Fronda.pl: Wiele emocji wywołał wczorajszy wpis Donalda Tuska na temat Grupy Wagnera. Kiedy zachodni eksperci analizują zagrożenia związane z obecnością najemników Prigożyna na Białorusi, lider polskiej opozycji oskarża rządzących o wymyślanie tych zagrożeń dla celów politycznych. Pana zdaniem, Tusk rzeczywiście aż tak bagatelizuje te kwestie, czy będąc świadomym zagrożeń, po prostu sięga po cyniczną grę, drwiąc sobie z bezpieczeństwa Polaków?
Ryszard Czarnecki, europoseł PiS: To nie jest alternatywa, ale koniunkcja. Jeśli prześledzimy czas, w którym Donald Tusk był premierem, to wyraźnie zobaczymy, że on konsekwentnie bagatelizował zagrożenia ze strony Rosji. Chciał się z Rosją „kolegować”. Rozumiemy, że był to element polityki Berlina. Utrzymywanie relacji z Rosją leżało w interesie Niemiec z powodów gospodarczych i geopolitycznych. Dziś natomiast Donald Tusk jest w tym dalej konsekwentny. Dawniej atakował choćby śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który mówił o zagrożeniach ze strony Rosji, dziś za mówienie o tych zagrożeniach atakuje prezesa Jarosława Kaczyńskiego czy premiera Mateusza Morawieckiego. Dziwne, że nawet rosyjska agresja na Ukrainę niczego go nie nauczyła.
Jednocześnie Tusk robi to w sposób cyniczny, traktując te kwestie jako element kampanii. Musimy być jednak świadomi skutków takiego działania, bo mogą one być fatalne. Podobnie do szeregu polityków z Europy Zachodniej, Donald Tusk nie tylko w sposób świadomy lekceważy zagrożenia ze strony Rosji, ale również demobilizuje polską opinię publiczną. Zauważmy, co w tym czasie dzieje się w Berlinie. Niemiecki rząd bardzo poważnie rozważa wprowadzenie kontroli granicznych na granicy z Czechami i Polską. Robi to właśnie w obawie przed znaczącą falą migracyjną, która mogłaby być efektem jakichś działań militarnych na granicy polsko-białoruskiej. Nawet rząd w Berlinie jest więc tutaj bardziej przezorny niż Donald Tusk.
Dziś wyraźnie widzimy, że Kreml starał się rękami reżimu Łukaszenki wywołać kryzys na granicy z Polską, aby destabilizować nasz kraj przed inwazją na Ukrainę. Pamiętamy postawę polityków Platformy Obywatelskiej, kiedy w 2021 roku urządzali happeningi na granicy, domagając się przepuszczania nielegalnych migrantów. Wtedy też Donald Tusk przekonywał, że mur na granicy nigdy nie powstanie. Co dla bezpieczeństwa polskich granic oznaczałoby zwycięstwo opozycji w jesiennych wyborach?
Muszę powiedzieć, że to najgorszy scenariusz. Wówczas Polska byłaby zdana na łaskę i niełaskę Putina wspieranego przez Łukaszenkę z jednej strony oraz łaskę i niełaskę polityki migracyjnej Unii Europejskiej z drugiej strony. Znaleźlibyśmy się pomiędzy hybrydowo-imigracyjnym młotem Putina, a kowadłem unijnej polityki migracyjnej. Z punktu widzenia polskiego bezpieczeństwa to naprawdę najczarniejszy scenariusz, który zupełnie przekreśliłby lata starań polskiego rządu w zakresie bezpieczeństwa. Wierzę jednak, że taki scenariusz się nie zrealizuje. Mając do wyboru bezpieczeństwo albo niebezpieczeństwo, Polacy wybiorą to pierwsze.
O zagrożeniu związanym z nielegalną migracją mówił wczoraj na pikniku rodzinnym w Połajewie również prezes PiS Jarosław Kaczyński. W ub. tygodniu niespodziewanie udało się stworzyć mniejszość blokującą jedno z rozporządzeń paktu migracyjnego. Ten sukces oznacza, że hasło „Europa bezpiecznych granic” podniesione przez premiera Mateusza Morawieckiego zaczęło poważnie docierać do unijnych liderów?
