CZĘŚĆ I – Sztuka, empatia, człowieczeństwo

MP: Dzień dobry Panie Emilianie.

EK: Witam najuprzejmiej.

MP: Bardzo się cieszymy, że znalazł Pan dla nas czas. Chcielibyśmy poruszyć kilka tematów, które interesują naszych czytelników. Pytania są zebrane z kilku źródeł, nadesłały je różne osoby. Nawiązując do Pana prośby będziemy unikali pytań politycznych. Nie będziemy dzielić, ponieważ zależy nam na znalezieniu tego, co wspólne zarówno dla ludzi z prawicy jak i z lewicy.

EK: Jak Pan podkreślił w pytaniu – „żeby nie dzielić”. To naprawdę poważny problem. Przecież, jeśli żyjemy w jednym kraju, to pomimo różnych poglądów politycznych powinniśmy ze sobą rozmawiać, starać się porozumieć, a nie dzielić. Niestety w świadomości społecznej przeciętnego Polaka zakorzenił się ten podział. Nie musi tak być, nie powinno. Polska zawsze była krajem bardzo tolerancyjnym dla ludzi dla siebie, dla różnych religii, dla różnych poglądów. Dlatego mnie to od razu zabolało. Ja Osobiście jestem człowiekiem zgody. Rozmawiam z każdym. Nie ma takiej możliwości, żebym nie porozmawiał. Jeśli ktoś ma inne poglądy na jakąś sprawę, to fajnie, ja chętnie posłucham jego poglądów. Nie zmienia to mojego szacunku dla tego człowieka, on ma po prostu inne poglądy.

MP: Podzielam Pana zdanie. Ja również podchodzę z szacunkiem do każdego człowieka, rozmawiam z każdym. Mam wielu znajomych, czy to po prawej czy po lewej stronie. Niestety ta polaryzacja gdzieś tam jednak zachodzi. Podejrzewam, że w sztuce jest to też zauważalne.

EK: Od razu Panu odpowiem. Do mojego teatru bilet kupuje każdy kto chce. Na scenie ja prezentuję swój pogląd na życie. Mój pogląd na życie polega na tym, że staram się robić rzeczy w tym teatrze, które nie odbierają ludziom chęci do życia. Jeśli nawet są to rzeczy dramatyczne, np. w misyjnych przedstawieniach takich jak: „Dopalacze”, czy „My dzieci z dworca zoo” o narkomanii, czy też spektakle dla dorosłych takie poważniejsze bardziej dramatyczne, to są one wszystkie tak stworzone, że staram się, żeby człowiek podbudował się na tym przedstawieniu, żeby treść spektaklu nie odebrała mu to chęci do życia. Ponieważ jestem sybarytą, ja lubię życie, w związku z tym chciałem, żeby taki był mój teatr. Co się z tym wiąże – wszelkie frustracje, jakie są, zawirowania polityczne, poglądowe, tutaj nie mają miejsca. Tu jest po prostu tak, że kupiłeś bilet, przyszedłeś sobie najpierw do restauracji Nasza Warszawa, w której teraz jesteśmy, zjadłeś coś, posiliłeś się tym co nasza moja kuchnia przygotowała i potem idziesz na spektakl. Tam dostajesz to, co ma być oczywiście obiektywne, a że nie jest to łatwe jakby to powiedzieć, to przynajmniej niech będzie subiektywnie strawne. Teatr jest takim miejscem, które powinno otwierać, a nie zamykać. Powinno stwarzać atmosferę komfortu. Pokazywać jakiś rodzaj spojrzenia na świat a nie oślepiać. Każdy ma prawo przyjść, kto się umie w teatrze zachować. Ma prawo przyjść i w nim być. To jest bardzo ważne, żeby właśnie nie dzielić, tylko łączyć. Teatr, scena – to wszytko ma ludzi łączyć.

MP: Ostatnio czytałem jeden z Pana wywiadów o polskiej kulturze. Jak Pan rozumie polską kulturę, czy też jej unikalność w stosunku do innych kultur?

EK: No to jest sprawa naszej tradycji, historii i oczywiście naszego języka. Ja bym to powiedział tak. Mówi się o poetach, że w poezji cierpienie uszlachetnia. Prawda? Być może, jeżeli można by tak spersonifikować Polskę, to to jest taki naród, Polska to jest taki twór, który dużo wycierpiał. W związku z tym wiersze, które piszę, ten naród pisze mają dodatkową wartość. Bo cierpienie jak mówią uszlachetnia. Wydaje mi się, że ten naród potrafi być szlachetny, czego dowiódł nie raz. Z drugiej strony oczywiście jest wiele takich niepokojów, które mogą zastanawiać. W sumie, jak patrzę na naszą kulturę, to jest to coś z czego możemy być zdecydowanie dumni. Z tego jak ona wyglądała, jak się rozwijała, jaka jest. Możemy być na prawdę z tego dumni.

MP: Jakie pytania się najczęściej pojawiają w Pana wywiadach?

EK: To zależy, wie Pan. Pytania są różne. Ja nie na wszystkie odpowiadam. Nie lubię pytań osobistych, na przykład. Osobiste pytania nie mają dla mnie żadnego znaczenia, moje życie osobiste czy jakieś tam moje hobby. Dla mnie znaczenie ma to, co ludzie odbierają z mojej pracy. I dlatego zawsze proszę o tego rodzaju pytania. Jest na przykład taki temat jak wpływ życia rodzinnego na coś tam. Ja nie chcę na ten temat mówić. Nie chcę, dlatego, że to jest takie rozdrabnianie włosa na czworo. Istotne jest w teatrze, dla dyrektora, który ten teatr prowadzi, który go sam wybudował, stworzył z udziałem wielu ludzi. Istotne dla mnie jest to, co się tutaj dzieje. A to, co jest u mnie w domu, w Józefowie i tak dalej, to jest istotne tylko dla mnie. Nie chcę tego mojego życia rozdawać. Niejednokrotnie rozdawałem i wcale nie byłem z tego zadowolony.

MP: Jan Paweł II bardzo pięknie powiedział, że do naszej prawdy nie każdy ma prawo.

EK: O brawo. Jan Paweł II bardzo wielki, bardzo wielki umysł. Wie Pan, że był aktorem u Kotlarczyka?

MP: Tak, oczywiście. Również poetą. Początki już w czasie II wojny światowej.

EK: Naturalnie. To wspaniała postać. Wspaniały człowiek. Nad-człowiek

MP: Trzy lata temu w hotelu Sheraton otrzymał Pan statuetkę Magazynu VIP za całokształt Pana działań artystycznych. Czym są dla aktora, dyrektora teatru takie wyróżnienia?

EK: To jest taka miła świadomość, że ktoś zauważa moje działania, prawda. Bo jeżeli nie ma takich sygnałów, to mogłoby się wydawać, że działania i wysiłki człowieka w jakiejś gęstwie giną. A czasem się okazuje, że nie, że ktoś je zauważa. Dla mnie – znowu wracam do teatru – najlepszą nagrodą jest pełna sala widzów. Mówię poważnie. Kiedy mam pełną salę i widzę ludzi przed sobą, kiedy kończy się spektakl. Oni często wstają, śmieją się do mnie, rozmawiają ze mną. Mówią, że to co widzieli było niezwykłe, że było to jakieś święto dla nich. Dla mnie też jest świętem każdy spektakl. I to jest dla mnie największa satysfakcja. Ale oczywiście, jeśli ktoś zauważa moją skromną osobę, jak tutaj, to też jest mi bardzo miło. Dostałem sporo, przepraszam za brak skromności, wyróżnień, nagród, orderów. Mam tego strasznie dużo. Jest taka szafka na dole, gdzie to wszystko się zgromadziło i przestaje się już mieścić. To jest znak, że ludzie to widzą. Ale, żeby na przykład tak trochę dziegciu dolać, trochę mnie zabolało, że zrobiłem za własne pieniądze makietę przedwojennej Warszawy. Dzieło sztuki po prostu. Nie wiem czy Państwo widzieli. Trzydzieści metrów kwadratowych. Mam tutaj zdjęcia. Proszę bardzo, zobaczcie Państwo. To miniatura Warszawy, to jest dzieło sztuki. To jest duży kawał Śródmieścia. Zrobiłem to dla mojego miasta, tak jak ten teatr i… nawet nikt z władz nie powiedział mi dziękuję.

MP: Gdzie to teraz jest?

EK: To jest tu w teatrze, to jest nasza chluba, ludzie przychodzą, oglądają, przychodzi młodzież na takie wycieczki po przedwojennej Warszawie. Nie robiłem tego, żeby mi ktoś dziękował, ale może by wypadało chociaż powiedzieć, że za własne pieniądze człowieku zrobiłeś coś takiego. Pracowało nad tym dwoje ludzi przez dwa lata. To ogromny wysiłek i ogromne pieniądze. To kosztowało 300 000 złotych. Na 100 000 znalazłem sponsorów, a resztę musiałem pokryć z własnych pieniędzy.

MP: Warto to nagłaśniać, promować.

EK: No warto, warto. Jest piękny film o tej makiecie. To jest takie ukoronowanie tej ewidentnej warszawskości mojego tego teatru. Tu jest restauracja Nasza Warszawa. To wszystko jest jak stara Warszawa, ten tramwaj Berlinka przed teatrem też jest zabytkiem, ma 83 lata. Ja też już jestem trochę zabytkiem (śmiech).

MP: Aż tak to nie wygląda (śmiech). Ja pamiętam ten okres, kiedy spotkaliśmy się chyba ze trzy lata temu w Klubie Integracji Europejskiej, kiedy miał Pan chwilowe kłopoty z lokalizacją teatru.

EK: To nie były chwilowe kłopoty. To się zaczęło i trwało przez cztery lata. Weszli ludzie, którzy zakłamali dokumenty. Tak, jak ta reprywatyzacja w Warszawie. Na tej samej zasadzie, tylko trochę innym sposobem. No i chcieli mnie wyrzucić po prostu. Chcieli przejąć teatr, przejąć tę kamienicę w ogóle. No to jest ogromy majątek miasta, prawda. I im się udawało.

MP: Jako Warszawiak też oddałem jeden głos w obronie Pana Teatru.

EK: Tak, właśnie dzięki temu, że poszło to w media, obroniłem się. Bo tak to by mnie zeżarli po prostu.

MP: Obecnie skutkiem tych dzikich reprywatyzacji 40 000 ludzi jest na bruku.

EK: 55 000 tysięcy.

MP: O czym chciałby Pan powiedzieć, co często jest pomijane, a o co nie jest Pan pytany w wywiadach?

EK: Chciałem powiedzieć o sytuacji ludzi bezdomnych w Warszawie. To mnie bardzo interesuje i bulwersuje. I chciałbym, żeby o tym usłyszeli urzędnicy warszawscy, że trzeba z tym zrobić jakiś porządek. Trzeba nareszcie zająć się ludźmi, którzy nie potrafią się upomnieć o swoje. A ja się o nich upominam. Dlatego, że sytuacja bezdomnych jest gorzej niż tragiczna. Te całe noclegownie, to wszystko to jest jedna wielka ściema. To jest temat, który jest rzucany pod dywan. A może nawet nie pod dywan. Jest tam gdzieś zasypywany. I wydaje mi się, że jeżeli mogę o czymś powiedzieć, to właśnie o tym chciałbym. Że to nie jest w porządku. Przypominam, że w Warszawie w 1932 roku już było miasteczko dla bezdomnych vis-a-vis dzisiejszej Arkadii. Po drugiej stronie torów było miasteczko na 22 000 łóżek.

MP: To bardzo dużo.

EK: Miasteczko dla bezdomnych. Gdzie wszystko było zorganizowane. Już w 1932 roku.

MP: Edward Wedel też trochę pomagał bezdomnym.

EK: Absolutnie. Przecież Ci bezdomni obecnie to są normalni ludzie. Jest ich coraz więcej, ja mam wciąż nowych ludzi także z dzikiej reprywatyzacji. Stracili mieszkania i nie mając środków do życia poszli na ulicę. Ale nie mogą iść na ulicę tacy ludzie, tylko powinni iść do specjalnie przeznaczonych dla nich domów. Tak się mówi, że to jakiś tam bezdomny. To są normalni ludzie. To tylko życie spowodowało, że oni żyją w strasznym ubóstwie. Uważam, że należy się tym zająć w sposób zorganizowany, systemowy. Przypominam o przedwojniu. Powinien być system, system opieki nad ludźmi, którzy są bezdomni. To jest moja prośba do władz. Już nie proszę o to, żeby wspomóc mój teatr, bo jestem bez dotacji. Miasto się tym nie interesuje. Kiedyś się interesowało. No ale w tej chwili nie. Kiedyś mi miasto bardzo pomagało, a w tej chwili żadne inicjatywy, z którymi wychodzę, nie spotykają się z jakąkolwiek aprobatą. Czy takie miasto ma program? Trudno. Ja zajmuję się promocją Warszawy, krzewieniem kultury już od dziewięciu lat tutaj, w tym miejscu w Kamienicy. Chciałbym zatem nieśmiało przypomnieć moją skromną inicjatywę, osobę. Ale to nie jest dla mnie najważniejsze i też chciałbym prosić o pomoc dla bezdomnych. Sami się nimi zajmujemy choć jest nam ciężko.

MP: No właśnie. Jak wygląda sprawa Wigilii, które Państwo w teatrze organizujecie?

EK: To nie tylko Wigilie, bo organizujemy dużo różnych wydarzeń. Na Wielkanoc bezdomni także przychodzą. I były tu szczepienia dla bezdomnych. I nawet spektakl zrobiłem z nimi, Bezdomna Pasja taka. Parę lat temu. To są takie spotkania zwłaszcza w zimie, kiedy jest po prostu zimno. Ludziom stwarza się tutaj warunki, żeby mieli taką normalną wigilijną kolację. Żeby parę godzin tu spędzili. Dostają prezenty, śpiewamy kolędy. Kiedyś pewien bezdomny powiedział coś, że mi się zrobiło trochę przykro, że on mi dziękuje, bo ja im przypominam, że oni są ludźmi. Strasznie bolesne było to wyznanie. Ja mu odpowiedziałem, że nie chcę im tego przypominać, że oni sami muszą o tym pamiętać. Rozumie Pan. To mnie zabolało. To jest na prawdę smutne. Tu przychodzi kilkaset osób. Na raz to przychodzi 150-200 osób. Kiedyś było 350, no to już nie daliśmy rady. Ale tak uważam, że tak należy. Że to są też normalni ludzie. W ubiegłym roku zorganizowaliśmy dla nich fajne nawet nowe ubrania. Zrobiliśmy tutaj dosłownie rewię mody. Caritas mnie wspomógł. Dali mi piękne całe ubrania. Każdy z bezdomnych wychodził zachwycony. Z Caritasem współpracujemy. I też z księdzem Krzysztofem Sosurem z kościoła na Żytniej. Był aktorem. Skończył szkołę teatralną i był trzy lata aktorem. Później poczuł powołanie i teraz jest wspaniałym kapłanem.

MP: Czego by Pan życzył naszych czytelnikom i ludziom żyjącym we współczesnym świecie?

EK: Żeby zaczęli ze sobą rozmawiać. Żeby przestali mówić, a zaczęli rozmawiać. Oczywiście poza życzeniami zdrowia, spokoju, ponieważ żyjemy w społeczności. Mój teatr, to jest taki teatr, który chce rozmawiać. Nie mówić, tylko rozmawiać. Wchodzić w dialog. Rozmowa to jest – ja szanuję Ciebie, Ty szanujesz Mnie. I rozmawiamy na jakiś temat, który ma znaczenie. Nie jest tylko pustym obgadywaniem czegoś, tylko ten temat ma znaczenie. Tego nam jest brak. Bo wszystkie konflikty można poprzez rozmowę uspokoić. Przecież ja mam tutaj mnóstwo ludzi na etatach którzy mają różne zdania. Jakże często się przekonywałem, że poprzez normalną, spokojną rozmowę, uzyskuje się konsensus bardzo szybko. Poprzez niedomówienia, podgadywania robią się konflikty, które później idą jak powódź, którą w ogóle już trudno zatrzymać. Dlatego trzeba po prostu rozmawiać. To jest to, żeby rodzice mieli czas dla dzieci. Żeby dzieci miały czas dla rodziców. Żeby ten cholerny komputer i gry przestały być święte. Tego dzieciom życzę. Żeby nauczyły się, że to nie jest świętość. To komputer to nie jest Bóg. A dzieci traktują to jako Boga. Znam bardzo wiele dzieci, dla których smartfon i komputer są podstawą wartości na świecie. Nie ma nic ważniejszego. Zwróćcie na to uwagę. Dlatego robimy teraz spektakl. Ta sama ekipa, która robiła “Dopalacze” szykuje spektakl o cyberzagrożeniach. Cyberzagrożenia to obecnie bardzo wielki problem. Uzależnienie od wszelkich tego typu urządzeń.

Pamiętam taką sytuację. Spaceruję po plaży i na kocu siedzą trzy młode dziewczyny, 17-to może 18-to letnie. Widać mewy, zachód słońca, fale, etc.. No jest pięknie. Bałtyk jest, jak każde morze, śliczny. Nie ma co gadać. Myśmy stali ze znajomymi z otwartymi ustami, a one był cały czas, uwierzcie, one były cały czas w swoich komórkach. Żadna się nie oderwała, cholera, ani na chwilę. Mnie to zaciekawiło. Jak kury dziobały w klawiatury telefonów. No Boże kochany, toż to jest kompletne odmóżdżenie. To jest do leczenia. Kim one są? Cyberniewolnikami? Więźniami jak w świecie Orwella? Że wszystko się filmuje i klika. I to teraz jest jeszcze gorsze, niż to przedstawił właśnie Orwell.

MP: Ja miałem podobny problem przez chwilę z moim synem, ale kilka męskich rozmów na argumenty pomogło.

EK: Brawo. Właśnie takich rozmów bym życzył rodzicom, żeby ich było na to stać, żeby umieli się temu przeciwstawić. Nawet zabrać i schować albo wyrzucić i niech przez jakiś czas płacze. Niech to kosztuje, ale więcej strat będzie przez używanie tych urządzeń niż z wyrzuconych pieniędzy. To trzeba używać jako narzędzie, ale to nie może stać się panem. Cóż za dziwne życzenia, prawda? Żeby narzędzie przestało być panem dla młodych ludzi. Przecież to niszczy młodym ludziom wyobraźnię.

Dam taki przykład. Zaangażowałem młodego reżysera i dałem mu aktorów, fajną sztukę. I widzę, że nic nie robi. I cały czas opowiada jakieś wielkie teorie. Ciekawe, bo jest oczytany, ale na tej scenie nic się nie dzieje. Jak ma dwoje czy troje aktorów, to on nie umie sobie zupełnie z nimi poradzić. Nic mu ta wyobraźnia nie pracuje. Ostatecznie musiałem się z nim rozstać. Przez ten właśnie brak wyobraźni i utarte schematy i odtwarzanie. A my chcemy, żeby coś było tworzone, żeby było oryginalne. Ale on już jej nie ma, tej wyobraźni, bo się jej pozbył na rzecz odtwarzania schematów. Sam sobie zabrał indywidualność. To jest jak efekt komunizmu. Bo to wszystko jest za chwileczkę takie samo. O tym pisał jeszcze McLuhan, że świat się staje jedną wielką globalną wioską.

MP: Hofstede badając pracowników jednej z korporacji, stwierdził, że kultura organizacyjna to jest taki poziom zaprogramowania umysłów, że działają one w taki sam sposób. Tak mi się kojarzy, na bazie tego, co Pan mówi, że ludzie używając tych narzędzi informatycznych, wchodzą w tą cyberprzestrzeń. Można powiedzieć, cyberniewolę. Zaczynają być tak zaprogramowani, że chodzą jak ćmy czasami.

EK: Tak. Ale proszę zwrócić uwagę. Jeśli by to było w porządku, to niechby sobie tak chodzili. Ale zobaczmy, ilu ludziom odbija, ile mamy przez to schorzeń psychicznych, depresji, stanów maniakalnych i tak dalej. Z czego to się bierze? Właśnie z tego to się bierze. Że człowiek jest tak ciągle ściskany, aż zaczyna mu to wszystko pękać. Ja zawsze daję przykład małych dzieci. Jakby on – jakiś chłopiec – tu wszedł i nie umiał mówić, to on by tu po prostu był i żeby nie wiem co by tu było interesującego, to byśmy się od tego oderwali i patrzyli się na niego. Dlaczego on jest taki ciekawy? Bo on jest indywidualnością. Bo jest żywiołem. Być może to jest właśnie człowiekowi potrzebne, żeby był żywiołem. Ja na przykład jestem drzewny, ja lubię drzewa. Drzewa są takim przykładem osobowości. Zwróćcie uwagę. Jak drzewo stoi w jednym miejscu, czerpie z ziemi soki, a konarami czerpie z powietrza pranę. I stoi. Sto lat, dwieście, trzysta, aż nie padnie. To jest coś niesamowitego. Drzewa to są doskonałe twory.

MP: Uprzejmie dziękuję za tę część rozmowy.

EK: Uprzejmie Państwu dziękuję i zapraszam do Kamienicy, żeby spróbować to o czym tu tak dużo mówiłem jest prawdą.

 

CZĘŚĆ II – Aktorskie rzemiosło jest dzisiaj zaniedbywane

MW: Czego Pana zdaniem brakuje dzisiaj w kulturze i sztuce? Albo czego powinno być więcej? Co jest zaniedbywane?

EK: Rzemiosło jest zaniedbywane. Zdecydowanie. Brakuje też takiego umiłowania dla rzemiosła. Każdy majster, którego spotkałem, w jakiejkolwiek ze sztuk, mówił mi o rzemiośle. Każdy. Czy to był malarz, Beksiński na przykład. Proszę, jaki rzemieślnik. Czy Łomnicki w aktorstwie, czy pan Swinarski w reżyserii. Grzegorzewski. Bardzo wielu poznałem takich majstrów prawdziwych, w różnych dziedzinach sztuki. I tak jak pamiętam, żaden nie nazwał się artystą. Nawet Tadeusz Łomnicki, jak powiedziałem do Niego: “Mistrzu”, to on odpowiedział: “Jak Cię kopnę w dupę zaraz. Jaki mistrzu? Jestem majster. A Ty jesteś czeladnik”.

To jest właśnie coś takiego. Artystą może cię nazwać widz, odbiorca twojej sztuki. Ty nie masz takiego prawa, ty masz wykonywać swój zawód, rzemiosło. I tak, jak spotykałem się z rzeźbiarzami, malarzami, to dobry zawsze wykonuje swoje rzemiosło. On wie, że tyle i tyle trzeba pracować, żeby osiągnąć taki a taki efekt. A propos Łomnickiego, on robił wybitne role. Jedną z najwybitniejszych był Feuerbach. Kiedyś go zapytałem: “Majster, ile prób, ile razy ten tekst Feuerbacha zrobiłeś?” I dałem dla porównania tych chopinistów na Konkursie Chopinowskim, tych koreańskich, chińskich, japońskich, jak oni to precyzyjnie wykonują. To są niezmiernie pracowici ludzie, prawda? Oni dochodzą rzeczywiście do jakiegoś artyzmu. To co widzimy, później słyszymy, to jest prawie niemożliwe, że człowiek do takiej perfekcji dochodzi. Ale dochodzi. I to jest w porządku. Muzycy generalnie dużo ćwiczą. Jak jest z aktorami?

I pytam Tadeusza Łomnickiego: “Ile razy ten koncert, te nuty Feuerbacha były przez Ciebie próbowane, nim pokazałeś, nim zagrałeś ten koncert dla widowni?”

On mówi: “Zgaduj”. To mówię: “Osiemdziesiąt”. A On do mnie: “No co Ty?” Więc ja „120?”, „Co Ty?” – odpowiada, pytam dalej „150?”, a on: „Co Ty? 300!”

Macie odpowiedź, rzemiosło. Taki Aktor! Tak wielki Aktor! Porównywany do największych aktorów na świecie, o ile w swoim czasie nie był największym, po prostu. W czasach Artura Ui na przykład. Jack Nicholson przyjeżdżał do Warszawy, żeby oglądać Tadeusza Łomnickiego w Arturze Ui. Jaki majster. I teraz powiedzcie to aktorom współczesnego pokolenia. On by chciał wchodzić bez przygotowania, od razu. To jest nie do pomyślenia. Trzeba pracować razem z doświadczonymi aktorami albo nie zawracać sobie głowy aktorstwem. Ja na przykład pilnuję roboty, pilnuję rzemiosła. Nie dopuszczam do tego, żeby nie było to przygotowane do końca. Jak widzę, że jest reżyser, który nie daje sobie rady albo jest za słaby rzemieślniczo, albo intelektualnie, to muszę mu podziękować. Może być fajnym kumplem, ale to musi zrobić ktoś, kto się zna na tym rzemiośle, kto jest rzemieślnikiem. I tego brakuje w sztuce, rzemiosła. Wielu hochsztaplerów, na przykład w teatrze, łapie się, żeby tak zaszumieć.

Jedna reżyserka powiedziała aktorom: “Robimy Moralność Pani Dulskiej”. No i oni przyszli. Młoda reżyserka, młode pokolenie. „A gdzie kobiety, gdzie Dulska?” – zapytał któryś z nich. „Nie, to będą sami mężczyźni. To będzie taka komuna homoseksualna, taka gejowska komuna.” – odparła. „Jak to? Dulska, Zapolska, komuna gejowska? Jak to tak?” – zdziwił się.. „Tak” – oznajmiła – „I będziecie grali nago. I oni wszyscy wstali i wyszli. Brawo chłopcy. Brawo! Już widać, że ta baba kit im sprzedawała. Już nie ma nic do powiedzenia, albo już ma tak we łbie pociapane, rozumiesz, że ona coś takiego wymyśla. No na Boga. Jak chcesz robić o gejowskiej rodzinie, to sobie napisz. Ale nie bierz biednej Zapolskiej, nie zasłaniaj się jakąś Zapolską, bo to jest zawracanie głowy. Zapolska jako autor to napisała i jej się należy jakiś szacunek, na Boga żywego, no. To właśnie brak rzemiosła.

MP: Artur Rubinstein zwykł był mówić: “Jak dzień nie gram, to ja to słyszę. Jak nie gram dwa dni, to zaczynają to słyszeć inni”. Jego rodzina miała z nim duży problem, gdy mieszkali w Paryżu, ponieważ musieli chodzić w specjalnych kapciach, żeby nie było słychać żadnych niepotrzebnych dźwięków. Bardzo zemścił na muchy, bo po odegraniu jakiejś części utworu musiał zaczynać od początku.

EK: Ale ja mam to samo w teatrze. Z Olafem gramy w sztuce Kolacja na cztery ręce. Ja gram takiego pozytywnego świra Haendla. Wyprowadzam coś, strasznie pracuję, żeby widownia zawisła, rozumiesz, żeby zawisła w ciszy, mam tę ciszę i będę nią gospodarował. Tam w tej ciszy nie ma tej brzęczącej muchy. Jest pauza i tam musi być cisza i dopiero on w tej ciszy wchodzi żyje jego sztuka. Tak ma być. I ja to robię, i udaje mi się uzyskać tę ciszę poprzez napięcie, moją technikę, zostawmy to.

I w tym momencie za kulisami garderobiana głośno mówi że aż słychać na widowni: „Ja nie chce sera, ja wole jogurty truskawkowe, sobie kupiłam”. Normalnie ględzi, rozumiesz, starsza pani garderobiana. No chłopie, rozumiesz?!

Ja podchodzę do niej i mówię: „Teresa, jesteś w teatrze, ja pracuję, to jest świątynia. Tu się odbywa msza w postaci spektaklu. A ty w ogóle, jakim prawem cokolwiek mówisz? Zamknij się, nie rozmawiaj.” To jest mucha u Rubinsteina. To jest to! Ja go absolutnie rozumiem.

MW: Jaki jest dzisiejszy widz w Pana opinii?

EK: Nikt nikogo nie zmusza, żeby przyszedł do teatru. Więc dla mnie, ten widz jest najważniejszy. Ja mówię o sobie. Bo ja z niego albo dzięki niemu żyję. Jak on nie przyjdzie do kasy i nie zapłaci za bilet, to ja nie mam z czego zapłacić czynszu i zamykam budę. Czyli dla mnie to jest podstawa mojego istnienia, ponieważ nie mam żadnych dotacji. Tylko PKN Orlen jest już drugi rok naszym platynowym mecenasem. I chwała im za to, że nam pomagają. Ani miasto, ani nikt z zarządu miasta nie jest zainteresowany współpracą tutaj z Kamienicą w szerokim zakresie. No ale trudno. Natomiast ten widz jest takim prawdziwym mecenasem. On jest dla mnie najważniejszy. I tu, w teatrze, bardzo się widza szanuje. Nie tylko jako osobę, ale także jako intelekt.

Pamiętam, jak byłem w innych teatrach, to pejoratywnie mówiono o autokarach. Z taką niechęcią i dezaprobatą. Dla mnie to było zawsze coś wspaniałego. Ci ludzie z daleka, kilka godzin jadą. Jest im dużo ciężej, żeby przyjechać i zobaczyć spektakl. No nie wolno ich deprecjonować, trzeba ich jeszcze zachęcić, pomóc im. Raz się zdarza widz chłodniejszy, raz bardziej gorący, bardziej intelektualnie rozwinięty. Czasem młodzież przychodzi, czasem chłopcy chcą się popisać i rozrabiają, ale z tym sobie można poradzić. Tylko trzeba tego widza szanować. Wielokrotnie w teatrach się spotykałem się z taką deprecjacją widza i nie rozumiałem tego. Ale potem zrozumiałem. Jeżeli ktoś nie ma dyskomfortu finansowego i ma dotacje, to w mentalności tych ludzi jest to niezbyt ważne, czy ten widz będzie czy nie. U mnie jest odwrotnie. Mam widza, to mam z czego żyć. Dlatego też polecałbym włodarzom spojrzeć na to. Ile się dopłaca do tej kultury i czy te pieniądze są na pewno zawsze dobrze wydatkowane.

Zarzuca się rynek festiwalami. A co to są te festiwale? Nikt tej analizy nie dokonuje. Gdzieś sprowadzają z zagranicy jakiś zespół, teatralny czy muzyczny. Przyjeżdża tutaj. No fajnie. Przyjechał. Hotel, podróż, gaża, próby, etc., wycieczki, bankiety, w porządku. Zobaczcie, jakie to są pieniądze. I oni dają spektakl. W teatrze, gdzieś tam. Ogląda to czterysta, pięćset osób, z czego połowa lub większość to są zaproszeni goście. Tylko garstka kupiła bilety. Ci zaproszeni oglądają po raz 3896 jakiś spektakl. Przyszli sobie, aby przyjść. Ten spektakl w żaden sposób ich duszy nie poruszy. Bo oni są tą stałą ekipą, która na wszystko przychodzi. I czasem coś tam napiszą albo nie. I przychodzą oni albo ich służący, czy babcie ich albo wnuczki. Zobaczcie, co zostaje po takich wydatkach? Podczas, gdy się prowadzi repertuarowy teatr w danym miejscu, to wtedy ludzie przychodzą do teatru. To jest od takiego spektaklu sprowadzonego dwudziestokrotnie tańsze. I ci ludzie, którzy przyszli, oni na prawdę z tego skorzystali, w tym konkretnym teatrze gdzie krzewiono dla nich kulturę, dla tych czterystu osób. Dwadzieścia razy taniej niż tam. I teraz powstaje pytanie w głowie, na cholerę taka ilość festiwali?! Co to daje? Czy nie lepiej wzmocnić własną tkankę, własną twórczość? A nie pozwalać na tak bardzo wyrzucane pieniądze. To są naprawdę zmarnowane pieniądze.

MW: Jaki będzie teatr przyszłości Pana zdaniem?

EK: No mam wielki niepokój. Jeżeli to będzie szło w tę stronę, w jaką idzie, to mam na prawdę niepokój, że teatr się staje takim miejscem nie spektakli, ale zdarzeń. To nie jest reżyser, to jest taki ktoś kto ma zaszokować i na tym oprzeć całość przekazu. A na przykład wpuśćmy krowę na scenę, niech przeleci. A na niej taki goły facet będzie jechał. Fajnie tak, nie? Ale co jeszcze? A na to jeszcze taki deszcz spuścimy ze srebrnych igieł. No fajnie, super. Tak jak koleżanka przyszła do mnie w pracy, gdzieś tam we Wrocławiu pracowała z jakimś reżyserem. Ona jest po szkole teatralnej i wyznała, że po tamtym przedstawieniu chciała odejść z zawodu. Zapytałem dlaczego?

Bo nas aktorów tam nie było w ogóle. Reżyser nas tam w ogóle nie przewidział. On nie zrobił żadnej uwagi do naszego udziału w tej sztuce. Kazał nam się rozebrać i latać między dymami i inscenizacjami, reflektorami. Kazał coś krzyknąć. Jak mieliśmy jakiś tekst, to on mówił, żebyśmy mówili tak, żeby to było niezrozumiałe że to nie musi być zrozumiałe. Żebyśmy mówili tak byle jak, ale żeby było ostro”…

MW: Co się wydarzyło później?

EK: Dziewczyna, która jest dopiero po szkole, chciała zrezygnować z tego zawodu. Dlatego, że on ten reżyser zabijał w niej wszystko, co ona myślała o zawodzie aktora. A to przecież zawód twórczy. On traktował aktorów jak przestawiane meble. Ona się nie dała, udało się jej jakąś koszulę założyć, żeby nie być nagą, bo się wstydziła. Jej koleżanki i koledzy jednak biegali nago. Były jakieś dymy, jakieś świsty, jakieś światła, jakieś lasery. Coś się tam wysuwało, przesuwało, a to, co aktorzy mieli do powiedzenia i ich kwestie nie miały żadnego znaczenia dla tego reżysera. Ja mówię, że to nie był teatr, to nie była sztuka. To była kreacja chorej głowy. I dopiero zacząłem z nią pracować tutaj nad sztuką „Trzecia młodość bociana”. Pracowałem nad rzemiosłem – tu wyżej, tu niżej. Ona patrzyła na mnie jak na barana, dinozaura. Ale Była szczęśliwa. I napisała mi kartkę, że dziękuje, że wróciła jej wiara w bycie aktorką, aktorstwo i teatr. Potem przyszła publiczność, dziewczyna zaczęła grać, zobaczyła jak ludzie reagują na nią, co można zrobić. Jak można poprzez akcent, odpowiednie zagranie zaistnieć na scenie jako człowiek. Potem mi napisała, że jej wróciła wiara w ten fach. Zatem jeśli teatr pójdzie w tę stronę, o której ona mówiła, to ja widzę jego klęskę. Jeżeli jacyś mądrzy ludzie się opamiętają i zaczną bronić rzemiosła i profesjonalizmu w teatrze, to może on się ostanie po prostu. Ja na pewno będę bronił. Kamienica będzie broniła.

