Ufajcie, nawet, gdy droga musi być kręta. Tak odezwać się może tylko “swój” do “swoich”. Ktoś, kto stojąc na czele, będąc głównym strategiem linii politycznej realizowanej przez suwerenne władze polskie, ma silne poczucie więzi  – duchowej,  intelektualnej, emocjonalnej  – ze społeczeństwem. Rzadko to spotykane zjawisko w historii; zwykle jest ono udziałem dowódców, którym bezgranicznie ufają ich żołnierze. I oni o tym wiedzą. Z tego powodu mogą zwyciężać. To jest ich siła

Dlatego, pomimo wstrząsu, jakim stały się nieoczekiwane głębokie zmiany w rządzie, wielu Polaków – można mieć nadzieję, że większość, która poparła obóz “dobrej zmiany” – nadal się z nim utożsamia. Wzajemne zaufanie rządzących i rządzonych jest bogactwem, bez którego najzamożniejsze, najbardziej sprawnie zarządzane państwo świata jest ubogie, a jego przyszłość rysuje się w ciemnych barwach.

Warto ten skarb pielęgnować. Jest on tyleż zasługą polityki obecnej ekipy rządzącej, która sobie na to zaufanie zasłużyła, zapracowała ciężkim wysiłkiem, co wynikiem stopniowego odbudowania naszej mentalności, tej sprzed epoki komunizmu. Mentalności społeczeństwa ludzi wolnych, którzy potrafią ufać swoim władzom, bo nie są w stanie traktować ich inaczej, jak “ludzi takich samych jak my”. Wyposażonych przez Stwórcę w rozum i wolną wolę, którymi to darami posługują się najlepiej jak mogą dla wspólnej sprawy, dla dobra ogółu – i dzięki temu zasługują na udzielane im łaski stanu. To akurat potrafimy jako Polacy zauważyć i docenić. To kwestia realizmu i dobrej woli.

W myśl “realizmu”, jaki dziś przyświeca unijnym elitom – czyli strategii insynuacji i uników – “źle położona”, z punktu widzenia interesów europejskich Polska, ciągle nie wiedzieć czemu skonfliktowana z dwoma potęgami przy swoich granicach, „nie rozumie” europejskiej polityki. Jest za mało finezyjna. Głupio prostolinijna. Naiwna jak dziecko. Żąda prawdy prostej jak pień, a przecież prawda jest taka złożona! Wyłamuje się z szeregu państw dążących zgodnie do zrównoważenia sił politycznych, zbalansowania każdej niewygodnej sytuacji, zabiegających o konsensus, dialog, pokój, spokój – za wszelką cenę. “Bez histerii, panowie!”, mówią eurokraci. “Nie ma takiej ceny, jakiej nie zapłacilibyśmy, żeby móc spać spokojnie i mieć udane weekendy”. Lewicowe i liberalne media – także i te wydawane w Polce – wiedzą doskonale, bo im za to dobrze płacą, jak podbijać bębenek tej mieszaniny pychy, arogancji, strachu i egoizmu, tak typowy dla infantylnych społeczeństw zajętych poszerzaniem swojej strefy bezpieczeństwa i wygody.

Idea, że prawda musi być zawsze broniona, że wyzwala ona to, co w człowieku najlepsze, że bez prawdy nie da się egzystować, że bez niej nie może istnieć sprawiedliwe i suwerenne państwo, że społeczeństwo bez prawdy po prostu umiera, rozkłada się, że prawo, które pozwala panoszyć się kłamstwu nie jest żadnym prawem, a dążenie do prawdy to nie tyle prawo, co obowiązek człowieka naszej cywilizacji, to wszystko wywołuje dziś w Europie konsternację, a gdzieniegdzie prawdziwą histerię. “Polska znowu wierzga, Polska nie chce się podporządkować! Polska komplikuje, psuje, przewraca, demaskuje. Prawdy jej się zachciewa! Jest groźna dla nowego porządku, zagraża ładowi, jest wichrzycielem”.

