U końca tych męczarni intelektualnych, które prowadzi obecnie dykasteria kard. Fernandeza - jest lub będzie zaś po prostu coś co poradzi sobie bez całej tej "scholastyki":
1) komunikat w mediach: "Kościół błogosławi związki jednopłciowe";
2) praktyka niby-błogosławieństw w niektórych kościołach, zapewne pod flagą kilkubarwną, z minami prekursorów mądrzejszych od wszystkiego co było w Kościele normą do tej chwili.

To oczywiście nie jest ważne ani dla tych naszych braci i sióstr, którzy nie chcą praktykować swoich skłonności homoseksualnych (bo dla nich dobre było i jest błogosławieństwo w konfesjonale, tak jak dla nas wszystkich, gdy prosimy tam o siłę do walki z naszymi i wrodzonymi, i nabytymi słabościami); ani dla mainstreamu politycznego homoseksualizmu, który nie życzy sobie niczego co zachowuje "nierówność" małżeństw i związków jednopłciowych. Dlatego część tego mainstreamu znowu "zapieni się" na wieść o tym dziwnym "uznaniu" ze strony Watykanu. Lecz inna część przywita to jednak z satysfakcją - lecz nie jako to, co zostało napisane, lecz jako to, do czego to zmierza via facti.

Kardynał Fernandez ogłosił deklarację o "głasku". O głasku, który w świetle znanej nam wszystkim nauki katolickiej nie może być znakiem akceptacji - ale ów głask będzie go udawał, aż sam gest zostanie uznany za znak normalizacji, ważniejszy niż "zarzucona" nauka Kościoła.

To kolejny w tym pontyfikacie objaw lekceważenia dla znaków na poważnie i w prawdzie - a gotowość do prowokowania inflacji znaków i gestów.

Facebook/Paweł Milcarek