę twarz? Taki widok Tuska musi być bezcenny. Z drugiej strony cyniczni gracze w PiS-ie ( nie piszę o Jarosławie Kaczyńskim, którego nie podejrzewam by wtedy myślał o tym jak załatwić „zdrajców z krwią na rękach”) zapewne zastanawiali się jak wykorzystać tłum do walki z rządem. W końcu dziś słyszymy o niewykorzystanych makiavielicznych pomysłach „czarnego miasteczka” przed kancelarią premiera. Macherzy od propagandy z PO musieli więc zrobić wszystko by obrzydzić Polakom modlących się pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu. Jak lepiej można to było zrobić niż poprzez rozgrzanie tych ludzi do czerwoności zaprzęgając do tego przyjazne media? Po słowach prezydenta Komorowskiego o potrzebie szybkiego przeniesienia krzyża, nagle na ekranach telewizorów miejsce rozmodlonego tłumu zajęli „brzydcy” ludzie krzyczący o UB, gestapo i krwi na rękach premiera. Dla polityków PO taki wizerunek ludzi pod krzyżem był idealny. Mnie natomiast zadziwił Jarosław Kaczyński, który dał się dziecinnie rozegrać przez pijarowców PO. Musiał wiedzieć, że jego fantastyczna kampania wyborcza, która dała mu prawie zwycięstwo w wyborach prezydenckich musiała przerazić Tuska i jego wizerunek, który mógł dać PiS-owi zwycięstwo w przyszłych wyborach parlamentarnych wadził rządowi. Jednak niedługo po końcu kampanii dowiedzieliśmy się, że była ona prowadzona „na prochach” zaś gra Smoleńskiem byłaby bardziej skuteczna. Niestety tezie tej przeczą topniejące obecnie sondaże Prawa i Sprawiedliwości i powolny zmierzch tej partii.Oczywiście Jarosław Kaczyński również pozostawił przy sobie wiernych pretorian, którzy do upadłego będą walczyć z tym go wskaże prezes. Szkoda tylko, że nie nadają się oni zupełnie ( może poza Kurskim) do mediów, bez których wygrać się dziś wyborów nie da.
Najsmutniejsze jest jednak to, że do tej wojny zaprzęgnięci zostali zwykli obywatele, pisarze czy ludzie kultury. Nie piszę o dziennikarzach bo oni są razem z politykami odpowiedzialni są za budowanie tej złowrogiej „narracji” konfliktu, który spowodował, że każdy kto ośmieli się napisać, że może nie tylko piloci i Kaczyński z Błasikiem są winni katastrofy a Rosjanie mogą chcieć ukryć swoje grzechy jest wpychany do szufladki z napisem „oszołom od teorii spiskowych”. Natomiast z drugiej strony gdy ktoś pozwoli sobie poddać wątpliwość zamachu na Lecha Kaczyńskiego jest nazywany propagandystą Gazety Wyborczej. To tylko początek tego etapu wojny. Jak będzie dalej? Oddam głos komuś kto lepiej to już napisał. „ Przed wyborami zostanie podjęta próba zmiany przepisów w konstytucji, która pozwoli na wprowadzenie przepisu zakazującego wystąpień z mównicy sejmowej przedstawicielom opozycji. Te zmiany postara się jednak zablokować Klub Polska Jest Najważniejsza, powołując się na przekonanie, że Lech Kaczyński nie byłby z tego zadowolony, a to przecież PJN niesie sztandar pamięci po prezydencie.. […'/>Janusz Palikot wezwie swoich zwolenników do zorganizowania wielkiego happeningu w obronie demokracji. "Każdy, kto uważa, że w Polsce potrzebna jest normalność, powinien w rocznicę 10 kwietnia stanąć na głównej ulicy swego miasta i publicznie sikać na odległość" – oświadczy Palikot w programie Moniki Olejnik. "Proszę Dominika Tarasa oraz Kamila Sipowicza, by w rocznicę szczęśliwego zakończenia prezydentury Lecha Kaczyńskiego w centrum Warszawy pokazali, że można sikać normalnym, wyzwolonym moczem na odległość dwóch metrów. Że żyjemy w wolnym kraju, że nasz mocz nie ominie spasłych brzuchów biskupów, a nawet płaskiego brzucha Donalda Tuska!". […'/> Jarosław Kaczyński wobec tego ujawni publicznie KPP-owską przeszłość stryjecznej babci posła z Biłgoraja i wspólnie z Antonim Macierewiczem zażąda powołania komisji śledczej do zbadania, kto przygotowywał trumny do pogrzebów po katastrofie smoleńskiej. "Gazeta Polska" postawi pytanie, z jakiego kraju pochodziło drewno na trumny i dlaczego w konduktach pogrzebowych jechały samochody marki Mercedes. Klub Parlamentarny Prawa i Sprawiedliwości wniesie, by zbadać, czy dwururki wiszące w chałupie Bronisława Komorowskiego w Budzie Ruskiej nie noszą śladów prochu używanego wczesną wiosną 2010 roku.” – pisał Igor Janke.
A przegranym będą Polacy nienawidzący się coraz bardziej bo demokratycznie wybrani panowie lubią bawić się zapałkami i zabieraniem sobie samolotu. To jednak optymistyczna wersja. Gorzej jak znów ktoś kogoś zastrzeli albo spadnie kolejny Tupolew.
Łukasz Adamski
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

