7 kwietnia, w rocznicę urodzin mojej matki, zostałam ochrzczona przez biskupa Sheena przy chrzcielnicy w katedrze świętego Patryka. Mary Riley i Louis Pagnucco stali po moich obu stronach. Towarzyszył mi również Godfrey Schmidt i kilkoro innych przyjaciół.
Następnie biskup Sheen wysłuchał mojej spowiedzi. Kiedy się do niej przygotowywałam, zauważył, że jestem zdenerwowana i rozproszona – musiałam przecież przebrnąć przez wiele lat negowania prawdy. Rozmyślałam nad farsą, jaką uczyniłam z mojego małżeństwa; jak zmarnowałam przyrodzone mi jako kobiecie prawo rodzicielstwa; myślałam o mojej pokręconej relacji z rodzicami i o przerośniętej pysze mego umysłu oraz tolerancji dla błędu. Biskup dostrzegł głębię mojej rozpaczy i powiedział pocieszająco:
– My, księża, wiele już razy słyszeliśmy ludzkie grzechy. Twoje nie są większe niż innych. Ufaj w Boże miłosierdzie.
Wysłuchawszy mojej spowiedzi, udzielił mi rozgrzeszenia. Jego „Pax vobiscum” rozbrzmiewało w moim sercu wciąż na nowo.
Nazajutrz na porannej Mszy przyjęłam Komunię z rąk biskupa Sheena. Wpatrzona w migotanie wiecznej lampki modliłam się, żeby Światło, które mnie nawróciło, trafiło również do tych, których kochałam, a którzy nadal trwali w ciemnościach.
Czułam się tak, jakbym była długo chora i obudziła się odświeżona, gdy gorączka już zniknęła. Zabrałam się do pracy ze spokojem, który mnie samą zaskoczył. Miałam wrażenie, że otrzymałam nowe serce i nowe sumienie.
Na zewnątrz moje życie wcale się nie zmieniło. Wciąż mieszkałam w mieszkaniu z zimną wodą przy ulicy czynszowych kamienic, ale teraz mogłam pozdrawiać sąsiadów bez strachu czy nieufności. Nigdy już nie miałam być samotna, a kiedy się modliłam, zawsze był przy mnie obecny Ten, do którego kierowałam swe słowa.
Kiedy ład i pokój umysłu powróciły do mojego życia, byłam w stanie inteligentnie zmierzyć się z ciężką gehenną stawiania się przed agencjami rządowymi i komisjami śledczymi. Bałam się skrzywdzić osoby, które być może były równie ślepe jak ja, a które wciąż były wykorzystywane przez spiskowców. Bałam się zagrażającej mi ponownie kampanii obelg i prześladowania.
Sformułowałam trzy istotne pytania i spróbowałam na nie odpowiedzieć. Czy mój kraj potrzebuje informacji, których ujawnienia się ode mnie oczekuje? Czy uczciwie powiem całą prawdę? Czy będę działać bez złej woli?
Wiedziałam, że posiadane przeze mnie informacje mogą pomóc chronić nasz naród. Wiedziałam też, że uczciwi obywatele naszego kraju nie byli poinformowani o naturze marksizmu i uświadomiłam sobie teraz, że w swoim najlepszym znaczeniu słowo „informować” znaczy „edukować”. A ponieważ agenci spisku zablokowali możliwości edukacji i wykrzywili je dla potrzeb propagandy, mój kraj potrzebował informacji, jakich mogłam udzielić.
Ale bałam się gehenny zeznawania. Po moim pierwszym pojawieniu się przed Senacką Komisją Bezpieczeństwa Wewnętrznego zaczęłam odbierać obraźliwe listy, telefony i pocztówki. Obelgi pod moim adresem miały pewną wspólną, nader interesującą cechę: większość z nich zawierała określenia biblijne – „Judasz Iskariota” czy „trzydzieści srebrników” należały do najczęściej używanych zwrotów. Całkiem wielu cytowało też słowa z Ewangelii według świętego Mateusza o tym, jak Judasz Iskariota powiesił się, kończąc zachętą: „Idź, i ty czyń podobnie!”.
Dostrzegłam teraz w prawdziwej perspektywie wkład, jaki nauczyciele i szkoły w Ameryce włożyli w postępy komunizmu; podobnie świadoma byłam mrocznego obrazu części edukatorów i edukowanych. Sędzia Jackson powiedział, że paradoks naszych czasów polega na tym, iż w nowoczesnym społeczeństwie musimy się bać tylko człowieka wykształconego. Prawdą jest, że to, co człowiek robi ze swoją wiedzą albo usprawiedliwia jego wykształcenie albo stawia je w stan oskarżenia. Wystarczy spojrzeć na błyskotliwych uczonych, którzy służyli reżimowi hitlerowskiemu, czy też na uczonych sowieckich, którzy służą Kremlowi; wystarczy spojrzeć na ludzi oskarżonych o działalność wywrotową w naszym kraju – wszystko to prowadzi nas do ponownej oceny roli edukacji. Wmawia się nam, że wszystkie problemy rozwiąże edukacja. Nadszedł jednak czas zapytać: jakiego rodzaju edukacja? Edukacja do czego? Jedno stało się dla mnie krystalicznie jasne: wszechstronna edukacja zakłada ćwiczenie woli w takim samym stopniu, jak ćwiczenie umysłu; samo zaś gromadzenie informacji bez solidnego systemu wartości, nie jest żadną edukacją.
