Informacje, jakimi nieustannie karmią nas media, nie pozostawiają wątpliwości. Żyjemy na granicy dwóch ścierających się światów. Odwieczna walka Dobra ze Złem może tylko przyjmuje dzisiaj nieco bardziej zawoalowane, subtelniejsze formy, niż zwykle. Ale nie zmienia to faktu, że nawet pod najlepiej skrojonym, modnym płaszczykiem może kryć się moralna zgnilizna.
Wojna światów...
Łukasz Adamski w swojej książce podejmuje się trochę niewdzięcznej roli tropiciela tego moralnego upadku. Nigdzie indziej, jak właśnie w popkulturze. Płaszczyźnie, na której chyba najbardziej wyraziście daje o sobie znać tytułowa wojna światów.
I nie będzie żadnej przesady w stwierdzeniu, że robi to z niezwykłą pasją. Jak ryba w wodzie porusza się w wielkim wirze medialnych doniesień, plotek, newsów z „wielkiego świata”. Publicysta wykazuje się ogromną wiedzą, jeśli chodzi o świat kultury: piosenkarzy, aktorów, czy po prostu szeroko pojętych celebrytów. Z wielkim zaangażowaniem śledzi ich wypowiedzi, mniej lub bardziej chlubne poczynania, ale też wyłapuje takie „perełki”, jak chwile ich nawróceń.
Znaczna część książki (prócz jednego rozdzialiku o polskich raperach) poświęcona jest kulturze „rodem z Ameryki”. Adamski świetnie „czuje” klimat Stanów Zjednoczonych, co podkreśla także prof. Michał Wojciechowski, teolog i wykładowca akademicki. - O niej jest głównie ta książka, i słusznie, bo popkultura stamtąd płynie. Tam jest też ona najbardziej wyrazista i zróżnicowana. W jej języku mówią i bluźnierczy propagatorzy aborcji, i konserwatyści; upadli moralnie i nawróceni – pisze Wojciechowski. I niewątpliwie ma rację, jednak osobiście zabrakło mi odniesień do kultury tej naszej, rodzimej. Oczywiście, pewnie znaczna jej część jest w jakiś sposób zainspirowana płynącymi zza oceanu modami, niemniej jestem przekonana, że i na naszym podwórku znaleźlibyśmy zarówno tych wielkich bluźnierców, jak i nawróconych. Może to pole dla kolejnej publikacji, będącej kontynuacją pokulturowego śledztwa Adamskiego? Szczerze polecam.
Można by zapytać, czemu w ogóle teolog pisze o kulturze? - Połączenie raczej zaskakujące, bo przywykliśmy do specjalizacji: teologowie piszą o religii, a pisma popularne i telewizja promują popkulturę – przyznaje Wojciechowski. Kompilacja o tyle zaskakująca, o ile potrzebna, a nawet konieczna.
Słusznie zauważa we wstępie do „Wojny światów...” Tomasz Terlikowski, pisząc, że w dużej mierze to właśnie celebryci, aktorzy i piosenkarze mają największy wpływ na kształtowanie kultury. To już nie politycy, nie działacze, nie lobbyści, ani nawet ludzie kultury czy dziennikarze – wylicza Terlikowski. To właśnie celebryci stają się dziś dla ludzi młodych niekwestionowanymi, co nie znaczy, że zasłużonymi autorytetami (czy może raczej "ałtorytetami"?).
... w popkulturze
Dlatego tak ważne jest, by na tą przesyconą gwiazdkami, które zazwyczaj nie mają za wiele mądrego do powiedzenia, popkulturę, ktoś spojrzał trzeźwym okiem. Takiego spojrzenia z pewnością nie brak Adamskiemu – młodemu, ale doświadczonemu dziennikarzowi, teologowi i publicyście.
Swobodnie porusza się on po świecie popkultury (ale też odważnie stąpa na granicy tych walczących światów, pomiędzy żołnierzami z jednej i drugiej strony barykady) opisując ją lekkim, barwnym językiem. Adamskiemu nie brakuje także odważnych porównań i sądów stawianych na ostrzu noża, co niewątpliwie nadaje książce smaku.

Brakuje mi jednak pewnego umiejscowienia w przestrzeni tych wszystkich poruszonych w książce historii. Adamski pisze „ostatnio”, „wchodzi teraz do kin”, „jest w tej chwili” nie podając niemal żadnej daty. Być może dla kogoś, kto na bieżąco przegląda amerykańskie serwisy i śledzi żywoty gwiazd (bo przecież już nie świętych, o tempora!), nie będzie to stanowiło wielkiego problemu. Jestem jednak przekonana, że większa dbałość o konkretne daty i szczegółowe umiejscowienie opisywanych historii pozytywnie wpłynęłaby na przejrzystość publikacji.
Sporym minusem „Wojny światów...” jest brak jakiejś pogłębionej refleksji autora nad opisywanymi przez niego historiami. Owszem, Adamski żadnej opisywanej przez siebie historii nie pozostawia bez komentarza, ale osobiście zabrakło mi pochylenia się w jakimś odrębnym rozdziale nad choćby przyczynami i skutkami omawianych zjawisk.
Niemniej, „Wojna światów...” to książka bardzo ważna. Jej autor nie tylko potępia i krytykuje zbrodniczą logikę, jaka zawładnęła umysłami wielu, ale pokazuje też swoiste „światełko nadziei”. Ostatni rozdział książki „Nowa nadzieja” faktycznie wnosi ożywczy powiew do zatęchłego świata popkultury. I być może jest on tylko niewiele znaczącym „wołaniem szaleńca w świecie” (jak pisze o Jimie Caviezelu Adamski) to jednak głosem niezwykle potrzebnym i ważnym.
Bo obowiązkiem dziennikarza, wbrew pokutującej dziś w mediach zasadzie, że „zły news to dobry news”, jest nie tylko piętnowanie wszelkich przejawów zła, jego mechanizmów i skutków, ale nade wszystko pokazywanie, jak je zwalczać.
O Stephenie, jedynym z czwórki braci Baldwinów, który nie utonął w hollywodzkim szambie, i jednym z niewielu, którego nie pochłonął amerykański blichtr, publicysta pisze: „chodzący wyrzut sumienia”. Adamski i jego „Wojna światów...” to niewątpliwie także „wyrzut sumienia”.
Marta Brzezińska
Ł. Adamski, Wojna światów w popkulturze, Wydawnictwo Wektory, 2011.
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