Zwróćmy uwagę na figiel, który Niemcy wspólnie z Austrią i Holandią spłatały polskiej opozycji, wciąż przekonującej, że Polsce żadne złe rzeczy w związku z relokacją nie grożą. Tymczasem Berlin, Haga i Wiedeń, razem z Pragą i Bratysławą wsparły Warszawę i Budapeszt.
Ze strony liderów Europy Zachodniej jest to reakcja na panujące tam, bardzo antyimigracyjne nastroje społeczne. Jest to moim zdaniem efekt presji opinii publicznej, spowodowanej tym, że Polska przy wsparciu Węgier pokazała, iż możliwy jest inny scenariusz. Polska pokazała, że można nie przyjąć imigrantów, a jednocześnie dobrze rozwijać się gospodarczo. Udowodniliśmy, że nie mieli racji ci, którzy przekonywali, że przyszłość gospodarki zależy od przyjęcia migrantów.
Europoseł Kosma Złotowski przestrzegł, że nie można jednak wykluczyć, iż blokada rozporządzenia jest jedynie elementem politycznej rozgrywki. Rzeczywiście powinniśmy się obawiać, że to tylko chwilowa blokada, która ma na przykład odwieść polski rząd od organizacji referendum ws. migrantów?
Nie miejmy złudzeń. Jeśli Niemcy coś robią, to zawsze należy spodziewać się, że może być to element pewnej gry taktycznej. Dzisiaj jest to jednak dla Polski korzystne. Jeżeli natomiast ktoś w Berlinie lub gdziekolwiek indziej myśli, że z tego powodu odejdziemy od referendum, to się głęboko myli. To referendum jest dla nas konieczne, ponieważ zapewni rządowi bardzo silny mandat od narodu dla blokowania relokacji. Przeprowadzimy je niezależnie od tego czy to się będzie podobało w Berlinie, czy nie.
Prezes Jarosław Kaczyński uciął wczoraj spekulacje na temat rzekomych planów wprowadzenia na terenach przygranicznych stanu wyjątkowego i przesunięcia terminu wyborów. Po tę narrację sięgnął również sam Donald Tusk, który powołał się na „źródła w Pałacu Prezydenckim”. Co opozycja chce ugrać tym straszeniem stanem wyjątkowym i przesunięciem wyborów.
Przede wszystkim opozycja pokazuje swoją totalną niewiarygodność. Udowadnia, że funkcjonuje w jakiejś bańce i urwał się jej kontakt z rzeczywistością. Takich planów nigdy nie było. To strategia podobna do straszenia polexitem. Oni żyją w świecie wirtualnym, a nie realnym. Chcemy wygrać wybory i chcemy wygrać je w terminie.
Co więcej, mówienie o przesunięciu wyborów w kontekście sytuacji za wschodnią granicą jest wielkim grzechem opozycji, ponieważ kreuje na arenie międzynarodowej obraz Polski jako kraju, który tak bardzo boi się setki najemników Grupy Wagnera, że przesuwa wybory. To jedna z szeregu absolutnie nieodpowiedzialnych narracji opozycji, która bardzo szkodzi Polsce. Dobrze, że prezes Kaczyński w sposób jasny to przeciął. Tym samym opozycja ponownie „wyszła na głupków”.
Odchodząc od tematu, coraz większe emocje wywołują spekulacje na temat ewentualnej współpracy PiS z Konfederacją po wyborach. Widzi Pan Poseł jakiekolwiek szanse na taką współpracę?
Naszym celem jest zwycięstwo, które po raz trzeci pozwoli nam stworzyć rząd większościowy. Uważam, że to nie jest łatwe, ale jest możliwe i o to należy się bić. Nie pamiętam żadnego kraju na świecie, w którym partia rządząca przed wyborami mówiła o koalicjancie. Podkreślam: chcemy i mamy szansę tak wygrać wybory, aby rządzić samodzielnie. Trzeba do tego dążyć, tym bardziej że w Polsce nie ma tradycji rządów mniejszościowych.
