W Demokratyczno-Socjalistycznej Republice Sri Lanki nakaz noszenia masek wprowadzono wcześniej w roku 2020, a 10 czerwca tego roku go zniesiono po tym, jak zaszczepiono 55 procent ludności. Powrót do restrykcji ogłoszono po tym, jak w niedzielę zdiagnozowano 56 nowych przypadków zachorowania na koronawirusa.
Tymczasem, oprócz wielu innych dotkliwych problemów, na Sri Lance szerzy się epidemia dengi, tropikalnej choroby przenoszonej przez komary. W lipcu zarejestrowano 8.200 przypadków zachorowań na dengę. W poniedziałek ogłoszono tzw. „Dzień dengi”, który poświęcono na czyszczenie miejsc, gdzie rozmnażają się komary. Zajęto się też naprawą ochronnych ekranów i innymi działaniami mającymi na celu powstrzymanie szerzenia się choroby.
Protesty na Sri Lance wciąż nie ustają. Demonstrujący domagali się ustąpienia premiera Ranila Wickremesinghe’a ze „skorumpowanego i nieodpowiedzialnego rządu” socjalistycznego, ale ten został zamiast tego... prezydentem. Pierwszym działaniem nowego prezydenta było rozprawienie się z protestującymi przy pomocy wojska i policji.
Rząd Sri Lanki otwarcie błaga Chiny o pomoc w przezwyciężeniu trudnej sytuacji państwa, którego ekonomia polega głównie na turystyce. Rząd próbuje nakłonić Pekin do zwiększenia zakupu produkowanej na Sri Lance herbaty i przypraw, a także do inwestowania w miejscowe biznesy. Również kieruje swoją akcję reklamową do potencjalnych turystów z Indii.
Tymczasem, jak podaje portal „Breitbart”, według mediów mieszkający w Australii emigranci ze Sri Lanki „spędzili miniony tydzień pakując artykuły spożywcze, by wysłać je do domu do swoich krewnych, a więc najwidoczniej mają niewiele zaufania co do zdolności Wickremesinghe’a, jeśli chodzi o oddalenie krachu gospodarczego”. Jeden z emigrantów zauważył, że najlepiej jest wysyłać mieszkańcom Sri Lanki jedzenie, które można przygotować bez prądu, gdyż zaopatrzenie w energię elektryczną też wkrótce może się załamać.
Jak usłyszeli reporterzy z „ABC News”, emigranci ze Sri Lanki „spodziewają się, że nowy prezydent poświęci więcej trudu na zapanowanie nad protestującymi, niż na nakarmienie ich”.
