Były czołowy klaun polskiej polityki znów uknuł prowokację, która miała rozśmieszyć podobno coraz bardziej nielubiące „czarnych” społeczeństwo. Jednak poziom prowokacji Palikota po raz kolejny się obniżył i jest już troszeczkę ponad poziom… no wiadomo czego. Wszyscy pamiętamy huczne odejście Palikota z PO, które skończyło się kompromitującym spektaklem w Sali Kongresowej. Była maskotka Donalda Tuska razem z lewackimi bożkami od zabijania dzieci nienarodzonych i planktonem politycznym przywołała do życia antyklerykalizm o twarzy komunisty z dużymi uszami. Maskotka zapomniała jednak, że ludzie mają „Nie” głęboko w nosie.
Teraz okazuje się, że mierna imitacja Larry'ego Flynta zamienia się w zombie, wyjęte już nawet nie ze „Świtu żywych trupów”, ale z ich „Zmierzchu”. Palikot przestał już nawet szokować na swoim blogu. Jego wpisy zamieniły się w żałosny lament przegranej gwiazdeczki, która jeszcze stara się wzbudzić jakiekolwiek emocje, strojąc miny spod tony makijażu, który przykrywa zniszczoną facjatę. Palikot przypomina trochę Jeana-Claude'a Van Damme'a, który kopie bez sensu swoich wrogów, nie mogąc zrozumieć, że jego czas minął bezpowrotnie. Groźne „Lwie serce” zamieniło się w wyjącego dachowego kota. Palący się kot z Biłograja napisał dziś na swojej stronce kilka prawdziwie „wyszukanych i oryginalnych” kawałków. „W wigilijnych i bożonarodzeniowych kazaniach w polskich kościołach miał miejsce wściekły atak kleru na świecki charakter państwa. (...) Ogromne braki w wykształceniu, swoisty prymitywizm, prowincjonalizm – cechy rozpoznawcze polskiej hierarchii kościelnej, spotykają się tym razem z butą, jakiej może pozazdrościć każdy tyran. Mam nadzieję, że przyjdzie taki rok, że cnotą będzie wreszcie skromność, umiar, tolerancja. I to będzie jak niebo-wstąpienie, ale tu na polskiej ziemi! Biskupi do mycia nóg, do mycia tych polskich biednych stóp! A nie do purpury!!!”. To już nie jest poziom „Nie”. To „Fakty i mity”, czyli miód na serce półgłówków i chorych z nienawiści wyznawców czerwonego jakobinizmu. To nie Kuba Wojewódzki martwiący się, że Szymon Hołownia jest niebezpieczniejszy niż moherowe berety. To nie Magdalena Środa atakująca Kościół katolicki za zbyt małe zainteresowanie losem zwierząt. To zupełnie coś innego. To… nic. Zero. Jednym słowem: żenada.
Palikot od kilku lat całą swoją pozycję buduje na starym strachu „elit” przed motłochem i ludowymi przesądami. Jednak w swoim zacietrzewieniu i trochę sztucznym antyklerykalizmie (pamiętajmy, że ten „byznesmen” otworzył tygodnik, gdy targetem było „pokolenie JP 2” a teraz uderza w target od pluszowego misia na krzyżu) trafia w gusta właśnie motłochu karmiącego się ludowymi przesądami o „czarnych”. Cóż, nic mu innego nie zostało. Palikot został przeżuty i wypluty jak mięso z Big Maca przez swoich byłych mocodawców z PO. Donald Tusk wykorzystywał go w walce z braćmi Kaczyńskimi jak jurny kochaś cycatą blondynę w pornolu. Po śmierci Lecha Kaczyńskiego pistolecik przestał być jednak potrzebny. Palikot jak zdradzona i porzucona kochanka wpadł więc do rynsztoka i jest coraz bliższy losu bohaterów "Trainspotting". Antykleryklany koktajl w strzykawce, którą wbił on w żyłę 1 proc. Polaków, powoli się jednak wyczerpuje. "Król jest nagi" jak napisano na portalu wPolityce.pl. Pistolecik stracił już wszystkie naboje, które do magazynka ładował mu Tusk. Teraz nie zostały mu nawet ślepaki.
Nie ma większego sensu zajmować się już Januszem Palikotem. Jego show "will not go on". Jest dla mnie zaskoczeniem, że Palikot tak szybko zamienił się w zombie, reanimowane czasami jeszcze przez dziennikarzy. Stoczył się szybciej niż atrakcyjny Kazimierz (choć oczywiście jego przypadek jest zupełnie inny i przepraszam Pana Kazimierza za porównanie do typka z Biłograja) czy Andrzej Lepper. Myślałem, że będzie w stanie zagospodarować choć małą część elektoratu lewackiego, ludowych antyklerykałów czy "postępowców", których śmieszy nazywanie prezydenta alkoholikiem. Okazało się jednak, że siła Palikota bez PO jest taka sama jak siła głosu Enrique Iglesiasa bez playbacku. Wydawało się, że Palikot upadnie wraz z traumą po 10 kwietnia. Jednak podział i skala chamstwa po tragedii w Smoleńsku sięgnęły zenitu, więc miejsce na działalność pełniącego obowiązki błazna Pana P. powinno być spore. Okazało się jednak ,że Palikot wykiwał sam siebie. Jak widać „tłuste brzuszyska” biskupów cieszą już tylko pijanych gówniarzy od krzyża z puszek po Lechu i czytelników szmatławych pisemek.
Swoją niszę Palikot więc wytargetował. Tylko co będzie następne? Sikanie na portret papieża i mówienie, że Jan Paweł II robił macę z heretyków?
Łukasz Adamski
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