„Ostatecznie Rosja, Prusy i Austria uderzają na bezbronnych Polaków”, przypomina Mickiewicz bieg wydarzeń w Europie u schyłku wieku Oświecenia podczas paryskich prelekcji (1841-42). Nikt w jej sprawie nie kiwnął palcem. Król daje się z łatwością zastraszyć, porzuca sejm, odżegnuje się od szlachty i przyjmuje warunki, jakie narzuca Rosja. I wtedy następuje coś, czego się najmniej spodziewano w sferach dyplomatyczno-rządowych, na salonach politycznych Europy, gdzie omawiano już w szczegółach, jak niesfornej Polsce zamknąć usta, odciąć rękę, która złożyła podpis pod Konstytucją: „Wówczas to instynkt narodowy, odrzucając wszystkie teorie, wszystkie systematy, odwołuje się do szlachetnych uczuć narodu; wybucha powstanie, którego wyobrazicielem był jenerał Tadeusz Kościuszko”.

Dziś sytuacja jest analogiczna. Powstanie w Polsce także ma miejsce. Wyobrażają je wolne wybory wygrane przez Prawo i Sprawiedliwość, poprzedzone ogromną mobilizacją sił patriotycznych, przebudzeniem społeczeństwa obywatelskiego, wykrzesaniem całej jego szlachetności. To społeczne przebudzenie, które można nazwać powstaniem, trwa. Jego siła opiera się dziś na rzeczy już nie istniejącej we współczesnych realiach politycznych poza Polską – za wyjątkiem Węgier – na wzajemnym zaufaniu rządzących i rządzonych.

Stłumić je – pod dyktando i pod presją sił niechętnych Polsce – próbują wszyscy ci, którzy usiłują zdezawuować obecne polskie władze. Czynią to albo wprost, albo z użyciem perfidnej, sączonej kropla po kropli, kłamliwej argumentacji. Odsłania się stopniowo cała scena strategii podejrzeń, które wyrzucają z siebie posłowie opozycji i kupieni dziennikarze: że władze państwa polskiego nie wypełniają obietnic, kluczą, kręcą, wyhamowują przemiany, tłumią entuzjazm społeczny, chronią dawne układy – słowem czynią to, co zawsze czynili w Polsce ludzie niesuwerenni, sprzedajni i podli. Negatywny obraz drugiego człowieka, zwłaszcza polityka, buduje się bez większego wysiłku; jest to następstwo dziesięcioleci, podczas których cały system nastawiony był na tropienie wroga wewnętrznego i zohydzanie postaci suwerennych, nonkonformistycznie nastawionych wobec sowieckiego reżimu, przedstawianie ich jako ludzi niebezpiecznych, jako wrogów. Zgrzytać zaczynają ponownie wprawione w ruch ukryte sprężyny zazdrości. Odbudowują się fobie.

Adam Mickiewicz był niezwykle wyczulony na ten typ ludzi w Rzeczypospolitej – owładniętych manią wielkości albo patologicznie podejrzliwych lub też poszukujących alibi dla swojej bierności, wygodnictwa i chroniących swoje nie najczystsze interesy. Wiedział, że z reguły są oni sprawnym narzędziem sprytniejszych i bardziej cynicznych od siebie. Gdyby Adam Mickiewicz żył w naszych czasach potrafiłby opisać ich prężące się dziś do skoku szeregi, zatrute myślą o własnej wielkości, która nie została doceniona. Zdrada zawsze towarzyszy wielkości.

Wielkiej sprawie nie potrafią, jak powiada Wieszcz, służyć ludzie „pospolici, a nawet średniej miary”, tacy, którzy polegają tylko „na teraźniejszości, na rachubach, na sile kombinacji ludzkich”. Lub tacy, którzy musieli gwałtownie rozstać się z marzeniem o własnej karierze, tak jak niektórzy zawiedli się w miłości, i nie potrafią z tym żyć. Bywają niebezpieczni, zaślepia ich zranione uczucie, zatruwa pycha. Gdyby żył Adam Mickiewicz opisywałby wielu z nich. Dziś muszą nam wystarczyć własne, szeroko otwarte oczy.  

