Im bliżej rocznicy tragicznej katastrofy Tupolewa w Smoleńsku, tym więcej pojawia się u nas informacji związanych z tym tragicznym wydarzeniem. Powstają książki, filmy i cała masa wykluczających się informacji, które mają nas przybliżyć do „prawdy”. Jej samej jednak już nie poznamy. Została pocięta piłami wraz z wrakiem Tupolewa i oddana przez nasze władze Rosjanom, by ci ją mogli dowolnie interpretować. Natomiast im bliżej rocznicy, tym więcej pojawia się wrzutek, mających pokazać, kto wykazał odwagę, a kto zachował się jak tchórz w tamtych kwietniowych dniach.

„Ludzie szeptali między sobą: – Skoro wojsko ma nas ewakuować, to znaczy, że to był zamach. To, kto za nim stał, nasuwało się samo. Wiceszef Kancelarii Prezydenta Jacek Sasin szedł jak zahipnotyzowany. Z zamyślenia wyrwał go nieznajomy starszy mężczyzna – dopadł go w bramie memoriału. Pewnie był z Rodzin Katyńskich, bo na ramieniu miał biało-czerwoną opaskę. – Panie ministrze, panie ministrze – dyszał. – To prawda, że Ruscy zestrzelili prezydenta?" - czytamy w artykule „Panika we mgle” w nowym wspaniałym "Wprost" Tomasza Lisa. W tekście możemy przeczytać, jak „drżącym głosem” Radosław Sikorski przekazał żonie premiera straszną informację o upadku „tutki” oraz panice bojących się internowania posłów PiS, prowadzonych na Mszę świętą na Dworcu Zachodnim przez Jana Pospieszalskiego (który już wtedy miał kamerę i pewnie chciał robić "Solidarnych 2010"). Już kilka sekund po katastrofie ludzie na cmentarzu katyńskim szeptali o zamachu - informuje "Wprost" uświadamiając nas, że „sekta smoleńska” postawiła sobie tezę, której przez następny rok broniła jak lew. Ta paranoiczna teza udzieliła się oczywiście posłom PiS, którzy jak najszybciej postanowili czmychnąć ze Smoleńska. Według tygodnika Macierewicz przejął nieformalne przywództwo wśród polityków PiS. Podobno spodziewał się dymisji rządu i nadzwyczajnego posiedzenia Sejmu, kładąc nacisk na słowo „natychmiast” w rozmowie z politykami partii Kaczyńskiego. Teza ta nowa nie jest, bowiem od 10 kwietnia sączą ją politycy PO z Januszem Palikotem na czele, którzy co jakiś czas przypominają, że "Macierewicz uciekł ze Smoleńska i jest tchórzem”. – Musimy tam być jak najszybciej. Jesteśmy w Polsce potrzebni. Nie da się wykluczyć, że i Macierewiczowi udzieliła się psychoza panująca na cmentarzu. Psychoza, którą wywołało jedno krótkie słowo krążące wśród tłumu: „zamach". W pociągu, którym uczestnicy uroczystości wracali do Warszawy, emocje buzowały - czytamy we "Wprost". Redaktorzy szybko dodają w swoim tekście, że w przedziale z Macierewiczem siedział… Jan Pospieszalski.

I tutaj jest pies pogrzebany - chciałoby się rzec. Już wtedy „psychoza panująca na cmentarzu” udzieliła się autorowi "Warto rozmawiać". To tłumaczy, skąd jego psychopatyczne filmy nakręcone na Krakowskim Przedmieściu i programy, do których zapraszał prof. Zybertowicza, który zresztą również występuje w tekście, ale o tym za chwilę. Tymczasem w pociągu posłowie PiS rozważali, czy prezydenta zestrzelono za pomocą pola magnetycznego i dlaczego FSB pilnowała uczestników uroczystości. Czy mówili tak wszyscy posłowie PiS? Czy może ktoś rzucał w szoku takie uwagi? A czy to ważne? Przecież na cmentarzu panowała „psychoza” a Pospieszalski był w pociągu.

Psychoza była zresztą tak wielka, że Pospieszalski wpadł na pomysł zorganizowania Mszy św. - jak informuje z pietyzmem "Wprost".

„– Kochani – Pospieszalski nawoływał, krocząc przez cały wagon – jak wysiądziemy na Dworcu Zachodnim, możemy zorganizować polową Mszę świętą. Pomódlmy się za zmarłych w tej tragicznej katastrofie. Mam kamerę, będziemy mogli uwiecznić te wyjątkowe chwile” - czytamy. Na szczęście ktoś z Rodzin Katyńskich zwrócił uwagę, że na dworcu to tak nie bardzo. Dobrze, że choć jedna osoba panowała troszkę nad psychozą jadącą pociągiem z Macierewiczem i Pospieszalskim. Jednak, niestety, psychozy nie udało się powstrzymać do końca, bo - według "Wprost" - poseł Suski powiedział już na dworcu polskim policjantom, którzy chcieli podwieźć posłów do autokarów:  „– Podstawcie nasz autokar tutaj. Poczekamy, to nie stan wojenny. Nie musicie nas od razu internować.” Czy była to mało znacząca uwaga wstrząśniętego tragedią posła, który znany jest czasem z nieprzemyślanych wypowiedzi, czy może wcale czegoś takie nie powiedział, nie jest istotne. Ważne, że już na cmentarzu narodziła się „psychoza”.

„Psychozy” nie było już jednak w biurze Jarosława Kaczyńskiego. O nie, tam, mimo tragedii, panowała atmosfera walki politycznej. Kilka godzin po katastrofie posłowie PiS wysyłali sobie esemesy z nazwiskami kandydatów na prezydenta. Szkoda, że "Wprost" nie dodało, iż ciało Lecha Kaczyńskiego było jeszcze ciepłe, gdy jeden poseł wysłał esemesa do drugiego. „Psychoza” znana z pociągu jadącego z tchórzliwym Macierewiczem i Pospieszalskim nie udzieliła się również prof. Zybertowiczowi, który przyniósł Jarosławowi Kaczyńskiemu 11 kwietnia podpisany przez PRAWIE wszystkich doradców Lecha Kaczyńskiego apel o to, by stanął w wyborach prezydenckich. „– Panie profesorze – westchnął bezradnie prezes PiS. – Czy pan wie, jaki to wielki ból stracić brata bliźniaka? – Nigdy nie byłem w takiej sytuacji, więc mogę tylko próbować sobie wyobrazić, jakie to straszne uczucie… – odpowiedział zakłopotany Zybertowicz. – Tak, ból jest niebywały – Kaczyński zaczął przejmująco opowiadać o tym, co czuje. Na koniec niespodziewanie wrócił jednak do wyborów prezydenckich. – Mówi pan, że list z apelem o mój start podpisali prawie wszyscy doradcy. No dobrze, a kto nie podpisał? – Bugaj i Żukowski – odpowiedział zaskoczony pytaniem Zybertowicz” - czytamy w gazecie Tomasza Lisa.

„Psychoza” nie udzieliła się więc Jarosławowi Kaczyńskiemu, który na zimno, kilkanaście godzin po identyfikacji zwłok brata, zaczął walkę polityczną, która doprowadziła do wykoszenia z PiS-u Pawła Poncyliusza ze spółką. „Kto nie podpisał?” - brzmi to jak wypowiedź Józefa Stalina. Czy tak rzeczywiście było? Możliwe. Jaki był kontekst tej wypowiedzi? Who cares? „Psychoza” Pospieszalskiego i makiawelizm Kaczyńskiego był promowany w mediach na długo przed „Smoleńskiem”. Teraz trzeba go tylko przypomnieć.

Czy kpt. Protasiuk mówił: „zobaczcie, jak lądują debeściaki”? Czy pokłócił się z generałem Błasikiem na płycie lotniska? Dowodów na to nie ma. Ale jest atmosfera „psychozy”, o której będziemy dowiadywać się coraz częściej, im bliżej będziemy 10 kwietnia i październikowych wyborów parlamentarnych.

Łukasz Adamski

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »