10 kwietnia 2010. Jadę samochodem do centrum handlowego kupić prezent żonie na urodziny i obejrzeć nowy film Martina Scorsese “Wyspa tajemnic”. Film ten opowiadający o paranoi, schizofrenii a może spisku mającym na celu eliminację jednostki już zawsze, o ironio, będzie się mi kojarzyć z tragedią Smoleńską. Nigdy nie dotarłem do kina. Film obejrzałem kilka miesięcy później na DVD.
To miał być spokojny dzień. Tak zapowiadał go w telewizji porannej Jarosław Kuźniar. Jednak z dziennikarskiego obowiązku słucham polityków jedzących śniadanie w Trójce. Rozmowa oczywiście o demokratycznych pierdołach. Już chcę włączyć sobie Tupaca, gdy nagle moją uwagę przyciągają słowa dziwnie brzmiącej Beaty Michniewicz. „Samolot z parą prezydencką na pokładzie roztrzaskał się pod Smoleńskiem”. Co jest, k… - myślę sobie? Serce podeszło pod gardło. - Pewnie nic takiego się nie stało. Prezydenci nie giną w katastrofach. Jak zwykle żurnaliści podkręcają newsa o twardym lądowaniu pewnie - pocieszam się w myślach. Wysiadam w centrum handlowym. Dzwoni moja żona: "Samolot się rozwalił. Wracaj do domu" - mówi. Dzwonię do mojego przyjaciela Grześka Wierzchołowskiego z „Gazety Polskiej”, który zresztą później ujawni wiele faktów dotyczących katastrofy, zamiatanych pod dywan przez mainstreamowe media. Zaczyna mi wymieniać, kto leciał samolotem. Kochanowski, Kurtyka, Przewoźnik, Szmajdziński, Putra, Kaczorowski, Wasserman, Karpiniuk, Szczygło, cała generalicja, duchowni, potomkowie zamordowanych w Katyniu, urzędnicy… Nie wierzę w to, co słyszę. Przecież Szczygło w piątek odznaczał mojego kumpla Wojtka Ciesielskiego prezydenckim odznaczeniem… Nawet szukałem jakiejś fajnej fotki na portal Debata. - Dziś będę musiał dać ją na portalu w czerni i bieli - pomyślałem. Już wiem, jak ten dzień będzie wyglądał. „Wyspa tajemnic” staje się całym „kontynentem tajemnic”. Mówię do młodego chłopaka stojącego kolo mnie w sklepie, że prezydent nie żyje. Jego reakcja była dosyć znamienna dla tego, co zdarzyło się później. Najpierw zrobił wielkie oczy, a później się nerwowo zaśmiał.
Tego dnia musiałem kilkakrotnie jechać samochodem. Lista nazwisk tragicznie zmarłych w katastrofie, którą na okrągło czytano w radiostacjach, za każdym razem robiła coraz większe wrażenie. Chyba dopiero kilka tygodni po katastrofie doszło do mnie, jakich ludzi straciliśmy.
Moja pierwsza myśl po katastrofie? Palec Boży. Może w końcu świat dowie się, czym był Katyń, może w końcu debata polityczna w Polsce będzie wyglądać poważnie i przestanie być osobistą wojną „Kaczor vs Donald”. Skoro ewangelia śmierci Jana Pawła II nas nie pogodziła to może choć troszkę uda się to kolejnemu rozdziałowi tej ewangelii, który miał miejsce 10 kwietnia. Początek był obiecujący. Tysiące ludzi na Krakowskim Przedmieściu, palące się znicze w całym kraju, ludzie rzucający kwiatami na trasie przejazdu 96 czarnych limuzyn z trumnami, którymi wrócili ci, którzy wieczorem 10 kwietnia mieli zasiąść do kolacji z rodziną, pobawić się z dziećmi i utulić je do snu, kochać się z małżonkami… Piękny obraz zjednoczonego w bólu narodu.
Nie wiem dlaczego, ale nie wierzyłem w trwałość tej solidarności. Czułem nawet lekkie zażenowanie patrząc na płaczących Polaków, którzy jeszcze dzień wcześniej szydzili sobie z kurdupla prezydenta. „Tacy jesteście durni, że jak Lis z Olejnik zapłaczą na wizji to i wam się to udziela”- pomyślałem sobie. Te wrażenie nie opuściło mnie tak naprawdę do dziś. Miłość do prezydenta Kaczyńskiego zdaje się ,że prysnęła w momencie gdy przestały ją lansować media. Awantura na Krakowskim Przedmieściu to tylko potwierdziła. Pokolenie JP II znów założyło koszulki z napisem „Nie płakałem po papieżu”. I dobrze o tym wiedzieli pijarowcy naszych, pożal się Boże, polityków, którzy natychmiast włożyli kij w mrowisko rozpętując awanturę. Nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, media przestały pokazywać uśmiechniętą parę prezydencką i zaczęły wybierać z tłumu pod krzyżem jakiś nielicznych frustratów krzyczących o UB i gestapo. Jarosław Kaczyński z Hioba polskiej polityki stał się Mussolinim z pochodnią w ręku. Wszystko wróciło do stanu sprzed 10 kwietnia. Ten podział nawet się pogłębił czego sam doświadczyłem na forach internetowych dostając bęcki za teksty, które nie były wystarczająco mocno pisowsko- ortodoksyjne. Ten podział zresztą przebiegł wzdłuż tej samej linii, która towarzyszy nam od wielu lat. Ci, którzy zawsze gardzili PiS-em ślepo wierzą w naciski prezydenta Kaczyńskiego, który zabrał ze sobą na pokład całą generalicję, naciskał na pilotów i ma krew na rękach. Natomiast ci, którzy gardzą PO, bez żadnych dowodów mówią o spisku Komoruskiego i POstkomunistow oraz krwi na rękach Tuska. Jedni dzwonią wciąż do Radia Maryja, drudzy do Szkła Kontaktowego. Zmianą jest to, że ich język jest brutalniejszy.
Katastrofa w Smoleńsku musiała się chyba wydarzyć nie tylko po to by uświadomić opinii publicznej na zachodzie czym jest Katyń. Ona miała również pokazać coś Polakom. Ujawniła w jakim żałosnym, obciachowym i słabym państwie żyjemy. Prof. Krasnodębski napisał ,ze Polska jest jak ten Tupolew. To wypacykowany grat. Smoleńsk 2010 pokazał, że jesteśmy krajem, który nie potrafi uchronić przed katastrofą własnego prezydenta i całej generalicji. Ta katastrofa powinna nam uświadomić, że komunistyczna mentalność wciąż tkwi w nas samych i traktujemy każdą dziedzinę naszego życia jak PRL-owskie bloki, które są wszystkich więc niczyje. Jest to dokładna odwrotność idei republikańskiej. I winę za ten stan rzeczy ponoszą wszystkie ekipy rządzące po 1989 roku.
Dziś słyszymy, że ludzie „rzygają już Smoleńskiem” i mają dosyć politycznej awantury wokół tej katastrofy. Przy okazji okazuje się, że większość Polaków nie wierzy w to, że kiedykolwiek poznamy prawdziwą przyczynę upadku Tupolewa. Jednak od Smoleńska nie uciekniemy. To właśnie ta katastrofa otworzyła nowy rozdział w naszej polityce. Z pewnością awantura na Krakowskim Przedmieściu obudziła demony tzw. zapateryzmu, które będą chciały przejąć władzę nad Polską ( to, że na razie wydaje się to niemożliwe - co pokazuje poparcie dla Palikota - nie znaczy, że tak zostanie zawsze). Niektórzy komentatorzy zwracają uwagę, że przez wydarzenia z 10 kwietnia Bronisław Komorowski został prezydentem. Nie zgadzam się z tym poglądem. Komorowski zapewne i tak by wygrał z Lechem Kaczyńskim bój o prezydenturę i to pewnie z lepszym wynikiem niż z jego bratem. Nic by nas nie uchroniło przed, moim zdaniem, najbardziej obciachowym prezydentem III RP.
Również następstwa katastrofy, raport MAK i fikcja wielkiej miłości Putina do Polski pokazała, że rządząca nami ekipa, która wydawała się być teflonowa, jest bandą nieudaczników, którzy nawet w dziedzinie pijaru nie dorastają Rosjanom do pięt. Niestety, Smoleńsk będzie się unosił nad naszą polityką przez następne lata. Zdominuje on pewnie każdą prawicową partię, która bez odwołania się do mitu Lecha Kaczyńskiego, który w moim głębokim przekonaniu był przeciętnym prezydentem (chociaż najlepszym w III RP), nie będzie miała szansy na egzystencję na scenie politycznej. Na tym wszystkim zyska zapewne lewica, która już odbudowuje swoją wielkość kosztem nieudolnych pozerów z PO.
Na razie jednak chciałbym, byśmy uczcili godnie 1 rocznicę śmierci 96 osób lecących Tupolewem oddać hołd zamordowanym 70 lat wcześniej polskim oficerom. Oddajmy im hołd i wspierajmy solidarnie przeżywające ból rodziny, które straciły w tej katastrofie bliskich. Po mordach znów będziemy sobie dawać 11 kwietnia.
Łukasz Adamski
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

