„Za panią Pelosi podążyły jednak okręty amerykańskie, które stacjonują w tej chwili w Cieśninie Tajwańskiej i bronią Tajwanu. Po stronie chińskiej jest oczywiście potrząsanie szabelką, mamy wtargnięcia samolotów w przestrzeń, ale to się dzieje od lat – to nie wykracza poza rutynowe naruszanie przestrzeni tajwańskiej. To wszystko oczywiście może grozić jakimś incydentem, który doprowadzi do eskalacji” – powiedział były szef MSZ.

Jak zauważył Waszczykowski „do czasu wybuchu wojny rosyjsko-ukraińskiej, do lutego, Amerykanie byli absolutnie przekonani, nawet mimo koncentracji rosyjskich wojsk, że główny teatr konfliktu będzie na Pacyfiku, z Chinami”.

„Być może uważają, że rosyjska ofensywa utknęła, że ta ilość broni, którą dostarczyli Ukraińcom wystarcza dzisiaj, aby powstrzymać Rosję. I nie tyle przesuwają, co wracają do tego głównego swojego spojrzenia na Chiny jako głównego rywala. Faktem jest, że Chiny mają już większą gospodarkę od Stanów Zjednoczonych i Amerykanie obawiają się, że za ekspansją gospodarczą może pójść ekspansja polityczno-wojskowa” – stwierdził były szef polskiej dyplomacji.

Witold Waszczykowski zdiagnozował, że z polskiego punktu widzenia powrót do amerykańskiego spojrzenia na Chiny jako głównego rywala i ewentualne porzucenie konfliktu rosyjsko-ukraińskiego jako istotniejszego jest „niepożądane, niekorzystne, bo to oznaczałoby mniejsze zainteresowanie obroną Ukrainy”.

„Dzisiaj może być taka sytuacja, jeśli Rosjanie uznają, że Amerykanie znowu przerzucają swoją uwagę na inne regiony, na Daleki Wschód, to mogą poczuć się ośmieleni, aby eskalować konflikt nie tylko na Ukrainie, ale również na inne kraje. Może to być Mołdawia, Kazachstan, Gruzja – o tym przecież mówił ostatnio Miedwiediew, że są sztuczne kraje – a może to być rozprawa z państwami bałtyckimi, które kiedyś były w imperium rosyjskim” – przestrzegł Waszczykowski.