Luiza Dołęgowska, Fronda.pl: Jak Pan ocenia to, co dzieje się w polskim parlamencie w zakresie wolności mediów w porównaniu z parlamentami w innych krajach, czy choćby w Parlamencie Europejskim? Czy polska wolność mediów w Sejmie nie jest prawdziwym eldorado dla dziennikarzy?
Adam Sosnowski, autor i publicysta związany z wydawnictwem Biały Kruk: Kilkakrotnie byłem w Sejmie w Warszawie i byłem zdziwiony, jaka swobodę mają tam dziennikarze. Chodząc po korytarzach wszędzie mogłem dojść bez żadnych ograniczeń i wydaje mi się, że to nawet nie jest do końca bezpieczne, żeby dziennikarze mogli się tak swobodnie poruszać, bez żadnej kontroli. Uważam, że nawet nie tyle chodzi tu o kwestie kontroli, ale o podstawowy porządek - a tu nie widzę żadnego. Tym bardziej, że byłem w innych parlamentach na świecie - m. in. w Wiedniu, w parlamencie rumuńskim, w parlamencie w Budapeszcie i tam nigdzie nie jest tak, że dziennikarz może dowolnie 'buszować' po całym budynku i robić co chce. Przecież Sejm to jednak miejsce pracy - pracy naszych polityków, tam mają też swoje biura i to też trzeba uszanować. Przecież nigdy nie było nawet w założeniu tak, że dziennikarzy się w ogóle z Sejmu wyprosi. To próbowano tak przedstawić, ale przecież projekt tego nie zakładał - miała być ograniczona liczba dziennikarzy i uporządkowana kwestia poruszania się po Sejmie i ich praca. Gdziekolwiek się nie jest - na jakichś większych wydarzeniach - byłem chociażby na konferencji bezpieczeństwa w Monachium czy na obradach ONZ w Nowym Jorku - tam są wielkie obostrzenia ze względów bezpieczeństwa. Nie widzę żadnego powodu, aby mówić o jakimkolwiek zagrożeniu dla demokracji - po prostu chciano uporządkować prace w Sejmie, a opozycja nie miała za bardzo jak i czym atakować, nie miała czym zabłysnąć. Przecież wiemy, jak długo .Nowoczesnej zajęło przygotowanie jakiegokolwiek projektu ustawy - próbowali więc pójść na łatwiznę i oprotestować chociażby to. Myślę, że dziś już mało kto wie, o co chodzi w tych protestach, więc uważam, że to był strzał w stopę.
Duże stacje w Sejmie mają bardzo wielu dziennikarzy i jest tu prawdziwy tłum prasy, z pewnością wywołuje to pewną konsternację polityków.
To jest niestety żałosne, gdy widzimy jak polityk przechodzi z miejsca A do miejsca B w Sejmie i biegnie za nim tabun dziennikarzy, postawiają mu mikrofony pod nos, wokół są kamery - jaką merytoryczną wypowiedź można w takich warunkach udzielić? To przecież nie ma nic wspólnego z dziennikarstwem czy rzetelnym przekazem, tylko jest to bardziej na poziomie 'pudelkowym' - żeby polityka 'dorwać' i pokazać, jak się potknął lub jak się przejęzyczył. Ale czy to jest naprawdę obrona wolnych mediów, i czy obywatel musi widzieć jak ktoś się potknął w Sejmie, żeby wiedział potem jak politycy dla niego pracują? Ja uważam, że nie i że to nie ma nic wspólnego z rzetelną praca dziennikarską.
Wolność mediów jest wręcz 'wybujała', bo dziennikarze mogą w dowolnej chwili robić zdjęcia z bardzo wysokiej klasy obiektywów posłom, którzy rozmawiają między sobą, ktoś ziewnie, przeciągnie się.. i tak naprawdę posłowie są przez cały czas 'na cenzurowanym'.
Czy to jest ważne, że polityk ziewnął czy wystawił stopę - przepraszam, ale abstrahując od wszystkiego, to niszczy jakikolwiek poziom debaty publicznej. Oczywiście, politycy dużo do tego dodają, bo jest też duża grupa polityków, która w takim przekazie się wyspecjalizowała i starają się po prostu mówić pod publiczkę. Jeśli media zaczynają polować na potknięcia, to przecież niczego dobrego nie wnoszą. Ja dzięki temu nie wiem więcej - czy mam głosować na partię A czy na partię B - to niszczy jakikolwiek przekaz ale niszczy też opinię o środowisku dziennikarskim. Kiedy dziś powie się, że jest się dziennikarzem, można wręcz za to oberwać, bo dziennikarze są ogólnie znienawidzeni. Po części właśnie dlatego, że te relacje wyglądają dziś właśnie tak.
Dziękuję za rozmowę
