W USA 20 proc. matek w ciąży zabija swoje dzieci. W Nowym Jorku odsetek ten jest dwa razy wyższy. W 2009 roku zabito w mieście Nowy Jork (nie mylić ze stanem!) prawie 90 tysięcy dzieci (sic!). Jest to więcej wyssanych odkurzaczem czy rozpuszczonych chemią dzieci niż w hipisowsko-lewackim stanie Kalifornia. W samym Bronksie 48 proc. ciąż kończy się aborcją. Jednak nie wynika to tylko z biedy i slumsów znajdujących się w tej dzielnicy. Na o wiele zamożniejszym Manhattanie ginie tylko 10 proc. mniej dzieci niż w miejscu, gdzie obowiązuje „Prawo Bronxu”. Z około 225 tys. dzieci nowojorek, tylko 126 tys. „przyszło na świat”.

Oczywiście najwyższy wskaźnik aborcji występuje u Murzynek (prawie 41 tys. aborcji) i Latynosek (prawie 30 tys. zabitych dzieci). Siostrzenica dr. Martina Luthera Kinga, Alveda King, zwraca uwagę, że aborcja wśród czarnych jest nową formą niewolnictwa, zaś Planned Parenthood specjalnie buduje swoje ośrodki blisko dzielnic zamieszkanych przez Afroamerykanów. Dziwi jednak to, że masowo aborcji dokonują Latynosi, którzy są znani ze swojego przywiązania do katolicyzmu. Widać jednak, że przemysł aborcyjny wchodzi nawet do środowisk mocniej związanych z Jezusem. W końcu nie chodzi o same „prawa kobiet”, ale również o abortowanie chrześcijaństwa.

W czwartek odbyło się w NY spotkanie liderów ruchów pro-life i katolików, którzy debatowali, co zrobić, by ograniczyć liczbę zabijanych dzieci. Arcybiskup Nowego Jorku Timothy Dolan przyznał, że nie ma szans na nagłe skończenie z aborcją w tym mieście. Jednak podkreślił, że trzeba uświadamiać ludzi, czym jest aborcja i jakie spustoszenie ona powoduje. - Nowy Jork nie zasługuje na miano „aborcyjnej stolicy świata”. (...) Pierwszy raz, od kiedy tu mieszkam, wstydzę się Nowego Jorku - powiedział hierarcha, którego poparli rabin David Zwiebel i biskup Dimarzio z Brooklynu.

Amerykańskie ruchy pro-life robią fantastyczną robotę w celu wyeliminowania aborcji bądź chociaż jej ograniczenia. Informujemy o tym bez przerwy na Frondzie. Spór o zabijanie dzieci nienarodzonych jest w USA gorętszy, niż w jakimkolwiek innym kraju na świecie. Śmiem nawet twierdzić, że amerykańscy protestanci robią o wiele więcej dla nienarodzonych dzieci, niż katolicy w Europie. Ich akcje są na pewno bardziej spektakularne. Uważam jednak, że same apele i działania ruchów pro-life nie skończą definitywnie ludobójstwa nienarodzonych. W Nowym Jorku potrzebny jest nowy antyaborcyjny Rudolph Giuliani (choć legendarny burmistrz sam jest zwolennikiem aborcji), który wprowadziłby politykę „zero tolerancji” dla aborcjonistów. Nowy Jork potrzebuje kogoś, kto wymiecie brud z jego ulic i stanie po stronie życia najbardziej bezbronnych. Miasto to (jak i całe USA, jednak to NY jest znany z wyeliminowania dużej liczby szumowin ze swoich ulic) potrzebuje Travisa Bickley'a, który jak bohater filmu Scorsese, wziąłby sprawy w swoje ręce i ukarał morderców nienarodzonych dzieci. Nie są to za mocne słowa. Skoro uznajemy, że życie ludzkie zaczyna się od momentu poczęcia, to jego ochrona jest tak samo ważna, jak ochrona narodzonego człowieka. Nowy Jork znów jest krwawą stolicą świata. Jednak zamiast rzezimieszków z giwerą i nożem w ciemnych ulicach, mamy do czynienia z mordercami w białych kitlach.

„Pewnego dnia spadnie prawdziwy deszcz i zmyje cały ten brud z ulic” - mówi bohater „Taksówkarza”. Powyższe dane pokazują, że jego słowa wciąż są aktualne.

Łukasz Adamski

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »