W czerwcu na ulice polskich miast ponownie wyszły aktywiści tzw. „Strajku Kobiet” pod przywództwem Marty Lempart. Tym razem pretekstem do wulgarnych demonstracji był dramat, który w maju rozegrał się w Nowym Targu. W tamtejszym szpitalu, najprawdopodobniej w wyniku wstrząsu septycznego zmarła 33-letnia kobieta w 20. tygodniu ciąży. Wedle ekspertów mogło dojść do błędu medycznego. Krajowy konsultant w dziedzinie położnictwa i ginekologii prof. Krzysztof Czajkowski wyjaśniał, że po podaniu kobiecie antybiotyków, które niestety nie zadziałały, powinna zapaść decyzja o zakończeniu ciąży. Takiej decyzji jednak nie podjęto, a lewicowe środowiska próbują przekonywać, że lekarze nie podjęli działań przez orzeczenie Trybunały Konstytucyjnego z 2020 roku, w którym za niekonstytucyjną uznano tzw. przesłankę eugeniczną. Pod emocje wywoływane przez tzw. „Strajk Kobiet” natychmiast podpięli się politycy Platformy Obywatelskiej, którzy oskarżają o śmierć kobiety rządzących.
Próba politycznego wykorzystania tej tragedii nie dziwi ks. prof. Piotra Kieniewicza, który w wywiadzie dla „Gościa Niedzielnego” zwrócił uwagę, iż temat aborcji od lat jest wykorzystywany w polityce.
- „Co gorsza, niektóre środowiska starają się zupełnie świadomie wykorzystać to zamieszanie do realizacji własnych celów, promocji własnej ideologicznej agendy albo próby zaskarbienia sobie politycznej popularności”
- zauważył bioetyk.
- „Zresztą to zjawisko znane jest nie tylko z Polski. Od 1973 roku, kiedy w USA miała miejsce sprawa Roe vs. Wade, gdy wyrokiem Sądu Najwyższego dopuszczono aborcję na życzenie jako prawo obywatelskie (wyrok został obalony w 2022 r.), aborcja na całym świecie jest rozgrywana jako polityczna karta przetargowa”
- dodał.
Teolog zwrócił uwagę, że w ten sposób spychana na drugi plan jest merytoryczna dyskusja, która zamiast podsycania emocji potrzebuje analizy dokumentacji medycznej, decyzji lekarzy czy sytuacji prawnej.
- „Nie liczą się fakty, lecz narracja i jej owoce: klikalność w sieci, zasięgi, dystrybucja, słupki popularności politycznej…”
- podkreślił rozmówca red. Agaty Puścikowskiej.
Zaznaczył, że najbardziej ucierpią na tym pacjenci, w których wywołuje się strach. Skutkiem tego typu kampanii może być też strach samych lekarzy, którzy swoje decyzje będą analizować choćby pod kątem tego, w jaki sposób wpłyną one na ich wizerunek w mediach.
- „Paradoksalnie zatem awantura medialna szkalująca lekarzy, dokonująca publicznego, emocjonalnego linczu na konkretnym lekarzu lub ośrodku, w praktyce podważa zaufanie społeczeństwa do całej służby zdrowia i zaufanie lekarzy względem samych siebie. Medialna burza kobietom nie pomaga”
- wyjaśnił.
Bioetyk odniósł się również do danych statystycznych, z których jasno wynika, że umieralność okołoporodowa w Polsce jest o wiele niższa niż w krajach, w których aborcja jest dopuszczalna na życzenie matki.
- „Te statystyki pokazują prawdziwe oblicze polskiej medycyny – ukierunkowanej na życie. Mamy naprawdę świetnych lekarzy i dobrze zorganizowane placówki ginekologiczno-położnicze. Mamy dobre prawo, które chroni zdrowie i życie pacjentów, matek i ich dzieci”
- zauważył.
Podkreślił jednak, że „medycyna nie jest wszechmocna”, dlatego też niestety dochodzi do tragedii.
- „Aborcja nie poprawi jednak poziomu opieki zdrowotnej, ponieważ jej istotą jest uśmiercenie nienarodzonego pacjenta i pozostawienie w psychice – a niekiedy i ciele jego matki – ran trudnych do zagojenia. Leczenie nie może polegać na uśmiercaniu tych, których wyleczyć nie potrafimy. Nie możemy też leczyć jednych, poświęcając innych”
- stwierdził rozmówca „Gościa Niedzielnego”.
