O aborcji Donald Tusk mówił w kontekście… kryzysu demograficznego. Lider PO przekonywał, że receptą na ten kryzys jest właśnie legalizacja zabijania dzieci nienarodzonych. Jego zdaniem tylko prawo do aborcji „na żądanie” da kobietom pewność, że macierzyństwo jest ich decyzją. Nie zabrakło przy tym oczywiście straszenia księdzem.
- „Żeby nie żyły w lęku, że CBA wjedzie do gabinetu ginekologicznego i będzie sprawdzało papiery z jaką potrzebą przyszły. Że to nie ksiądz, nie prokurator, nie działacz PiS ma być odpowiedzialny za ciążę. Tylko za to jest odpowiedzialna matka, ojciec, lekarz. Musimy przywrócić jakąś elementarną normalność”
- mówił polityk.
Na potwierdzenie swojej tezy przywołał sytuację w Czechach.
- „W Czechach w porównaniu do Polski mamy bardzo liberalne prawo i bardzo wyraźny wzrost dzietności”
- mówił.
W związku z tym zapowiedział, że będzie namawiał swoich ewentualnych koalicjantów w przyszłym rządzie do tego, „żeby dać kobiecie możliwość decydowania i dostęp do legalnej aborcji do 12 tygodnia”.