Poeta wygłaszał swe wykłady w Collège de France w latach, gdy jako wieloletni emigrant tęsknił za Polską najbardziej. Zdumiewał się w nich nad wielką siłą Polaków, którzy połączeni są, jeden z drugim, jakimiś niepojętymi duchowym więzami. Wiedzą o sobie nawzajem wiele, mimo, że nie mówi się tego oficjalnie. I wiedzą to, co koniecznie trzeba wiedzieć – mimo, że, bywa, oddaleni są od siebie o tysiące kilometrów. Tak jak dziś, gdy “wiedząc mało” wiemy wiele o Antonim Macierewiczu, o Jarosławie Kaczyńskim, o ich rozterkach, o próbach przez które przechodzą, o zasadzkach, które się na nich zastawia, o walce, którą prowadzą, a która zmusza do mobilizacji całej życiowej energii, wszystkich sił ducha i intelektu. Polacy, zdaniem poety, czują wspólnotę swojej historii i wspólnotę celu – pomimo wszystkich tragicznych wydarzeń i klęsk, które są ich udziałem. A może dlatego właśnie, że je wspólnie przeszli? Ten cel nie jest banalny, nie jest płaski; jest wielki.

“Zespół ludzi powołanych przez Boga”

I tak, za Konfederacji barskiej, słynny Beniowski miał odwagę wszcząć bunt, obalić władze rosyjskie miasta i bronić go w ciągu całej zimy, lekce sobie ważąc potęgę caratu, albowiem w tym samym czasie Polska również walczyła o niepodległość. Podczas powstania Kościuszki były próby buntu pomiędzy jeńcami polskimi w głębi Rosji, którzy nie mieli przecież żadnych wieści z kraju. (…) Czy nie można stąd wyprowadzić wniosku, że ludzie, te istoty [stworzone przez Boga], obdarzone najwyższym i najsilniejszym zasobem życia, są związani z sobą….? Zrozumcie teraz Panowie znaczenie słów sławnej pieśni Legionów: “Jeszcze Polska nie zginęła/Kiedy my żyjemy…”. Albowiem człowiek, gdziekolwiek się znajduje, skoro myśli, czuje, działa, może być pewny, że w tejże samej chwili tysiące jego współrodaków myślą, czują, działają podobnie jak on. Ta spójnia niewiadoma zawiązuje narodowość. Narodowość, w najwyższym rozumieniu tego wyrazu, znaczy posłannictwo narodu, znaczy zespół ludzi powołanych przez Boga do spełnienia jakiegoś dzieła, którzy pracują jedni dla drugich, którzy połączeni są ze sobą tym głębokim związkiem… jakiego istnienie stwierdziliśmy na przykładach dobytych z dziejów narodu polskiego.” *)

Nasz poeta, zwany romantykiem, był wielkim realistą. Rozumiał i wiedział to, co dziś tak łatwo się niemal wszędzie, gdzie okiem sięgnąć, kwestionuje. Zważmy na warunki, w jakich prowadzona jest dzisiejsza działalność polityków z obozu Prawa i Sprawiedliwości na rzecz odrodzenia państwa polskiego – tak, mamy prawo nazywać ją walką. Choć prowadzona jest metodami politycznymi, posunięciami gospodarczymi, dyplomatyczną biegłością – taką, jaka zawsze towarzyszyć powinna wysokiej kulturze. Ale także intelektualnie spójną, precyzyjną argumentacją – w której słowa znaczą tyle, ile powinny znaczyć, nie mają podwójnej treści – i konsekwentnym prostowaniem kłamstw. Także wtedy, gdy jest to niewygodne, gdy natychmiast wzbiera tłum zniesmaczonych, oburzonych i przerażonych : intelektualistów, pisarzy, publicystów i aktorów oraz rozhisteryzowanych konsumentów mediów. (W 1992 roku profesor filozofii Leszek Kołakowski nie miał żadnych problemów, by po obaleniu rządu Jana Olszewskiego wyrazić radość na łamach “Rzeczpospolitej”, że Polska nie dostała się “pod władzę ciemnych chamów”, jak to elegancko ujął).

W ten sposób misterny plan, którego częścią jest katastrofa smoleńska oraz dzisiejszy festiwal potępień wobec Polski na arenie międzynarodowej, rozsypuje się. „To   m y  będziemy organizowali przez dziesięciolecia zbiorową wyobraźnię – nie tylko Polaków, ale i ludzi z Zachodu – w której Polska będzie tylko śmieciem – rzucona na kolana, ośmieszona, upokorzona, oszukana;   m y   narzucimy autorytety, język, styl, nieodparte w swej prostackiej logice schematy myślenia… A przede wszystkim ustanowimy właściwy cel: zbanalizowanie polskiej historii, rozmycie wartości jej kultury i jej wkładu w kulturę Europy, odebranie wielkości jej bohaterom” – tak można naszkicować tę strategię, która rozsypuje się właśnie w drobny mak. Dlatego gromy ciskane w naszą stronę z sal i gabinetów Unii Europejskiej są coraz rozgłośniejsze, i zarazem odbijają się coraz bardziej głucho od ściany, jaką stanowi nasza świadomość, nasz opór – czego przykładem jest ostatnia zdecydowana riposta Ryszarda Czarneckiego wobec wypowiedzi Róży Thun – bowiem Polacy, pomimo długo trwającego eksperymentu socjalistycznego, nigdy tak naprawdę nie zaakceptowali rewolucyjnego porządku, porządku opierającego się na odwróconych znaczeniach słów i pojęć.

Jesteśmy wyjątkowo uprzywilejowanym krajem, że mamy pośród siebie tych, którzy tę walkę w naszym imieniu prowadzą i biorą na siebie najcięższe ciosy – ludzi o mężnych sercach. Minęło prawie dwieście lat od czasu, gdy w Paryżu wygłaszał wykłady Adam Mickiewicz, i dziś możemy na własne oczy oglądać, jak “idea dobyta z wnętrza naszych dziejów” i naszej kultury stopniowo budzi coraz większy szacunek, uznanie, podziw we własnym kraju, choć przy akompaniamencie iście piekielnych wrzasków, i jak – choć z wielkimi oporami – przedostaje się na zewnątrz. Możemy uczestniczyć w tym rodzaju cudu, na skalę nie tylko lokalną, ale właśnie europejską, a nawet ogólnoświatową. W tym mężnym stawianiu czoła przez nasze odradzające się państwo zmowie, potwarzy i oszustwu. Stawianiu czoła pomimo zwartych szyków naszych nieprzyjaciół. Pomimo obojętności i dyplomatycznego chłodu, jaki nam towarzyszy, często także ze strony przyjaciół. Pomimo obietnic bez pokrycia. Pomimo obecności w politycznych grach azjatyckiego podstępu, który jest coraz bardziej wyrafinowany. Stawianiu czoła rujnującym Zachód i Wschód Starego Kontynentu fałszywym wiarom, fałszywym ideom, błędom, zaniechaniom, pazerności i pospolitemu kłamstwu. Na czym polega dziś męstwo w polityce? Męstwo dziś to łamanie fałszywych reguł gry. Obnażanie kłamstwa, również tego skrytego za fasadą swoiście pojętej kultury i umiarkowania. Brzydzenie się dwuznacznością. Podążanie w każdej sytuacji za prawdą.

Jeśli przywódcy państwa są mężni, to i naród jest mężny. Mamy przed sobą wielką przyszłość, o ile męstwa tego nam nie zabraknie.

Tekst oryginalnie okazął sie na stronie [CZYTAJ]

______

*) Adam Mickiewicz: Wykład XXIII wygłoszony w Collège de France w Paryżu 6 maja 1842 roku.