„Premier Donald Tusk najpierw wszedł w rosyjską grę, która miała pognębić prezydenta, później nie zainteresował się możliwościami odebrania Rosjanom absolutnej kontroli nad śledztwem, a na koniec postanowił nas przekonać, że ten całkowity brak zainteresowania interesem Polski wynikał z wiedzy o mechanizmach” - zauważa Terlikowski. Bez wątpienia premier ma w tej chwili wielki problem z własną polityką po 10/04. I jest to problem wizerunkowy, co ma podwójne znaczenia dla Tuska. Podejrzewam, że jego własne środowisko będzie chciało ten fakt w bezlitosny sposób wykorzystać. „W nieoficjalnych rozmowach pojawiają się informacje, że premier Donald Tusk został przez swoich kolegów partyjnych wystawiony do odstrzału, że ma zostać poświęcony i złożony w ofierze Polakom m.in. za błędy przy śledztwie smoleńskim. Obecna nagonka na Tuska może więc zakończyć się dymisją jego rządu. A to byłoby na korzyść Grzegorza Schetyny” - napisał Stanisław Żaryn, który dodał również, że na kryzysie w PO może zyskać klub Polska Jest Najważniejsza. Jest wiele racji w słowach Żaryna. Nie sądzę jednak, by beneficjentem problemów PO była PJN. Mimo mojej sympatii do nowej inicjatywy (popieram każdą partię po prawej stronie, która ma szansę rozbić reżim bandy czworga) mam wielkie wątpliwości, czy PiS-light z lewicową nutką Kluzik Rostkowskiej może liczyć w najbliższych wyborach na poparcie wyższe niż 5 proc. Ugrupowanie to nie ma ani charyzmatycznego lidera, ani jeszcze nie wypracowało konkretnego programu politycznego, który pociągnął by zmęczonych wojną Kaczyński-Tusk Polaków. Na dodatek „kluziki” nie mają finansowych możliwości, by rzucić rękawicę potężnym partiom utrzymywanym z pieniędzy podatników.

Nie sądzę również, by raport MAK-u, który wywołał potknięcie się Tuska o własne nogi w jego komicznym 9-miesięcznym dryblingu, spowodował głębsze problemy ekipy rządzącej z zaprzyjaźnionymi dziennikarzami, którzy zaczęli się teraz lekko dąsać. Nie ma innej „postępowej” partii, która odpowiadałaby na oczekiwania naszych żurnalistów. Nie sądzę, by na stale ulokowali oni swoje uczucia w kancelarii prezydenta Komorowskiego, gdzie zebrali się przegrani politycznie „etosowcy”. Wątpię również, czy nawet fakt, że „parasol ochronny został zdjęty, a jego własnych gaf i gigantycznej niekompetencji nie da się już bronić” - jak pisze Terlikowski, spowodował szybki upadek rządu Tuska i załamanie poparcia społecznego dla jego partii. Polacy nadal chcą głosować na naszą polityczną gwiazdeczkę i jego celebrytów, bo nie widzą dla niego realnej alternatywy. Udało się wmówić społeczeństwu, że PO jest jedynym gwarantem odsunięcia przebrzydłego Kaczora od władzy. Następnie gafy medialne i pijarowe wygibasy, jakie prezentował Kaczyński przez lata, pogłębiły wiarę Polaków w spokój i zieloną krainę prowadzoną przez tatusia uczestniczki „Tańca z gwiazdami”.

Młodzi Polacy, którzy mogą mieć dosyć propagandowej papki wciskanej im przez PO, nie zaczną nagle popierać „moherowego” Jarosława Kaczyńskiego i jego „obciachowców” oskarżających Rosjan o zamach na głowę naszego państwa, która leżała w „ruskiej trumnie”. PiS nie robi niestety nic, by kupić sobie wychowany na telewizji, myślący jednowymiarowo elektorat, który zdecydował o zwycięstwie PO prawie 4 lata temu. Obecne Prawo i Sprawiedliwość to inna partia niż ta w 2005 roku i Polska jest również zupełnie innym krajem. Dziś hasło „Polska Solidarna” przemówi raczej do „starszych, pokrzywdzonych przez los”. Młodzi i dotknięci przez kryzys gniewni bezrobotni, wychowani na Wojewódzkim i Majewskim, będą bardziej podatni na postulaty zabrania pieniędzy „brzuchatym biskupom”. Obecny język i działania PiS-u to okopanie się w dwudziestoparo procentowym poparciu. I przyznają to nieoficjalnie sami działacze tej partii, zwracając uwagę, że mogą poczekać nawet parę lat na potknięcie Tuska albo kolejną „aferę Rywina”. Wątpię jednak, czy nawet taka afera wyniosłaby ponownie PiS do władzy. Afera hazardowa przeczy tej tezie.

Kompromitacja PO plus kryzys finansowy, który do nas zapewne przyjdzie, w jakiś sposób zmieni układankę na szczytach władzy. Myślę jednak, że nawet jeżeli poparcie dla Tuska dramatycznie zaczęłoby spadać w tym roku, to i tak zwycięstwo zapewni mu medialny spektakl pt: "albo ja albo mroki kaczyzmu". Będziemy wtedy świadkami hasła: "wszystkie ręce na pokład, bo idzie Jarosław z pochodniami i armią faszystów". Ostatnie wybory prezydenckie pokazały, że można jednak pokonać taką propagandę. Niestety, ta droga została prze PiS bezpowrotnie odrzucona wraz w doprowadzeniem do stworzenia PJN-u.

Zgadzam się, że Tusk mógł zostać wystawiony na odstrzał przez kolegów partyjnych. Jednak wytrawni gracze, tacy jak Schetyna, nigdy by sobie nie pozwolili na takie działanie nie mając pewności co do realnej siły opozycji. Schetyna wie, że jest za słaby medialnie, by sprawować medialny rząd nad duszami Polaków. Będzie więc on potrzebował jakiejś medialnej twarzy w stylu Kazimierza Marcinkiewicza, która na dodatek nie urwie się ze smyczy. I jest to ciekawa perspektywa, tyle, że zasadniczo nie zmienia nic na naszej scenie politycznej. PO będzie rządzić, aż odrodzi się lewica, która zagospodaruje coraz bardziej zlaicyzowane społeczeństwo, bądź z traumy podniesie się PiS, stając się na nowo polskimi Republikanami z roku 2005. Jednak na to w najbliższych kilku latach po prostu się nie zanosi.

Łukasz Adamski

 

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »