Janusz Palikot z tygodnia na tydzień ma coraz większe poparcie. Wczoraj  aż dwa sondaże (Estymator dla Newsweek.pl i SMG/KRC dla gazety.pl) pokazały, że Palikot może liczyć na 7-8 proc. poparcia. Partia Palikota sukcesywnie wznosi się w sondażach więc nie można mówić o  „pierwszym wrażeniu”, które często na początku po powstaniu nowego ugrupowania powoduje poparcie dla niego ( widzieliśmy to w przypadku PJN czy Demokratów.pl). W przypadku Ruchu Poparcia  jest to  trwały trend. Palikot po miesiącach „dołowania” nagle zaczął przejmować, znużony bezpłciowym Napieralskim, lewicowy  elektorat.  Okazuje się, że pokłady tępego antyklerykalizmu w naszym kraju są jednak mocno obecne i teraz mają szansę wyjść „ z szafy”. Jednak nie tylko to powoduje sukces byłego polityka PO.

 

Podtrzymuję swoją tezę, że wyborcy Palikota to główne ludzie prości, sfrustrowani, pełni nienawiści do bliźniego oraz infantylna i niedorozwinięta emocjonalnie młodzież. Wśród nich jest również jakaś grupa naiwniaków, która martwi się „co o nas powiedzą w Paryżu” i na siłę chce być postępowa, nie wiedząc, że „tolerancjonizm” pożera swoje dzieci równie  szybko co jakobinizm.   Tych ludzi widzieliśmy na Krakowskim Przedmieściu. Tych ludzi widzimy w lewicowych klubo-bibliotekach, paradach równości,  manifach czy na spotkaniach organizowanych przez liczne lewicowe środowiska. To środowisko zawsze było głośne i widoczne. Niewielu jednak sądziło, że jest ono w stanie wprowadzić swoją reprezentację do Sejmu, szczególnie, że takie inicjatywy jak Zieloni 2004, Młodzi Socjaliści czy Racja Polskiej Lewicy mają śladowe poparcie.  Elektorat ten musiał  do tej pory głosować na pragmatyków z SLD, którzy nie wywoływali wojny z klerem, potrzebując go do poparcia naszej akcesji do Unii Europejskiej oraz nie chcąc tracić czasu na niepotrzebne wojny, które przeszkadzałyby im budowaniu oligarchicznego państwa.  


Po wybuchu antyklerykalnej nienawiści na Krakowskim Przedmieściu wielu komentatorów uważało, że mamy do czynienia z narodzinami nowej lewicy. Przeczyło temu późniejsze słabe poparcie dla Palikota w sondażach. Jednak w moim przekonaniu cała akcja z Nergalem, który został wzięty w obronę przez "autorytety moralne", maistreamową prasę i nawet prominentnych polityków rządzącej partii, którzy go nazwali ziomalem,  zachęciła ludzi, którzy do tej poru wstydzili się przyznać przed ankieterem, że głosują na speca od świńskiego ryja i wibratora.  Jednak gdy autorytety uświęcają kogoś kto drze Biblie, nazywa ją „gównem” oraz wychwala szatana,  trudno się dziwić, że niektórzy uznali to za sygnał do rewolucji w naszym kraju.  Zbyt długo skrywano i pielęgnowano nienawiść do Kościoła. Musiała ona w końcu wyjść z cienia.  Tak jak prof. Bauman wprowadził swoim haniebnym wywiadem dla Polityki  lewicowy antysemityzm na salony, tak Nergal i Palikot wprowadzili antyklerykalizm do maistreamowego dyskursu publicznego. Teraz więc frustracja ludzi, którzy wierzą w szarlatańskie i antynaukowe przesądy o początku życia ludzkiego i wyznają oszołomskie teorie o homoseksualizmie, ma teraz gdzie znaleźć ujście.  Oczywiście jeżeli Palikot wejdzie do Sejmu, stanie się reprezentantem ( świadomym bądź nie) ogromnego lobby aborcyjno- antykoncepcyjnego, które za pomocą jego partii będzie chciało znaleźć sobie rynek zbytu w postaci młodzieży w szkołach czy urabianych kobiet, które będą przez Internet kupować „antykoncepcje po”.  A to oznacza jeszcze większą siłę nowej lewicy, która umocuje się w strukturach zamożnej tęczowej międzynarodówki.  Jednak nawet jeżeli  Palikot nie dostanie się  na Wiejską , ale przekroczy magiczną granicę 3 punktów procentowych poparcia ( co da mu dofinansowanie państwowe), to i tak jego „spacerek przez instytucję” zmiecie z politycznej powierzchni ziemi lidera SLD, Grzegorza Napieralskiego, który już może pakować walizki i wracać do drugiego szeregu swojej partii.  


Nie jest tajemnicą, że Napieralski ma dziś w Sojuszu więcej wrogów niż przyjaciół.  Wielu polityków tylko czeka na jego potknięcie i gorszy wynik SLD niż ten jaki partia osiągnęła 4 lata temu.  Ostatnie słowa Jolanty Kwaśniewskiej, która wprost stwierdziła, że  Ryszard Kalisz byłby lepszym szefem partii, były tego najlepszym dowodem. Nie jest tajemnicą również, że Kalisz nie należy do skrzydła Napieralskiego.  Na dodatek nieudacznictwo przewodniczącego SLD doprowadziło do sojuszu Leszka Millera i Aleksandra Kwaśniewskiego, którzy do tej pory byli znani z „szorstkiej przyjaźni”.  Nie pomogło Napieralskiemu nawet to, że ponownie przyjął w szeregi partii byłego „kanclerza”, który  przecież został wysłany do Gdyni ze swojego łódzkiego matecznika.  Zresztą właśnie zupełnie nieumiejętne "zabijanie" oponentów w partii doprowadziło Napieralskiego do fatalnej sytuacji, która pokazuje, że przewodniczący SLD jest politykiem z innej ligi niż makiawieliczny Tusk i brutalny Kaczyński.  Napieralski nie ma nawet przyjaciół  w środowisku „Krytyki Politycznej”, którą zresztą kilka miesięcy temu oskarżył o sprzedawanie w swoich lokalach drogiej kawy dla biednych studentów.  Znana jest też niechęć do niego Sławomira Sierakowskiego, który na każdym kroku podkreśla swoją dezaprobatę wobec obecnego SLD. Bezpłciowy lider Sojuszu  utrzymuje się wciąż na stanowisku szefa SLD tylko z powodu niespodziewanego sukcesu w poprzednich wyborach prezydenckich. Teraz jednak zanosi się na to, że nawet on sam zostanie zmieciony w szczecińskim pojedynku z Bartoszem Arłukowiczem, którego sam wypchnął z SLD w objęcia Tuska.  Napieralski popełnił również w polityce gorszą rzecz niż zbrodnię, czyli błąd, pozbywając się z list Roberta Biedronia i nie przyciągając do siebie żadnych celebrytów, którzy działają na młodzież jak lep na muchy. Biedroń jest bardziej medialnym gejem niż SLD-owski homoseksualista Lagierski i może w lepszy sposób powalczyć o głowy „postępowców”.  Ostatnie sondaże Palikota wprawiły zresztą w prawdziwy popłoch sztabowców SLD, którzy chyba definitywnie zdali sobie sprawę ze swoich błędów. Wiedzą chyba, że 9 października uderzą w ścianę i tej kraksy mogą nie przeżyć.

 

Mnie oczywiście taka sytuacja nie cieszy nawet w małym stopniu.  Janusz Palikot jest niezwykle cynicznym i bardzo inteligentnym człowiekiem, który potrafi manipulować młodymi umysłami.  Dużo łatwiej byłoby mieć jako głównego wroga bezpłciowego Napieralskiego czy Wojciecha Olejniczaka czyli  klon Aleksandra Kwaśniewskiego. Palikot z dostępem do mediów, mównicy sejmowej i możliwością szantażowania osłabionej partii  Tuska to poważne zagrożenie i realny problem dla wszystkich, którym na sercu leży dobro Polski, która powinna szykować się na rechrystianizację Europy a nie na moralny upadek wraz razem z nią.  Prof. Antoni Dudek napisał, że ma nadzieję, iż: „polska demokracja wytrzyma ofensywę palikotowców, tak jak przetrzymała lepperowców”. Ja się obawiam, że analogia między „obciachowym” Lepperem a „nowoczesnym” Palikotem jest zbyt jednowymiarowa. Oczywiście można te partie ze sobą porównywać. Obie trafiają do prostszych ludzi ( nie ważne jest formalne wyższe wykształcenie) i bazują na negatywnych emocjach. Jednak Palikot ma wsparcie idoli młodzieży i jest pupilkiem lewicowo-liberalnych mediów, o czym śp. Lepper mógł tylko pomarzyć. Nie można zapominać, że  Zapatero też przez długi czas był mało znaczącym politykiem, którego do władzy wyniosły emocje Hiszpanów, a nie ich rozum oraz potężna propaganda mediów.  

  

Marek Belka  żegnając się ze stanowiskiem premiera w 2005 roku powiedział: „ Jeszcze za nami zatęsknicie”. Patrząc na rządy PO i nową twarz palikotowej lewicy już zaczynam tęsknic za lewicą w wydaniu liberalnych pragmatyków z SLD, którzy woleli robić biznes niż walczyć z Kościołem i chrześcijaństwem. Teraz ideologia wraca na lewicę. A to zawsze źle się kończyło.

 

Łukasz Adamski