W tym samym okresie o połowę zwiększyła się natomiast liczba ateistów: z 24 proc. w 1982 r. do 42 proc. w 2012 r. Wysoki jest też odsetek osób, które deklarują brak jakiegokolwiek związku z Kościołem katolickim. Wśród młodzieży urodzonej po 1984 r. jest to aż 70 proc. Liliane Voyé, socjolog religii i emerytowana profesorka Uniwersytetu Katolickiego w Louvain przekonuje, że coraz więcej dzieci jest wychowywanych poza jakimkolwiek odniesieniem do Kościoła. Natomiast ks. Tommy Scholtès, rzecznik Konferencji Biskupów Belgijskich wśród powodów drastycznego zmalenia ilości wierzących Belgów wymienia dziedzictwo rewolucji seksualnej 68 roku  kryzys związany z przypadkami pedofilii wśród duchowieństwa, duży wzrost populacji muzułmańskiej i "ogólne poczucie pluralizmu i tolerancji". Według niego wszystko to sprawia, że "ludzie mają coraz mniejszą ochotę na wiązanie się z tym, co instytucjonalne". Duchowny dodaje, że na tendencja może się odwrócić, jednak zależeć to będzie od „jakości życia dzisiejszych chrześcijan, od jakości księży, od jakości odpowiedzialnych za wspólnoty, od jakości orędzia, jakie Kościół przekazuje".


Przykład Belgii pokazuje, że duchowa śmierć Europy nie jest wymysłem i nadchodzi wielkimi krokami. Może się okazać nawet, że „stary kontynent” jest już zombie, który czeka na decydujący cios kołkiem w serce. Odpływ ludzi od Kościoła jest coraz wyraźniejszy. Nawet w kraju „pokolenia JPII” triumfy święcą prymitywni antyklerykałowie. Nie jest to jednak trend ogólnoświatowy. Religijność na świecie powraca bowiem w wielkim stylu i kształtuje naszą codzienną globalną egzystencję. Kilka miesięcy temu Międzynarodowy Biuletyn Badań Misyjnych opublikował badania, z których wynika, że na świecie każdego dnia ubywa 300 ateistów. Rośnie natomiast o 80 tys. dziennie liczba chrześcijan. Każdego dnia przybywa również 79 tys. muzułmanów. „Na całym świecie religia rozkwita na ulicy oraz w kuluarach władzy. Od Rosji przez Turcję po Indie narodami, które w zeszłym wieku zerwały z religią- czy nawet usiłowały ją wyplenić- obecnie kierują otwarcie religijny przywódcy. […] Wszędzie niemal, gdzie się spojrzy - od przedmieść Dallas, przez slumsy Sao Paulo, po zaułki Bradford - można zaobserwować powrót religii do życia publicznego” - pisze katolicko- ateistyczny duet  Micklethwait/ Wooldridge z pisma „The Economist” w swojej słynnej książce „Powrót Boga”. Opis ten dotyczy jednak głównie Afryki i Ameryki Płd. a nie zachodniej Europy, gdzie kościoły zamieniają się w puby i knajpy zaś krzyżyk na szyi wzbudza wściekłość albo zażenowanie. Trudno nie zgodzić się z  ks. Tommym Scholtèsem, który zwraca uwagę, że tylko my (chrześcijanie) możemy uratować wiarę i przywrócić chrystusowego ducha Europie. Nie można jednak zapominać, że rechrystianizacja będzie trwała długo i będzie ona niezwykle trudna.

 

Jak bowiem trafić do tak makabrycznie zsekularyzowanego narodu jak Belgowie czy Czesi? Dziś ponownie trzeba realnie przekuć duszę młodych ludzi i na nowo przedstawić im Jezusa, docierając do nich nowymi metodami ewangelizacyjnymi. Nie wystarczy już upierać się przy powstrzymaniu ataku modernizmu, który rzekomo powoduje odpływ wiernych (tak jakby rewolucje 68 były spowodowane reformami SW II) czy narzekaniu na uwstecznianie się Kościoła. Dziś niezbędne jest dopasowanie się do przewałkowanych przez popkulturę umysłów młodych ludzi  i dotarcie do ich serc ich własnym językiem. Autorzy znakomitej książki „Powrót Boga” opisują fenomenalną robotę protestantów w biednych dzielnicach Brooklynu czy w slumsach Sao Paolo, który potrafią wszczepić jezusowe przesłanie, właśnie dzięki otwarciu się na otaczającą ich rzeczywistość. Bierzmy więc przykład ze skuteczniejszych od siebie i adaptujmy ich metody do walki o dusze ludzi. Misyjność jest częścią naszej wiary. Z pewnością nie pomoga nam w niej nie spory o to, „którą ręką się żegnamy”, czy w jakim języku sprawujemy Msze św. Dusze wielkiej liczby naszych braci czekają na ratunek. I są oni bliżej nas niż się nam wydaje.


Łukasz Adamski