Meller przyznaje, że w 2007 roku cieszył się w holu Focusa z odsunięcia PiS-u od władzy (ach, ci niezależni żurnaliści!). „Niestety, muszę Was poinformować, że moja cierpliwość się wyczerpała i w najbliższych wyborach na Was nie zagłosuję. Nawet straszak w postaci powrotu PiS-u do władzy już na mnie nie działa” - pisze teraz Meller. „Nie zrobililiście nic z aferą hazardową, a co więcej, słyszę, że «Miro» jak gdyby nigdy nic kandyduje z Waszych list do sejmu. No to dajcie jeszcze «Rycha», «Zbycha» czy jak się ci panowie nazywają” - dodaje naczelny „Playboya”.

W normalnych okolicznościach takie słowa redaktora naczelnego pisma dla panów nie byłyby warte odnotowania. Jednak Meller w pewien sposób reprezentuje całe środowisko celebrytów i „niezależnych” dziennikarzy, którzy w strachu przez złymi, nikczemnymi i totalitarnymi „kaczorami” poparli partię Tuska. Do naszego języka weszło już słowo "deteflonizacja" Platformy, które coraz lepiej opisuje obecną sytuację rządzącej ekipy. Meller i wielu innych komentatorów zaczynają wytykać Tuskowi bezczelne obdarowanie kwiatami ministra infrastruktury Grabarczyka, którego nie udało się odwołać za kompromitację na kolei. To samo stało się z ministrem Klichem, który w powszechnym odczuciu opinii publicznej jest najgorszym ogniwem tego, pisząc delikatnie, słabiutkiego rządu. Opiniotwórcze środowiska coraz słabiej potrafią zamieść pod dywan prawdę o tym, że  Donald Tusk okazał się być politykiem będącym na smyczy „spółdzielni” we własnej partii i, co najważniejsze, własnej przeszłości. Grabarczyk jest bardzo mocny w terenie i ruszając go premier wepchnąłby go w ramiona Schetyny, zaś „Miro” był skarbnikiem PO, więc, jak zauważa Ziemkiewicz, premier musiałby go szybko zastrzelić albo dalej hołubić, by ten nie stał się pentito.

Mainstreamowym żurnalistom ta jawna bezczelność rządzących zaczyna być pewnym ciężarem. Jednak na razie widać w nich lekki dąsik, który powoli się przeobraża w dąs. Meller jednak wali z grubej rury. „Wasze służby specjalne inwigilują dziennikarzy, jak żadna władza dotąd. Gdyby Lech Kaczyński rzucił jeden z wielu «dowcipów» Bronisława Komorowskiego, zostałby rozjechany na miazgę, ale w przypadku tego Prezydenta Wam to nie przeszkadza. O Wałbrzychu nawet nie chcę mówić” - pisze dziennikarz. Tusk chyba nie dostał takim salonowym obuchem w łeb przez ostatnie kilka ładnych lat. I to musi boleć. Jest tajemnicą poliszynela, że premier jest coraz bardziej rozdygotany emocjonalnie i rozbity psychicznie. Kompromitacja z raportem MAK, coraz lepsza pozycja PiS-u w sondażach, dąsik zaprzyjaźnionych dziennikarzy, opinie autorytetów III RP, które nazywają Tuska demagogiem w stylu Berlusconiego i wojna w samej PO, która ujrzała światło dzienne, muszą go napawać niepokojem. Na dodatek po piętach depcze mu od jakiegoś czasu Leszek Balcerowicz, który swoje zaplecze polityczne wydaje się mieć w Pałacu Prezydenckim (swoją drogą współczuję takiego zaplecza).

Wątpię, by dziennikarze przestali się jednak bać demiurga Kaczyńskiego i jego „brunatnej” armii. Podejrzewam, że przed samymi wyborami salon krzyknie: „wszystkie ręce na pokład, bo idzie Kaczyński z pochodniami”. Myślę, że jeżeli prezes PiS zapuka do salonowych drzwi, elita zapomni szybko o kryzysie gospodarczym, szalejących cenach żywności, kompromitacji na arenie międzynarodowej, którą serwuje hrabia, czy bezczelności fatalnych ministrów. Z drugiej strony wypowiedzi takie jak ta Mellera przybliżają coraz mocniej do potrzeby wprowadzenia takiego scenariusza w życie. Wątpię, by ośrodki opiniotwórcze ukręcały pętlę na własną szyję. Może więc naprawdę chodzi o neo-PZPR-owską zmianę na górze, która objawia się w postawieniu na innego konia?

Łukasz Adamski

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »