Do eksplozji w KGP doszło w ub. środę. Okazało się, że wystrzelił granatnik, który szef policji przywiózł z Ukrainy. W czasie wojny zwyczajem szefów ukraińskich służb stało się ofiarowywanie swoim gościom zużytej broni, która była wykorzystywana do walki z Rosjanami. Również gen. Szymczyk odwiedzając Ukrainę otrzymał takie upominki w postaci zużytych granatników. Okazało się jednak, że doszło do pomyłki i jeden z granatników był uzbrojony. Eksplodował w momencie, w którym gen. Szymczyk przekładał go na zapleczu swojego gabinetu.
- „W naszej świadomości to nie było uzbrojenie, tylko dwie zużyte, puste tuby po granatnikach”
- podkreślił komendant główny w rozmowie z „Rzeczpospolitą”.
- „Kiedy przyjechałem 14 grudnia rano do pracy, leżały na zapleczu, przy gabinecie, płasko na podłodze, utrudniając przejście. Zdjąłem płaszcz i chciałem je przestawić. Złapałem tubę granatnika w dolnej części, lekko się pochyliłem i podniosłem ją do pionu. Kiedy ją postawiłem, to nastąpiła potężna eksplozja. Mnie ogłuszyło, słyszałem jeden wielki pisk i świst w uszach”
- relacjonował incydent.
Gen. Szymczyk zaznaczył, że nie widzi powodu, aby składać dymisję.
- „Aczkolwiek mam świadomość, że to decyzja pana ministra spraw wewnętrznych i administracji, a docelowo decyzja pana premiera, i ja się jej podporządkuję”
- dodał.