MW: Czy interesuje się Pan malarstwem?

EK: Tak trochę. Kiedyś w Akademii Sztuk Pięknych były wystawione prace dyplomowe i były dwie podobne prace. Przy tych pracach stali ich autorzy, to było fajnie zrobione. Jedna z prac miała takie trzy kolorowe kreski, pamiętam. Jakoś tak była skomponowana. I druga też miała trzy kreski. Tylko ta z lewej mnie nie interesowała, a ta z prawej bardzo. Tak sobie myślę, na czym to polega, że tu jest jakiś świat, a tu zupełnie nic nie czuję. Więc podszedłem to tego autora, u którego rozumiałem te kreski i zapytałem: „Rysujesz?” „Tak, oczywiście.” odparł. „A narysujesz rękę?” – zapytałem znowu. „Ale jaką? Dziecka, starca?” – chciał uściślić. „A umiesz tak?” – dodałem. „No jasne” – odparł. „No to daj starca.” – zdecydowałem, no i w dwie minuty była ręka. Potem spytałem, czy łeb konia też narysuje. „Araba, czy innego?” – padło znowu, więc odparłem, że araba. I w moment jest. Podziękowałem mu. Na koniec zapytałem jeszcze o te trzy kreski. „A to chciałem wyrazić takie emocje.” – wyjaśnił. Wtedy podsumowałem; „A ja to czuję. Na mnie to działa. Może inaczej niż na każdego, ale na mnie to działa. Ja się dialoguję z tym obrazem.”

Później udało mi się złapać tego drugiego, co nie rozumiałem jego kresek. Mówię: „Czy ty rysujesz?” A on na to: „No miałem rysunek na akademii.” – oznajmił. „Dobra. A czy byś mi narysował rękę?” – zapytałem. „A po cholerę?” odparł. „A łeb konia?” – nie ustępowałem. „Nie, ja się końmi nie interesuję.” – rzucił. „A coś umiesz narysować?” – spytałem wreszcie. „Nie, ja się w ogóle rysunkiem nie zajmuję. Mnie to nie interesuje.” – odpowiedział. Wtedy go podsumowałem. „A to widzisz, to dlatego nie rozumiem twoich kresek. Dlatego, że namalowałeś trzy kreski chłopie, których ja nie rozumiem. Bo nie masz rzemiosła.”. On nie miał podstaw. Jak zobaczycie malarstwo Picassa od początku, to widać jak to się rozwijało, od czego on zaczął i jak to się w nim rozwijało. Warto to przejść, dla ludzi, którzy nie rozumieją, ja sam na początku nie rozumiałem. Dopiero wtedy się zrozumie na czym polegał jego geniusz. Geniusz tych obrazów na końcu jego malarstwa.

MW: Kim by Pan był, gdyby nie był Pan aktorem i dlaczego?

EK: Lekarzem. Dlatego, że chciałem być lekarzem. Nie miałem biologii w technikum ekonomicznym i to mi nie pozwoliło.

MW: Jaka specjalizacja?

EK: Specjalizacja lekarz ogólny, czyli rozpoznawanie chorób. To mnie najbardziej interesuje. Czyli ten pierwszy kontakt. Lekarz pierwszego kontaktu. Przepraszam za brak skromności, byłbym dobrym lekarzem, bo mam w tym kierunku rozpoznawania pewne zdolności.

MW: A może to się też Panu przydaje w obecnej pracy?

EK: Bardzo się przydaje. W aktorstwie, w pisaniu. Ja dużo piszę, reżyseruję, pracuję z aktorami, to się bardzo przydaje.

MW: Czego by Pan życzył dzisiejszym aktorom, widzom, twórcom?

EK: To trudne pytanie. Ja bym życzył, żeby mogli tak żyć, żeby ich życie miało pełną wartość. To jest to. Ja lubię w życiu wypełniać czas, który mi Bóg przeznaczył, czy los mi przeznaczył. Żeby mieć siłę, umiejętności i możliwości wypełniania tego czasu. Takie coś.

MW: Bardzo Panu dziękujemy za wywiad i poświęcony czas.

EK: Uprzejmie Państwu dziękuję i zapraszam do Kamienicy, żeby spróbować że to, o czym tu tak dużo mówiłem jest prawdą.

 

Wywiad przeprowadzili:

Marta Wdowiak

Mariusz Paszko

Wywiad został opublikowany 8.07.2019 i 18.07.2019.

Zdjęcia: Elżbieta Chabierska, elachabierska.com, strefawolnejprasy.pl, Teatr Kamienica